• ---Troszkę historii - ku pokrzepieniu serc?--- Autor: zapend [83.31.4.*]
    Chorwacja'41-45: Katolickie Eldorado

    Chorwacja przed pierwszą wojną światową była jedną z prowincji Austro - Węgier. Po wojnie weszła w skład Królestwa SHS (Serbów, Chorwatów i Słoweńców, w 1929 król zmienił nazwę państwa na: Jugosławia). Wprawdzie w królestwie nasilały się niesnaski i konflikty między Serbami (prawosławni) i Chorwatami (katolicy), lecz mniejszościowa religia katolicka (wśród 12 mln ludzi, było 5,5 mln prawosławnych i 4,7 mln katolików) nie doznawała ucisku, a nawet przeciwnie — rozwijała się pomyślnie. Podręcznik historii Kościoła podaje: "Życie kościelne rozkwitało. Rozwój dawał się zauważyć szczególnie w prasie, szkolnictwie i organizacjach, w duszpasterstwie i zakonach".

    W roku 1935 zawarto nawet konkordat z Watykanem. Wyjątkowe jest nie tylko to, że religia katolicka stanowiła tam mniejszość, ale i fakt bardzo korzystnych dla niej ustanowień. Watykan reprezentował E. Pacelli. Art. 1 stwierdzał, że Kościół katolicki ma pełne prawo do swobodnego i publicznego pełnienia swej misji. Duchowieństwu przyznano przywileje i państwową ochronę spełniania swych funkcji (czego naruszenie, np. poprzez obrazę, karane miało być zgodnie z prawem państwowym). Dochody kleru otrzymywane z tytułu pełnienia funkcji miały być zwolnione od podatku, tak jak dochody funkcjonariuszy państwowych. Kościołowi przyznano subwencje, proporcjonalnie odpowiednie jak dla innych wyznań. Nauka religii dla katolików miała być przedmiotem obowiązkowym. Szkoły wyznaniowe mogły otrzymać prawa szkól publicznych. Małżeństwa kanoniczne zrównane z cywilnymi (sprawy o unieważnienie w gestii sądów kościelnych). Jak więc widać znacznie przesadzono z przywilejami, które byłyby nawet bardzo korzystne dla państwa całkowicie katolickiego. Zwieńczeniem tych nadmiernych przywilejów było chyba ustanowienie nuncjusza papieskiego dziekanem całego korpusu dyplomatycznego w Jugosławii, co jest doprawdy niebywałe, gdyż występuje to tylko w krajach tradycyjnie katolickich i to nie wszystkich. Na skutek przerostu przywilejów nigdy nie udało się ratyfikować tego konkordatu i przez to nie wszedł on w życie. W związku z tym zawiedziony Pacelli powiedział na spotkaniu konsystorza coś bardzo złowieszczego: "Nadejdzie jeszcze dzień, kiedy niemała będzie liczba tych, którzy gorzko pożałują, że odtrącili to dzieło dobre, wielkoduszne i z wielkiego serca poczęte, które zaofiarował ich krajowi namiestnik Chrystusa"

    Nim przejdziemy do omawiania losu, jaki katolicy zgotować mieli w latach 1941-45 prawosławnym, dla zobrazowania tym większej niesprawiedliwości tego co się stało, warto wspomnieć jeszcze inny konkordat jaki im sprezentowało państwo z przewagą prawosławia — chodzi o konkordat zawarty 24 czerwca 1914 r. z Serbią. Również i on był korzystny dla mniejszościowego katolicyzmu. Art. 1 stwierdzał: "religia katolicka, apostolska rzymska, może być swobodnie i publicznie praktykowana w królestwie serbskim". Biskupi mieli otrzymywać od rządu roczne pensje. Nauka religii dla katolików miała być obowiązkowa. Małżeństwa kanoniczne zrównano z cywilnymi. Jednak na skutek wybuchu wojny, a następnie głębokich zmian politycznych, konkordat ten również nigdy nie wszedł w życie.

    Powyższe przykłady obrazują jednak, że katolicka religia, będąc nawet w mniejszości, generalnie była nie tylko tolerowana, ale i miała się bardzo dobrze. 4 stycznia 1941 r. (czyli na trzy miesiące przed przejęciem władzy przez ustaszów!) Civilta Cattolica przytacza fragment z jugosłowiańskiej prasy kościelnej: "W Banacie chorwackim wychodzi się naprzeciw życzeniom Kościoła, nasze katolickie tradycje chrześcijańskie są respektowane... Nie ma najmniejszych uprzedzeń, najmniejszej nieufności... Stosunki z Kościołem są nie tylko poprawne, ale wręcz przyjacielskie... Świeckiemu duchowieństwu, czy urzędującemu, czy w stanie spoczynku, podniesiono uposażenia; wiele katolickich instytutów otrzymało subwencje"

    Niezależne Państwo Chorwackie (NDH)

    Po wkroczeniu Niemców do Jugosławii (6 kwietnia1941), współpracę z nimi podjął ruch ustaszów, założony w 1929 r. przez doktora Ante Pavelicia w celu dokonania secesji Chorwacji od państwa jugosłowiańskiego. Niedługo potem Pavelić został głową Niepodległego Państwa Chorwackiego, któremu Hitler przyznał status 'aryjskości'. W skład nowego państwa, oprócz Chorwacji, weszły Bośnia i Hercegowina oraz serbski Srem (łączny obszar państwa: 92,5 tys. km kw.). Stolicą NDH została Banja Luka.

