Premier wspiera spekulantów walutowych
(Gazeta Finansowa/19.09.2008, godz. 12:31)
Od kilkunastu dni złoty realnie tracił na wartości. Tracił ku uciesze eksporterów i ku zmartwieniu spekulantów walutowych. Deklaracja premiera Donalda Tuska, na forum ekonomicznym w Krynicy, o gotowości Polski do przyjęcia euro już w 2011 r. pozwoliła kapitałowi spekulacyjnemu odreagować i odrobić straty. Ale przecież takiego cudu polegającego na pustej deklaracji nie da się ogłaszać co kilka miesięcy.
Rada Polityki Pieniężnej wyraźnie w ostatnich dniach zrezygnowała z wypowiedzi o kolejnych podwyżkach stóp procentowych, które wcześniej podnosiły wartość złotego.
Gospodarcze cuda
Widząc nieskuteczność wpływu ośmiu podwyżek stóp na polską inflację wynoszącą dzisiaj 5 proc. oraz coraz wyraźniejsze spowolnienie gospodarcze, zarówno w strefie euro, jak i w Polsce, część drobnych inwestorów zaczęła nawet zamieniać swoje depozyty i lokaty złotowe na depozyty walutowe. W niektórych kantorach chwilowo zaczęło brakować dolarów. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki premier Tusk odmienił sytuację na rynku walutowym.
Premier interweniuje
Premier wyraźnie pomógł rynkowi walutowemu, który ostatnio tracił na spekulacjach na złotówce, ktoś jednak poniósł koszty tej czysto PR-owskiej rozgrywki. Z pewnością polscy eksporterzy, rynek obligacji i bonów skarbowych. Efektem takiej deklaracji mającej wyraźny charakter interwencji walutowej, jakiej jeszcze niedawno sam premier i minister Zajdel-Kurowska publicznie się sprzeciwiali i zaprzeczali, było umocnienie się złotego aż o 8 groszy w ciągu kilku minut. Na rynku obligacji zmieniły się ceny obligacji dwu- i pięcioletnich – czyli tych najbardziej wrażliwych na ruchy stóp procentowych. Rentowność obligacji dwuletnich wzrosła o 10 pkt. bazowych. Spadła zaś rentowność emitowanych przez Skarb Państwa obligacji 10-letnich o 16 pkt. bazowych. Nie mówiąc już o kontraktach terminowych na opcje walutowe.
Marzenia i mrzonki
Deklaracja o wejściu do strefy euro w 2011 r. jest nierealistyczna. Najwcześniejsze realne wydają się lata 2012–2013. Najbardziej jednak prawdopodobna jest data nieco późniejsza, 2013–2015. Takie nieprzemyślane wypowiedzi jak ta w Krynicy dają przede wszystkim wsparcie spekulacjom walutowym. Dała też alibi RPP do dalszego podnoszenia stóp procentowych, w celu rzekomej radykalnej walki z inflacją, która rosła niezależnie, głównie z powodu drastycznych podwyżek cen energii, gazu, produktów akcyzowych, wzrostu cen żywności i wzrostu cen utrzymania mieszkania. Podwyżki stóp skutecznie podniosły jednak koszty pieniądza – podrożyły kredyt, zwiększyły grupę niewypłacalnych polskich dłużników. I co najgorsze, zainicjowały proces schładzania polskiej gospodarki podobny do tego z lat 2000 – 2004. PKB spadnie już w tym roku do poziomu 4,5 – 4,8 proc. W 2010 r. będzie to już 3,5 – 4 proc.
RPP znowu podniesie?
Wcześniejsze wejście do systemu ERMII będzie wymagało dalszego podnoszenia stóp procentowych, podnoszenia kosztów pozyskania kredytów i tak już przecież wysokich w Polsce (na poziomie 6 proc.). RPP już zapowiedziała, że nie kończy z podwyżkami we wrześniu tego roku, choć widać było coraz wyraźniej nieskuteczność tego typu działań. Gdyby jednak Rada poważnie traktowała zapowiedzi premiera, musiałaby albo obecnie nie podnosić już stóp procentowych albo je obniżyć, by dopasować je do tych w Eurolandzie (a tam wynoszą 4,25 proc.), ale RPP bardzo chce je wywindować do poziomu 7, a nawet 8 proc.
