Piękne Pańskie posłanie, dodam coś od siebie. Mimo 50-ciu niedziel palmowych za sobą nie jestem szalonym ryzykantem, raczej wyrachowanym. Wychowywałem się jeszcze w warunkach gospodarki nakazowo-rozdzielczej gdzie nie istniały, bądź też funkcjonowały w bardzo ograniczonym zakresie instytucje rynkowe. (banki/aukcje/giełdy). Mimo wielu lat w tzw. "służbach" pieniądze zdobyłem z przedsiębiorczości i inżynierskich wdrożeń, programowania maszyn i ludzkich umysłów. Nie szukałem szybkich zysków na giełdzie, lecz budowałem długoterminowe, samonapędzające się mechanizmy wzrostu. Diagnozowałem cherlawe przedsiębiorstwa jak lekarz, identyfikowałem źródła strat, przeprojektowywałem procesy i wdrażałem rozwiązania, które przynosiły efekty przez lata, nie tygodnie. Moją walutą nie były słowa, lecz działające systemy. Pierwsze większe środki zdobyłem nie na spekulacji, ale na programowaniu przedsiębiorstw: od fundamentów po dach. Projektowałem fizyczne linie technologiczne, pisałem algorytmy sterujące produkcją, budowałem zespoły, przekształcałem mentalność z nakazowej na przedsiębiorczą. Mój "instynkt inżynierski" to zdolność widzenia organizmu firmy jak maszyny: diagnozować awarie, projektować usprawnienia, optymalizować przepływy. Ta konsekwencja w podejściu systemowym sprawiła, że przez dekady mój kapitał rósł w tempie, które dziś - dzięki sile procentu składanego - pozwala mi patrzeć na pieniądze jak na abstrakcyjne cyfry. Nawet najbardziej wyszukane przyjemności czy ekstrawaganckie inwestycje nie są w stanie nadążyć za tempem, w jakim pracują dla mnie zainwestowane środki. Taki paradoks: gdy przestajesz myśleć o pieniądzach, one przestają być celem, a stają się narzędziem do realizacji znacznie większych wizji. To co robię nie jest grą na emocjach rynku, raczej cichą pracą architekta, który buduje nie dla aplauzu, lecz dla zwieńczenia swojej szykownej sagi.
---
Z pozdrowieniami, JK