    Reżim, jaki wkrótce ustanowili ustasze (1941-45), którego polityka opierała się na eksterminacji prawosławnych, Żydów, Cyganów i komunistów, był jednym z najokrutniejszych, o ile nie najstraszliwszym, w czasie drugiej wojny światowej. Politykę tę chorwacki minister edukacji, dr Mile Budak, określił następująco: „Część Serbów wybijemy, część wygnamy, a resztę, która musi przyjąć religię katolicką, włączymy do narodu chorwackiego (...) Wszystkie nasze poczynania wynikają z wierności wobec religii i Kościoła katolickiego". H. Neubacher, wysłannik niemieckiego Urzędu Spraw Zagranicznych pisał: "Recepta wodza ustaszów i poglavnika Chorwacji, Ante Pavelića, na prawosławnych przypomina wojny religijne, pamiętne jako te najkrwawsze: 'Jedna trzecia ma się stać katolicka, jedna trzecia ma wynieść się z kraju, a jedna trzecie ma umrzeć!' Ostatni punkt tego programu wykonano". W nowym państwie chorwackim zamieszkiwało 6,7 mln ludzi. Połowę tego stanowili katolicy, oprócz tego 2,2 mln prawosławnych, 750 tys. muzułmanów, 70 tys. protestantów i 45 tys. Żydów. Katolicy rozpalili się tylko przeciwko prawosławnym i Żydom. Fanatyzm i mordercza furia faszystów chorwackich była tym gorsza, że wszystko opierało się na waśniach religijnych, a plan państwowy zmierzał do utworzenia całkowicie katolickiej Chorwacji. Cornwell pisał o tych mordach: "Nawet w porównaniu z obecnymi rzeziami w Jugosławii zbrodnie Pavelicia na prawosławnych Serbach pozostają jedną z najbardziej odrażających masakr w historii".

    Często pisze się o rewolucji francuskiej z 1789 r. i o jej terrorze jako o bezbożnych wyczynach, najchętniej obarczając tym jeszcze oświeceniowych filozofów. Staje jednocześnie człowiek religijny przed dylematem o wiele większym, a jest nim właśnie reżim ustaszowski, bez wątpienia o wiele bardziej zmieszany z religią katolicką, niż rewolucja z ateizmem, wszak terror ustaszów miał wytyczony jasny cel: stworzenie kraju „rdzennie" katolickiego. A przy jego okrucieństwie i barbarzyństwie wyczyny rewolucjonistów wydają się czymś nieomal humanitarnym. Nawet Wandea nie może się z tym równać.

    Aby zdać sobie sprawę z okropności tego co się działo wówczas w Chorwacji, można porównać to choćby do zbrodni hitlerowców. Eksterminacje żołnierzy Hitlera i jego dowódców były, mówiąc nieco makabrycznie, jakby biurokratyczną robotą: bezemocjonalne zabijanie, planowe i regularne. Natomiast to co wyczyniali ustasze była to ślepa furia i szaleństwo. Fotografie tych zbrodni pokazują zdjęcia kobiet z odciętymi piersiami, wyłupione oczy (sam Ante Pavelić był ponoć ich kolekcjonerem - C. Malaparte), odcięte genitalia, dzieci wbijane na pal, setki narzędzi zbrodni: noży, toporów, haków na mięso, itd. Włosi sfotografowali ustasza, który miał na szyi „naszyjnik" z ludzkich języków i oczu.

    Hitlerowskie wojska Wehrmachtu bywały przerażone lub zszokowane (!!!) tymi poczynaniami. Na początku czerwca 1941 r. Edmund Glaise von Horstenau, niemiecki generał akredytowany w Chorwacji informował, że "ustaszów ogarnął szał", w lipcu donosił o zakłopotaniu Niemców, których "sześć batalionów piechoty" patrzyło się bezradnie w osłupieniu "ślepej krwawej furii ustaszów". 17 lutego 1942 r. szef Sicherheitspolizei i służb specjalnych, donosi Reichsführerowi SS: "Liczbę prawosławnych, których Chorwaci wymordowali i przy użyciu najbardziej sadystycznych metod zamęczyli na śmierć, trzeba oszacować mniej więcej na 300 tys. ludzi.. Należy przy tym zauważyć, że Kościół katolicki, ze względu na środki, jakie stosuje przy nawracaniu, i na swój przymus nawracania, forsował w ostatnich czasach potworności popełniane przez ustaszów, posługując się nimi również w swoich akcjach nawracania... Faktem jest, że mieszkający w Chorwacji Serbowie, którzy przyznali się do Kościoła katolickiego, mogą nadal żyć nie nagabywani... Widać z tego, że napięcie chorwacko-serbskie polega w istotne mierze na walce, jaką Kościół katolicki prowadzi przeciw Kościołowi prawosławnemu". Zdarzały się nawet zbrojne interwencje Niemców w tej sprawie, np. w czerwcu 1942 r. niemiecki dowódca 718 dywizji piechoty nakazał rozbroić i aresztować całą kompanię pułku ustaszów, "ponieważ zaistniało poważne podejrzenie, że kampania ta znowu dopuściła się gwałtów na ludności serbskiej w Romanii". Nawet Ribbentrop przekazał poprzez niemieckiego posła w Zagrzebiu Paveliciovi niezadowolenie rządu Rzeszy z powodu "potwornych ekscesów". Niemcy słali raporty, mówiąc o "doprawdy przerażających wydarzeniach", o "bezsensownej rzezi ludności serbskiej", o "potwornościach... popełnianych na bezbronnych starcach, kobietach i dzieciach w najbardziej bestialski sposób", o "coraz to nowych okropnościach", itd., etc. (!!!)