Światowa recesja
Deklaracja premiera ośmiesza ministra finansów Jacka Rostowskiego, który twierdził, że wejście nie tyle do strefy euro, a do poczekalni – czyli tzw. systemu ERMII wymaga stabilnej sytuacji na rynkach globalnych. Minister niewiele miał ostatnio do powiedzenia, po wypowiedzi premiera. Rostowski próbował łagodzić wypowiedź Donalda Tuska, twierdząc, że nie musimy przyjmować euro z początkiem 2011 r. W Eurolandzie mamy przecież recesję, krach na rynku mieszkaniowym w Hiszpanii i Irlandii, w USA nacjonalizację instytucji finansowych i banków. Kilka dni temu minister finansów Wielkiej Brytanii ogłosił, że na Wyspach mamy do czynienia z największym kryzysem od 60 lat. Zdaniem Alana Greenspana kryzys stulecia. Bankrutuje amerykański Lehman Brothers. Z Rosji ucieka gorący kapitał rzędu 40–50 mld USD, który gdzieś musiał przycumować.
Korepetycje dla Tuska
Mało realna zapowiedź przyjęcia euro w 2011 r. zaskoczyła również jednego z głównych aktorów tego potencjalnego procesu, prezesa NBP. Czemu dobitnie dał wyraz stwierdzeniem: „rząd nie konsultował w ogóle tych spraw z NBP”. Bez uzgodnień z NBP i RPP możemy uznać tego typu zapowiedź albo za mrzonki, albo za czysty PR. Z pewnością musiała ona też zaskoczyć guru Platformy Obywatelskiej, prezesa Pekao SA, Jana Krzysztofa Bieleckiego, który niedawno na łamach prasy twierdził: „biorąc pod uwagę rosnącą inflację, wydaje się, że nie jest to najlepszy okres ani najbardziej wskazany, aby przyspieszać proces konwergencji w strefie euro. Polska ma teraz silną stabilną walutę i powinniśmy poczekać, aż obecna sytuacja na światowych rynkach się ustabilizuje. Zbyt pochopne wkraczanie do strefy euro może nas pozbawić narzędzi potrzebnych do stawienia czoła wahaniom rynku”.
Ulubieniec spekulantów
Premier pokazał, jak w pięć minut stać się prawdziwą gwiazdą rynku finansowego i ulubieńcem kapitału spekulacyjnego. Problem jednak w tym, że era silnego złotego bezpowrotnie przemija i to z przyczyn fundamentalnych naszej gospodarki i z powodu coraz poważniejszych oznak recesji w Eurolandzie. Wcześniej czy później czeka nas też atak spekulacyjny, który następuje najczęściej w okresie, gdy kraj przebywa w mechanizmie przejściowym ERMII. Decyzja o przyjęciu euro wymusi nie tylko bardzo poważne zmiany w polityce monetarnej, stóp procentowych, ale również w polityce gospodarczej i fiskalnej. Musi to oznaczać ostre przyhamowanie wzrostu gospodarczego, cięcia wydatków budżetowych, w tym zwłaszcza wydatków socjalnych (mniejsze środki na podwyżki dla sfery budżetowej, ostre ograniczenia uprawnień rentowo-emerytalnych), obniżkę siły nabywczej obywateli. Ale przede wszystkim oznacza podwyżkę cen usług i utratę instrumentów prowadzenia własnej polityki monetarnej i emisyjnej, jak i możliwość odpierania ataków spekulacyjnych.
Bałtycka lekcja
Obniżenie i dopasowywanie stóp procentowych przez RPP do średniej w Eurolandzie może wzmacniać boom kredytowy i konsumpcyjny, który w Polsce trwa w najlepsze, z czym zaczyna właśnie walczyć Komisja Nadzoru Finansowego. To doprowadzi z kolei do jeszcze wyższej inflacji. Prawo do walki z inflacją straci przecież NBP i RPP na rzecz Europejskiego Banku Centralnego. Powieli to scenariusz znany i właśnie realizowany w krajach nadbałtyckich – bardzo wysoką inflację 9 – 15 proc., ostry spadek PKB, bardzo wysoki deficyt obrotów bieżących na poziomie nawet blisko 20 proc., duży deficyt handlowy oraz całkowite uzależnienie się od kondycji zagranicznego prywatnego sektora bankowego.
