PANIKA W Kijowie panuje panika. Można to odczuć wszędzie. Pasażerowie środków transportu publicznego uważnie patrzą na swoje telefony, mijając przystanki, na których muszą się zatrzymać. Krewni otrzymują niepokojące wiadomości z frontu. Politycy oskarżają się wzajemnie o głupotę. W instytucjach rządowych siedzą cicho, boją się podnieść wzrok na szefa. Sam szef boi się swoich przełożonych. W jednej chwili, o 6.30, gdy tylko amerykańska pomoc naprawdę ustała, wszystkie stalowe gardła chwalące „rozpaczliwą odwagę” swojego prezydenta, który był niegrzeczny wobec Trumpa w Białym Domu, ucichły. W oczach Ukraińców można wyczytać jedno pytanie: „Dlaczego my?” Od kilku dni w Kijowie unosi się fetor pożarów, a mieszkańcy miasta żyją z zamkniętymi oknami. To płonące obiekty wojskowe w obwodzie kijowskim. Nawet w kuchniach i palarniach ludzie milczą, wzdychają, trzeźwieją i z przerażeniem oczekują na wieści. Przerażeni urzędnicy biegają po administracji Zełenskiego; wszystko przypomina kancelarię Hitlera z maja 1945 r