    Tak samo reagowali Włosi Mussoliniego. Zadziwiające jest to, że faszystowskie wojska włoskie do 1 lipca 1943 r. w swojej strefie w Jugosławii zapewnili ochronę ponad 33 tys. cywili, w tym 2,1 tys. Żydów, przed wściekłością faszystów ustaszowskich. Byli to więc, cokolwiek by o nich nie mówić, faszyści dużo bardziej humanitarni niż chorwaccy szaleńcy. Jonathan Steinberg pisał o tym zjawisku: "Długi proces, zapoczątkowany wiosną 1941 roku spontaniczną reakcją poszczególnych młodych oficerów, którzy nie mogli bezczynnie patrzeć, jak chorwaccy rzeźnicy wycinają w pień serbską i żydowską ludność, zakończył się w lipcu 1943 roku czymś w rodzaju powszechnego narodowego spisku w celu przeciwdziałania znacznie większemu i systematycznemu okrucieństwu państwa hitlerowskiego (...) Opierał się on na ich wspólnym poczuciu włoskości". Wobec tych zachowań Włochów przychylnych Serbom narzekał arcybiskup Stepinać, że postępuje "na chorwackich obszarach przyłączonych do Włoch ciągły upadek życia religijnego i pewną tendencję do przechodzenia z katolicyzmu na schizmę"

    W maju 1941 r. wprowadzono pierwsze ustawy antyżydowskie, oparte na kryteriach 'rasowych'. W tym samym miesiącu do obozu koncentracyjnego w Danicy odjechali pierwsi Żydzi. Dla prawosławnych Serbów nie przewidywano generalnego nawrócenia, lecz głównie likwidację. Podobnie, jak w Niemczech, elementy 'niższe rasowo' musiały być oznakowane: Serbowie nosili niebieską opaskę z literą P (od Pravoslavac), a Żydzi - gwiazdę Dawida. Zagrzebskie biura, sklepy, restauracje, tramwaje, autobusy miały tabliczki: "Serbom, Żydom, koczownikom i psom wstęp wzbroniony!"

    Udział Kościoła

    Kościół od razu podjął żywiołową współpracę z ustaszami. Do partii Ustasza należało wielu duchownych, np. arcybiskup Sarajewa, Ivan Šarić, wielu członków z Akcji Katolickiej, jej przywódca Ivo Guberina, był kapitanem w przybocznej gwardii Pavelića, franciszkanin Berto Dragićević z klasztoru Široki Brijeg był dowódcą okolicznych ustaszów. Jest więc pewne, że Kościół chorwacki wiedział o wszystkich zbrodniach od samego początku, jednak nie zrobił nic, aby zaprzestano masakr oraz konfiskaty majątków ofiar. Majątek jaki w czasie wojny zgromadzili ustasze oszacowano po wojnie na ok. 80 mln USD. Przypuszcza się, że w sprawie tego majątku, ustasze zawarli z Watykanem jakieś porozumienie. Dla złota usztaszów udostępniono własne sejfy i magazyny. W Kurii uzgodniono również program przejmowania przez chorwackich katolików zawłaszczonych prawosławnych kościołów i ich adaptację. Zresztą wiele cerkwi po prostu zniszczono lub zamieniono na magazyny czy stajnie. Dokumenty z watykańskiej Kongregacji ds. Kościołów wschodnich zalecały ponadto chorwackim biskupom, aby nie przyjmować w szeregi katolickie tych, którzy nie czynią to ze szczerego serca (czyli np. jak to było praktykowane: ze strachu i z chęci przetrwania ludobójstwo)

    Arcybiskup Alojzije Stepinać od samego początku zgadzał się z ogólnymi celami polityki ustaszów. 16 kwietnia złożył wizytę Paveliciowi, w czasie , której herszt ustaszów poinformował go, że "nie będzie tolerował serbskiej Cerkwi prawosławnej, ponieważ nie jest ona Kościołem, tylko organizacją polityczną". Wieczorem tego samego dnia Stepinać wydał na cześć Pavelicia i jego kompanów uroczystą kolację, aby uczcić ich powrót z wygnania. Arcybiskup zanotował: "Poglavnik jest szczerym katolikiem". Zaiste był z niego porządny katolik, wyznawca zdrowej moralności. Mówił o "uporządkowanym życiu religijnym i rodzinnym", jakie należy zaprowadzić w nowym państwie, w którym uznawał "za zdatnych tylko mężów prawych i nie zepsutych moralnie", takich zarazem, którzy gromić będą "ateizm, bluźnierstwo przeciw Bogu i sprośność w mowie". Wszystkie te ideały, które tak bliskie są kościołowi, tym samym wysoko przezeń cenione.

    "Ojcze Święty! Kiedy dobrotliwa Opatrzność Boska pozwoliła abym ujął w dłonie ster mojego narodu i mojej Ojczyzny, postanowiłem twardo i ze wszystkich sił tego pragnąc, że naród chorwacki, zawsze wierny swojej chlubnej przeszłości, ma również na przyszłość pozostać wierny Świętemu Apostołowi Piotrowi i jego następcom, i że przepojony prawem Ewangelii naród nasz stanie się Państwem Bożym" - deklarował papieżowi wkrótce po objęciu władzy.

    Kościół ochoczo z tego ramienia skorzystał.

