"Armaty zamiast lotnisk. Czy CPK polegnie na froncie polityki?"
Historia uczy nas jednego – wielkie projekty upadają nie dlatego, że są niemożliwe, ale dlatego, że przestają być wygodne. A teraz wygląda na to, że Centralny Port Komunikacyjny znalazł się w takim właśnie momencie.
Bruksela daje Polsce zielone światło, by przesunąć co najmniej 30 miliardów złotych z KPO na wydatki obronne. A że to ten sam KPO, który miał finansować CPK? Cóż, przypadek? Nie w polityce. Dla rządu Donalda Tuska to idealny pretekst, by powiedzieć: "Nie będzie lotniska, bo musimy kupić więcej czołgów i rakiet". I kto się temu sprzeciwi?
Wielkie inwestycje mają to do siebie, że potrzebują paliwa. W tym przypadku – pieniędzy z KPO. Bez nich projekt staje się wielką, betonową dziurą w ziemi. Jeśli rząd postawi na obronność kosztem CPK, to nikt nawet nie będzie musiał wydawać oficjalnego wyroku. CPK po prostu umrze śmiercią naturalną, powoli, w ciszy gabinetów, gdzie decyzje zapadają między jednym raportem a drugim.
A co z inwestorami, którzy uwierzyli w CPK? Cóż, giełda nie lubi, gdy ktoś rozkłada karty pod stołem. Jeśli projekt zostanie „tymczasowo zamrożony”, akcje spółek z nim związanych mogą polecieć na łeb, na szyję. Pieniądze, które miały budować nowoczesny hub lotniczy, zostaną przeznaczone na czołgi. Nie twierdzę, że obronność nie jest ważna – ale czy przypadkiem nie jest to zgrabny manewr, by CPK zniknęło z mapy inwestycji?
Churchill mawiał: "Rząd, który chce oszczędzać na obronie, będzie musiał wydawać pieniądze na okup". Ale co, jeśli rząd, który chce oszczędzać na CPK, po prostu nigdy nie chciał go budować? Przesunięcie pieniędzy na zbrojenia wygląda jak szach-mat w jednej partii, którą ten projekt i tak miał przegrać. Może więc czas przyznać otwarcie: to nie wojna pogrzebie CPK, ale polityka.