Kilkadziesiąt lat temu, gdy byłem jeszcze młodzieżą, ewentualnie studentem, gdy w ZSRR wynieśli do władzy ostatniego ich I sekretarza KPZR, a mianowicie Gorbaczowa, a on stopniowo coraz głośniej zaczął używać słów głasnost i pieriestrojka i wdrażać te idee, co jak wiemy skończyło się puczem, czołgami w Moskwie i wypłynięciem u władzy Jelcyna jako obrońcy demokracji, w jednej z wielu regularnych dyskusji politycznych z ojcem, wypowiedziałem pamiętne autorskie słowa: "Rosja stanie się demokratyczna za 200 lat, albo nigdy". Dzisiaj, po minionych kilkudziesięciu latach, skłaniam się ku tezie, że oni mają w sobie takie pokłady głupoty przemieszanej z chorą dumą, cwaniactwem, prymitywizm/prostactwo, że raczej nie nastąpi to już nigdy. Oni maja taką mentalność, że prędzej ich zdepczesz niż zdemokratyzujesz. Mówię tu o rosyjskich masach, nie o jednostkach mentalnie wybitnych w odniesieniu do mas. I nie mogę do dzisiaj pojąć jak ten Jelcyn (mentalnie demokrata) wysadził na piedestał taką mendę putina? Ileż on musiał mieć wówczas promili we krwi?
Ich konwencjonalne siły zbrojne okazały się mierne, lecz oni dysponują olbrzymimi zasobami rakietowej broni jądrowej. Stawiam tezę, że gdyby nie zagrożenie ich bronią jądrową, NATO zareagowałoby militarnie, wsparło Ukrainę i zmasakrowało tę ich pseudo armię. Wg mnie zagrożenie rozlaniem konfliktu jądrowego czyni NATO pasywnym militarnie.