    W roku 1946 ujawniono list jaki Stepinać wysłał do Pavelicia w sprawie przymusowych nawróceń i rzezi. Prymas Chorwacji przytacza w liście szereg przychylnych poglądów braci biskupów. Na przykład biskup Mostaru, doktor Miącić, wyraża tęsknoty chorwackiego episkopatu za masowymi nawróceniami na katolicyzm i oznajmia: "jeszcze nigdy nie było tak dobrej okazji do dopomożenia Chorwacji w zbawieniu niezliczonych dusz". W tym miejscu przed oczyma musi nam stawać machina średniowiecznej inkwizycji, która paląc przeniewierców mówiła o zbawieniu ich dusz. Żali się zarazem biskup na "ciasnotę poglądów" władz, które gnębią nawet Serbów nawróconych na katolicyzm. Mówiąc o potwornej rzezi mówi coś zdumiewającego: "W parafii Klepaca zamordowano siedmiuset odszczepieńców z sąsiednich wiosek. Podprefekt Mostaru, muzułmanin, pan Bajić, publicznie ogłosił (chociaż jako urzędnik państwowy powinien to przemilczeć), że w samej tylko Ljulinie wrzucono do dołów siedmiuset schizmatyków"

    28 kwietnia 1941 r. ustaszowski oddział napadł na kilka prawosławnych wiosek w rejonie Bjelovaru, uprowadzając 250 osób. Ofiary musiały wykopać sobie grób, po czym zostały skrępowane drutem i spalone żywcem. Tego samego dnia przywódca chorwackiego kleru, arcybiskup Zagrzebia Stepinać wydaje list pasterski, w którym pisze: "Któż mógłby nam czynić zarzut z tego, że jako duszpasterze podzielamy radość i entuzjazm narodu, wyrażając głęboką wdzięczność Bożemu majestatowi. Mimo że aktualne wydarzenia, tak wielkiej wagi, są bardzo zawikłane, łatwo jednak dostrzec w tym dziele rękę Boga. Ab domino factum est istud et est mirabile in oculis nostris. (Przez Pana się to stało, I to jest cudowne w oczach naszych; psalm 117, 23.). Dlatego usłuchacie naszego apelu i tak przyczynicie się do zachowania i rozwoju niepodległej Chorwacji. Znamy tych ludzi, którzy dziś mają w swoich rękach los narodu chorwackiego, i jesteśmy niezbicie przekonani, iż Kościół będzie mógł w odrodzonym państwie chorwackim całkiem swobodnie głosić słuszne pryncypia prawdy i wiecznej sprawiedliwości (...)".

    Kilka dni później w Ostacu wyłapano 331 Serbów. Znów musieli kopać grób dla siebie. Następnie ustasze zarąbali wszystkich siekierami i wrzucili do dołów. Popa Branko Dobrosavljevicia i jego syna zostawiono na koniec: rąbiąc dziecko na kawałki kazali ojcu odmawiać modlitwę za zmarłych. Po tym poddali go straszliwym torturom, wydarli włosy z głowy i brody, wyłupili oczy i obdarli żywcem ze skóry. W Mliniąte, okręgu Glamoč, były członek parlamentu Luka Avramović został ukrzyżowany wraz z synem.

    W Banja Luce „podkuto jak konia" 81-letniego biskupa Platova i zmuszono by chodził z podkowami, aż stracił przytomność. Później wykłuto mu oczy, przypalono piersi, obcięto nos, uszy, by wreszcie dobić.

    14 maja 1941 r. w Glinie kilkaset Serbów zapędzono do cerkwi. Do kościoła wpadli ustasze z siekierami i nożami. Ci, którzy nie okazali zaświadczeń o przejściu na katolicyzm (miały je dwie osoby) zostali w kościele zarżnięci. "Krwawa łaźnia trwała od godziny 10 wieczorem do 4 rano i przez osiem następnych dni. Rzeźnicy musieli zmieniać mundury, tak były przesiąknięte krwią. Znajdowano później wbite na pal dzieci z członkami powykręcanymi od bólu". Inicjatorami tego byli minister sprawiedliwości dr Mirko Puk i przeor klasztoru franciszkańskiego w Čuntić, Hermenegildo (właśc. Častimir Hermann).

    Po tej masakrze, 18 maja 1941 r., Pavelić został uroczyście przyjęty przez papieża Piusa XII, który w czasie tej audiencji udzielił mu błogosławieństwa. Tym samym Watykan wyraził poparcie dla nowego chorwackiego państwa. Warto w tym miejscu wspomnieć, iż Pavelić był wcześniej skazany zaocznie przez sąd państwowy na karę śmierci za morderstwa, m.in. za zamach na króla Aleksandra, jednak nie przeszkadzało to papieżowi, jednak kiedy w roku 1938 przybył do Rzymu oficjalnie nasz szef MSZ, Józef Beck, papież odmówił mu audiencji, ponieważ miał nieuregulowane kościelnie sprawy małżeńskie (!!!).

    Już wcześniej, w czasie narodowej pielgrzymki w 1939 r., Pius XII poparł chorwacki nacjonalizm i ustaszowską interpretację historii, którzy mówili o „rdzennej" katolickości Chorwacji, wiernej papiestwu od XIII w. Papież ogłosił Chorwatów "forpocztą chrześcijaństwa" i oznajmił nacjonalistom: "Uśmiecha się do was nadzieja na lepszą przyszłość, przyszłość, w której stosunki państwa z Kościołem w waszym kraju nabiorą harmonii z korzyścią dla obu stron" Tak właśnie się miało stać. Nawet jeśli jeszcze wówczas Watykan nie wiedział o zbrodniach ustaszów (choć wiedział, że Pavelić jest totalitarnym dyktatorem na usługach Mussoliniego i Hitlera i że wprowadził ustawy antyżydowskie i rasistowskie oraz że jest zwolennikiem przymusowego nawracania na katolicyzm), to z pewnością już wkrótce doskonale był o tym poinformowany, gdyż o sytuacji w Chorwacji wiedział lepiej niż w jakimkolwiek innym kraju. Legatem w Zagrzebiu mianowano Ramira Marconego, który informował papieża o wszystkim. O tym benedyktynie rzuconym do chorwackiej rzeźni Cornwell pisze, że był on "amatorem, który całą tę krwawą epokę przeżył chyba w lunatycznym śnie. Ów sześćdziesięcioletni benedyktyn, bez żadnego doświadczenia w dyplomacji, większość swego dorosłego życia spędził jako wykładowca w kolegium św. Anzelma w Rzymie. Jego światem były klasztor i wykłady. W Chorwacji zaś czas upływał mu na uczestniczeniu w ceremoniach, przyjęciach, publicznych paradach i fotografowaniu się z Paveliciem. Wybrano go najwyraźniej po to, by kadził i popierał."

