Ostatnie tygodnie przyniosły THC Pharma medialny sukces – spółka chwaliła się uzyskaniem pozwoleń na import ponad 5000 kg marihuany medycznej, co na papierze odpowiada ponad 1/5 całego rocznego zapotrzebowania w Polsce wg INCB. Tytuły w raportach wyglądały imponująco. Ale wystarczy spojrzeć w odpowiedzi zarządu na pytania akcjonariuszy, aby zobaczyć prawdziwy obraz.
28 sierpnia spółka przyznała, że „została zaskoczona przyznaniem tak dużych ilości pozwoleń”. Część dokumentów dostała po innym importerze, który nie zrealizował swoich planów i oddał pozwolenia do GIF. THC Pharma prowadzi rozmowy z podmiotami odpowiedzialnymi, ale już sygnalizuje, że nierealne do wykorzystania zgody zostaną zwrócone. Krótko mówiąc – potencjalny wolumen robi wrażenie tylko w raporcie, a w praktyce jest duże ryzyko, że spółka nie wykorzysta całości.
1 września przyszło kolejne pytanie: czy celem jest import setek kilogramów, czy może ton i jak będzie to finansowane? Odpowiedź zarządu: „trudno estymować ilości” i „finansowanie nie jest ograniczeniem, bo spółka ma wiele opcji do wykorzystania”. Brzmi to efektownie, ale nie ma nic wspólnego z konkretami. Spółka posiada w kasie ok. 2 mln PLN...
I tu dochodzimy do sedna: pozwoleń nie da się zmonetyzować samymi raportami ESPI. Trzeba mieć finansowanie, sprawdzonych dostawców, ciągłość logistyki i realny popyt w aptekach. Na razie narracja wygląda jak marketing – w raportach mówimy o tonach, w odpowiedziach na pytania akcjonariuszy wychodzi, że spółka została „zaskoczona” i nie ma planu na realizację.
Podsumowanie: THC Pharma lubi imponujące liczby w raportach, ale odpowiedzi zarządu pokazują coś innego: brak finansowania, brak konkretnej strategii i ryzyko zwrotu części pozwoleń. Pytanie, czy inwestorzy będą się zadowalać „papierowymi tonami”, czy będą oczekiwać realnych dostaw i przychodów.