Fikcja a rzeczywistość
Na szczęście realnych szans na euro w 2011 r. nie tylko z przyczyn fundamentalnych, ale i czysto formalnych nie ma. Trzeba by nie tylko zmienić konstytucję, ale również wiele innych aktów prawnych, w tym całe prawo dewizowe, ustawę o NBP i inne. Z doświadczeń krajów, które przyjmowały euro można wyciągnąć pozytywne jak i negatywne wnioski. Z pewnością żeby przyjąć euro, jeśli rzeczywiście zechce tego polskie społeczeństwo, a nie tylko elity biznesu i polityki, trzeba mieć stabilną i nowoczesną gospodarkę i stabilną walutę, umiarkowane ceny i koszty utrzymania, elastyczną politykę fiskalną, która będzie dawać szansę reagowania na zmiany cyklów koniunktury gospodarczej, niezbyt duży deficyt handlowy i niewielki stosunkowo deficyt obrotów bieżących, a przede wszystkim dość zamożne i niezbyt rozwarstwione majątkowo społeczeństwo.
Szybko to nie lepiej
Cała operacja przeprowadzona pośpiesznie może przynieść więcej szkody niż pożytku. Według raportu NBP ceny towarów tych najtańszych po kilka, kilkanaście złotych, po wprowadzeniu euro mogą wzrosnąć o ok. 7 proc. Może to być nawet w okolicach 10 proc. Oznacza to, że najbardziej podrożeją najprostsze artykuły żywnościowe: chleb, masło, mleko, mąka, cukier, warzywa, owoce, przejazdy kolejowe, przejazdy autobusowe, a więc towary kupowane najczęściej przez ludzi najmniej zamożnych, którzy ok. 30 proc. swoich dochodów przeznaczają właśnie na żywność i najprostsze usługi. Inne ceny też, wg NBP, mogą wzrosnąć o ok. 4 proc.
Co z wiarygodnością?
Istnieje więc bardzo poważne zagrożenie utraty wiarygodności Polski w związku z podaniem nierealistycznej daty, której nie da się później dotrzymać. Może na krótko wzmocnimy złotego, tylko po co się tak wygłupiać? Całkowitą rację ma więc szef Kancelarii Prezydenta, minister Piotr Kownacki, że traktuje słowa premiera jako propagandowe i publicystyczne zapowiedzi. Nie warto w tej materii urządzać wyścigów na 100 m. Jest bowiem jeszcze jeden ważny aktor na tej scenie obok NBP – to prezydent i jego kancelaria. Zmiany w konstytucji, szeregu ustaw są bowiem konieczne. Tymczasem prezydent chce poznać dokładne wyliczenia skutków wprowadzenia euro, ale nie dla spekulantów walutowych, tylko dla zwykłego człowieka.
Kwestia do przemyślenia
Bilans zysków i kosztów musi być jednoznacznie pozytywny właśnie dla polskiego społeczeństwa. Tymczasem według samej Komisji Europejskiej w latach 1999–2008 realny poziom PKB na mieszkańca Eurolandu zwiększył się tylko o 1,6 proc. – czyli mniej niż w okresie 1989–1998, kiedy było 1,9 proc. I znacznie mniej niż w Danii, Szwecji i Wielkiej Brytanii, gdzie wyniósł 2,2 proc., a więc w krajach Unii pozostających poza strefą euro. Wolniej rosła też wydajność pracy, w krajach Eurolandu była też wyższa stopa bezrobocia. Wniosek z tego taki, że wspólnota jako unia walutowa odniosła sukces, ale jako unia gospodarcza już raczej nie. Może więc lepiej cierpliwie policzyć, dobrze przemyśleć, zapytać o zdanie polskie społeczeństwo, a przede wszystkim rzetelnie je poinformować i ewentualnie wprowadzić euro, ale dopiero w 2014 r.?
Janusz Szewczak
Autor jest niezależnym analitykiem gospodarczym