    W czasie spotkania chorwackiego ambasadora przy Watykanie, Rusinowicia z Montinim z sekretariatu stanu, ustasza oznajmił, że w kraju jest już 5 mln katolików (na początku było ich 3,3 mln), na co prałat odparł: "Ojciec Święty wam pomoże, bądźcie pewni". Pacelli, marzący zapewne o katolicyzacji Bałkanów, nie mniej niż o zdobyciu Rosji pod swoje wpływy religijne, przymykał oczy na to jakimi środkami odbywało się kiełznanie prawosławia. Widział tylko świetlisty cel i nowe prężne katolickie państwo. "Niech żyją Chorwaci!" — powiedział w czasie jednej z chorwackich audiencji w Watykanie. Cały jednak świat nie widział żadnych powodów do wyrażania radości, za to zewsząd płynęły głosy oburzenia. "Uważa się go jednomyślnie za największego zbrodniarza 1941 roku" - napisał 1 lutego 1942 r. londyński tygodnik New Review. "To jedna z najgorszych, o ile nie najgorsza zbrodnia wojenna" - powiedziała żona prezydenta USA, pani Roosvelt. Pius XII nie zająknął się na ten temat. W tym przypadku nie można się już tłumaczyć, że obawiał się losem katolików, etc. — było to państwo całkowicie katolickie i posłuszne Kościołowi, w którym księża byli oprawcami...

    Czy Polska pod rządami LPR i RM także doświadczy takiego "katolickiego miłosierdzia"?

  • Re: ---Troszkę historii - ku pokrzepieniu serc?--- Autor: ~ku pokrzepieniu serc [83.23.239.*]
    Też mi porównanie
    Nawracanie grzeszników wygląda nieco inaczej, no chyba, że szala się przebrała i Pan Bóg dopuszcza ....
    Boża miłość jednak objawia się zupełnie inaczej....



    Cudowny znak, który nieustannie się uobecnia


    W sanktuarium La Madonna dei Fiori (Matki Bożej Kwiatów) w miasteczku Bra (60 km od Turynu) każdego roku między 8 a 29 grudnia, często przy silnym mrozie i w śniegu, ponawia się zadziwiający fenomen kwitnięcia drzew rosnących w miejscu objawienia się Matki Bożej.


    Historia objawienia się Matki Bożej w Bra


    Wieczorem 29 grudnia 1336 r. młodziutka mężatka, Egidia Mathis, która była w zaawansowanej ciąży, przechodziła obok figurki Matki Bożej na peryferiach Bra. Posążek ten był umieszczony na wysokim palu, stojącym wśród gęstych zarośli. Właśnie tam czatowali na Egidię, z zamiarem jej zgwałcenia, dwaj najemni żołnierze. Kiedy przechodząca kobieta zorientowała się, jakie są ich intencje, przerażona rzuciła się w kierunku figurki, błagając Matkę Bożą o pomoc. Sytuacja była beznadziejna, gdyż Egidia sama nie była w stanie obronić się przed napastnikami. Nagle z figurki błysnęło tak oślepiające światło, że śmiertelnie wystraszeni żołnierze uciekli. Właśnie wtedy Egidii objawiła się Matka Boża i – uśmiechając się z czułością – zaczęła ją uspokajać. Zaraz po tym objawieniu Egidia poczuła bóle porodowe i bez żadnych komplikacji urodziła dziecko. Owinęła je w swój zimowy szal i pośpiesznie udała się do najbliższych domostw z prośbą o pomoc. Wieść o tym wydarzeniu rozniosła się w miasteczku lotem błyskawicy.

    Wkrótce w miejscu objawienia zebrali się na modlitwę prawie wszyscy mieszkańcy Bra. Możemy sobie wyobrazić ich wielkie zaskoczenie, gdy zobaczyli licznie rosnące tam drzewa okryte białymi, przepięknymi, wiosennymi kwiatami. Był to dla wszystkich oczywisty, cudowny znak potwierdzający prawdziwość słów Egidii Mathis o objawieniu się Matki Najświętszej. Obok tego miejsca, w którym objawiła się Matka Boża i cudownie zakwitły w grudniu drzewa, wybudowano sanktuarium La Madonna dei Fiori.


    Nieustanne ponawianie się cudownego znaku


    Od tamtego wydarzenia, które miało miejsce 29 grudnia 1336 r., minęło już 670 lat, a mimo to każdego roku ponawia się cudowny znak kwitnięcia drzew w miejscu objawienia się Matki Bożej. Ten fakt szczególnie zainteresował naukowców z Uniwersytetu Turyńskiego, którzy od 1700 roku poddają nieustannym badaniom i obserwacjom tę „anomalię” botaniczną.

    Uczeni stwierdzili, że drzewa rosnące w miejscu objawień to Prunus spinosa L. Normalnie kwitną one tylko raz w roku, w końcu marca lub na początku kwietnia, a później mają małe i cierpkie w smaku owoce. Drzewa te to rodzaj dzikich śliwek, które w regionie Piemontu występują powszechnie, tworząc gęste zarośla przy drogach, dolinach i pagórkach. Badania naukowe wykazały, że gleba przy sanktuarium La Madonna dei Fiori, na której rosną drzewa Prunus spinosa L., niczym szczególnym się nie wyróżnia: jest taka, jaka najczęściej występuje w tamtym regionie. Nie stwierdzono tam również żadnych oddziaływań geofizycznych, elektromagnetycznych czy klimatycznych, które mogłyby spowodować kwitnięcie drzew w grudniu. Badacze ustalili za to, że drzewa Prunus spinosa L. znajdujące się przy sanktuarium w Bra są identyczne z tymi, które występują w innych miejscach regionu. Kwitną one wiosną i wydają owoce. Natomiast ich kwitnięcie w samym środku mroźnej zimy stanowi dla naukowców zagadkę.

    Kiedy 2 stycznia 2006 r. przyjechałem do tego sanktuarium razem z ks. Tomaszem Klimczakiem TChr (duszpasterzem polonijnym w Mediolanie, Turynie i Brescii), było 6 stopni mrozu i wyjątkowo w tym roku nie było tam śniegu. Kustosz sanktuarium, don Michele, powiedział nam, że nadzwyczajne kwitnięcie rozpoczyna się 8 grudnia każdego roku, w uroczystość Niepokalanego Poczęcia NMP, i trwa do 29 grudnia, czyli do rocznicy objawienia się w tym miejscu Matki Bożej. Pomimo tego, że jest tam w grudniu zawsze kilku- lub kilkunastostopniowy mróz, kwiaty na drzewach nie przemarzają. Chociaż przyjechaliśmy tam już kilka dni po zakończeniu pełnego kwitnięcia, to na drzewach pozostało jeszcze trochę kwiatów, które sfotografowałem. Don Michele wspomniał również o tym, że kroniki sanktuarium w Bra podają, iż w jego 670-letniej historii drzewa w miejscu objawienia nie zakwitły tylko dwa razy. Było to w grudniu 1913 r. oraz w grudniu 1938 r., a więc kilka miesięcy przed wybuchem pierwszej i drugiej wojny światowej. Kustosz sanktuarium poinformował nas także, że naukowcy z Uniwersytetu Turyńskiego przeprowadzili ciekawy eksperyment: posadzili w miejscu objawienia sadzonki Prunus spinosa L., które nie pochodziły z grupy drzew rosnących przy sanktuarium. Okazało się, że drzewa te nigdy nie zakwitły w grudniu, mimo że przecież były tego samego gatunku i rosły w tym samym miejscu. Tak więc w grudniu kwitną tylko drzewa pochodzące z grupy drzew Prunus spinosa L., które rosły w miejscu objawienia się Matki Bożej 29 grudnia 1336 r. Z naukowego punktu widzenia pozostaje nierozwiązaną zagadką fakt kwitnięcia zimą drzew owego gatunku. Natomiast dla ludzi, którzy są otwarci na przyjęcie znaków przekazywanych nam przez ukrytego i niewidzialnego Boga, kwitnięcie drzew w grudniu w sanktuarium La Madonna dei Fiori w Bra jest nadprzyrodzonym znakiem wzywającym do nawrócenia – do otwarcia się na obecność Matki Bożej, która pragnie nas prowadzić drogami wiary do swojego Syna Jezusa Chrystusa, będącego dla każdego człowieka jedynym gwarantem życia wiecznego i niezniszczalnej miłości.

    Don Michele mówił nam, że cudowne kwitnięcie drzew jest znakiem, który wielu pielgrzymujących tam ludzi doprowadza do największego cudu, jakim jest nawrócenie, oddanie całego siebie Chrystusowi przez Maryję. Wielu ludzi po raz pierwszy od kilku – a może nawet kilkunastu – lat idzie tu do spowiedzi i zaczyna regularnie się modlić, przystępować do sakramentów pokuty i Eucharystii, a więc żyć wiarą na co dzień. Znak kwitnących drzew wskazuje również na rzeczywistą obecność Matki Bożej, która jest naszą kochającą Matką, zatroskaną o wieczne zbawienie wszystkich ludzi – a więc również o twoje i moje. To za Jej pośrednictwem Pan Jezus dokonuje tam wielu cudownych uzdrowień z najrozmaitszych chorób. Don Michele opowiadał o licznych cudownych uzdrowieniach, między innymi o natychmiastowym uzdrowieniu pięcioletniego, głuchoniemego chłopca, który przyjechał do sanktuarium ze swoją mamą, a także o całkowitym uzdrowieniu z zaawansowanej schizofrenii nastolatka, który mógł potem skończyć studia, założyć rodzinę i do dzisiejszego dnia pozostaje w pełni zdrowia.


    Sanktuarium w Bra i Całun Turyński




    Istnieje zadziwiający związek pomiędzy nadzwyczajnym kwitnięciem drzew w sanktuarium w Bra a Całunem, który jest przechowywany w Turynie. Kiedy Całun Turyński był wystawiony na widok publiczny w 1898 r., drzewa w sanktuarium w Bra kwitły przez trzy miesiące – czyli przez cały czas jego ekspozycji. Podobna sytuacja powtórzyła się w 1978 r., kiedy to przez kilka miesięcy Całun był wystawiony dla publiczności, a jednym z wielu milionów pielgrzymów był kard. Karol Wojtyła.

    Gdy 23 listopada 1973 r. Całun po raz pierwszy został pokazany we włoskiej telewizji, tego samego dnia rozkwitły drzewa w sanktuarium La Madonna dei Fiori. Najwyraźniej w ten sposób Matka Boża pragnęła potwierdzić, że jest to autentycznie płótno grobowe Jej Syna i naszego Zbawiciela Jezusa Chrystusa.

    Trzeba także sobie uświadomić, że Całun Turyński jest największą relikwią chrześcijaństwa. Jest to bowiem płótno, w które zostało zawinięte ciało Chrystusa po śmierci i złożone w grobie. Na tym grobowym Całunie jest odbite w najdrobniejszych szczegółach całe ciało ukrzyżowanego Zbawiciela.

    Podczas homilii wygłoszonej w Turynie 13.04.1980 r. Ojciec Święty Jan Paweł II mówił: „Przyjmując argumenty wielu uczonych, święty Całun Turyński jest szczególnym świadkiem Paschy: Męki, Śmierci i Zmartwychwstania. Świadek milczący, lecz jednocześnie zaskakująco wymowny!”.

    Nauka odkrywa, kim jest Człowiek z Całunu, a wiara prowadzi do rozpoznania Go. Ta najcenniejsza relikwia w niezwykle sugestywny sposób przypomina nam, że Chrystus rzeczywiście cierpiał, umarł na krzyżu i zmartwychwstał dla nas i dla naszego zbawienia.

    „Dla człowieka wierzącego – mówił Jan Paweł II w Turynie 24.05.1998 r. – istotne jest przede wszystkim to, że Całun to zwierciadło Ewangelii (...). Każdy człowiek wrażliwy, kontemplując go, doznaje wewnętrznego poruszenia i wstrząsu... Całun jest znakiem naprawdę niezwykłym, odsyłającym do Jezusa, prawdziwego Słowa Ojca, i wzywającym człowieka, by naśladował w życiu przykład Tego, który oddał za nas samego siebie...”.

    Naukowcy reprezentujący najrozmaitsze dziedziny wiedzy ustalili ponad wszelką wątpliwość, że:

    1. Płótno Całunu z całą pewnością pochodzi z czasów Chrystusa. Badania wieku materiału metodą węgla C 14, które ogłoszono w 1997 r. i które datowały jego pochodzenie na okres średniowiecza, zostały w całości odrzucone przez świat nauki jako niewiarygodne i przeprowadzone tendencyjnie.

    2. W Całun zostało zawinięte po śmierci zmasakrowane ciało ukrzyżowanego mężczyzny o wzroście 180 cm i wadze 65 kg. W tkaninie stwierdzono obecność licznych skrzepów prawdziwej ludzkiej krwi grupy AB.

    3. Opisy męki i ukrzyżowania Jezusa w Ewangeliach całkowicie się zgadzają z odbiciem na Całunie. Człowiek z Całunu był biczowany, ukoronowany cierniem i dźwigał na miejsce egzekucji ciężki krzyż. Został przybity do krzyża gwoźdźmi zgodnie z rzymskim sposobem krzyżowania, pochowano Go natomiast według żydowskich zwyczajów.

    4. Odbicie przodu i tyłu ciała jest trójwymiarowym negatywem fotograficznym. Dokonało się to na skutek wybuchu tajemniczego promieniowania od wewnątrz, które w ciągu 1/1000 sekundy utrwaliło na powierzchni płótna trójwymiarowy negatyw fotograficzny obrazu całego ciała.

    5. Ciało przebywało w Całunie nie dłużej niż 36 godzin. Nie pozostawiło żadnych śladów rozkładu i odrywania go od płótna, gdyż skrzepy krwi są nienaruszone. Ciało musiało więc w tajemniczy sposób przeniknąć przez płótno. Tylko wiara upoważnia nas do stwierdzenia, że mogło się to dokonać w chwili zmartwychwstania Chrystusa.

    „Dla nas, uczonych, możliwość sfałszowania odbicia na Całunie byłaby większym cudem aniżeli zmartwychwstanie Chrystusa – oznaczałoby to bowiem, że nauka XX wieku nie dorównuje umysłowi fałszerza z XIV w., co chyba jest niedorzecznością” – napisali amerykańscy naukowcy z Instytutu Badań Kosmicznych NASA po przeprowadzeniu długotrwałych badań Całunu Turyńskiego. Natomiast E. Stevenson i G.R. Habermas stwierdzili: „Nie możemy jako naukowcy posługiwać się hipotezami wiary, jednak w sprawie Całunu wiara okazuje się najbardziej rozumna”.



    Wezwanie do nawrócenia



    Kwitnące zimą drzewa w sanktuarium w Bra, Całun Turyński, objawienia Matki Bożej w różnych miejscach na kuli ziemskiej – to tylko niektóre z wielu cudownych znaków, poprzez które jesteśmy nieustannie wzywani do nawrócenia.

    Matka Boża, zatroskana o wieczny los każdego z nas, uświadamia nam, że największą tragedią dla człowieka jest trwanie w grzechu i wyparcie się Boga, które w ostateczności może doprowadzić do całkowitego zniewolenia przez siły zła i do wiecznego potępienia.

    Maryja równocześnie pokazuje nam jedyną drogę, która prowadzi do pełni szczęścia w niebie, a jest nią droga wiary w Jej Syna Jezusa Chrystusa. Koniecznym warunkiem rozpoczęcia tej najbardziej fascynującej i równocześnie najważniejszej przygody życia jest całkowite zerwanie z wszelkim grzechem i okazjami, które do niego prowadzą. Dla wielu może to być lekceważenie i łamanie Bożych przykazań, zaniechanie modlitwy, spowiedzi i innych praktyk religijnych, całkowita ignorancja w sprawach wiary, pornografia, rozwiązłość, rozpusta, cudzołóstwo, praktykowanie homoseksualizmu i różnego rodzaju grzechów nieczystych, a także egoizm, chciwość, nieuczciwość, zdzierstwo, okradanie i wykorzystywanie innych, praktykowanie magii i okultyzmu, bałwochwalstwo, narkomania, alkoholizm oraz to wszystko, co uzależnia i zniewala. Pismo św. mówi wyraźnie: „Czyż nie wiecie, że niesprawiedliwi nie posiądą królestwa Bożego? Nie łudźcie się! Ani rozpustnicy, ani bałwochwalcy, ani cudzołożnicy, ani rozwięźli, ani mężczyźni współżyjący z sobą, ani złodzieje, ani chciwi, ani pijacy, ani oszczercy, ani zdziercy nie odziedziczą królestwa Bożego” (1 Kor 6, 9-10). Definitywne zerwanie z grzechem dokonuje się w szczerej spowiedzi. Trzeba przystąpić do sakramentu pokuty, wyznając Jezusowi całą prawdę o sobie, oraz zobowiązać się do natychmiastowego pójścia do spowiedzi po każdym ciężkim grzechu, aby zawsze być w stanie łaski uświęcającej.

    Po spowiedzi i przyjęciu Jezusa w Komunii św. należy w sposób bardzo konkretny zdyscyplinować swoje życie przez ustalenie sobie planu dnia, w którym koniecznie powinien znaleźć się czas na modlitwę (różaniec, koronka do Bożego Miłosierdzia, lektura Pisma św., adoracja Najświętszego Sakramentu itp.), solidną pracę, odpoczynek i pogłębianie swojej wiedzy religijnej. Kroczenie drogą wiary to nic innego jak solidne wypełnianie nałożonych na siebie zobowiązań w sferze duchowej, w pracy i odpoczynku. Szatan będzie robił wszystko, aby nas zniechęcić, wzbudzając awersję do modlitwy. Nie będzie łatwo, ale to, co decyduje, że kroczymy drogą wiary, to nie uczucia i nastroje, ale decyzja woli. Wtedy, gdy mi się najbardziej nie będzie chciało modlić, pracować, czynnie odpoczywać, po prostu będę się zmuszał do działania – a na modlitwie będę ufał i oddawał siebie Jezusowi takim, jaki w danej chwili rzeczywiście będę. Przez systematyczną, codzienną modlitwę, regularną spowiedź i częstą Eucharystię Pan Jezus będzie mógł dokonywać przemiany mojego serca i obdarowywać mnie swoją miłością.

    Należy pamiętać, że pójście drogą wiary jest wkroczeniem w pewną ciemność, gdyż wiara mówi – jak pisze św. Edyta Stein – „o rzeczach, których nigdy nie widzieliśmy ani o nich nie słyszeliśmy; nie znamy też niczego, co by im było podobne. Możemy je tylko przyjąć w wierze, wygaszając światło naszego naturalnego rozumu, i przyzwolić na to, co słyszymy, choć poznanie nie przychodzi do nas przez żaden zmysł. Stąd wiara jest dla duszy całkowicie ciemną nocą. Lecz właśnie przez to wnosi światło: doskonali pewną wiedzę, przekraczającą wszelkie poznanie i mądrość; dopiero w czystej kontemplacji można dojść do właściwego ujęcia wiary. Dlatego mówi Prorok: »Jeżeli nie uwierzycie, nie zrozumiecie«” (Iz 7, 9).

    Wielką pomocą w codziennym kroczeniu trudną drogą wiary oraz niezwykle skuteczną bronią w walce z siłami zła jest modlitwa różańcowa. Dlatego Matka Najświętsza, objawiając się w Fatimie i w innych miejscach kuli ziemskiej, daje nam do ręki różaniec i prosi, abyśmy nigdy nie zaniedbywali tej modlitwy.




    ..

  • Re: ---Troszkę historii - ku pokrzepieniu serc?--- Autor: zapend [83.31.152.*]
    Szkoda że nie na temat - ja o FAKTACH wy o CUDACH
    Bez sensu...
  • Re: ---Troszkę historii - ku pokrzepieniu serc?--- Autor: ~... [83.23.239.*]
    te cudo - to fakty
    a te fakty, no nie wiem....
    każdy medal ma dwie strony...
    nie znam bliżej tych faktów, to fakt, ale też nie uwierzę, że normalny katolik, kochający Pana Boga, tak po prostu, beż żadnego powodu będzie mordował swoich sąsiadów
    albo nie jest katolikiem......, choćby się za nie go podawał, albo ci sąsiedzi musieli wcześniej bardzo nagrzeszyć i to tak bardzo, że w przyzwoitego katolika wstąpił szatan
  • Re: ---Troszkę historii - ku pokrzepieniu serc?--- Autor: zapend [83.31.152.*]
    od kiedy to "cud" jest FAKTEM?
    Nie wiem? "Jak się ma klapki na oczach" to raczej już nic nie pomoże
  • Re: ---Troszkę historii - ku pokrzepieniu serc?--- Autor: zapend [83.31.152.*]
    Dla takich "katolików" to Ziemia była płaska, Słońce...., dinozaury - szkoda strzępić języka...
  • Re: ---Troszkę historii - ku pokrzepieniu serc?--- Autor: ~\\\ [83.26.15.*]
    mialem nadzieje ze pan sie kiedys zniecheci i chwala panu za to
  • Re: ---Troszkę historii - ku pokrzepieniu serc?--- Autor: ~... [83.23.233.*]
    Poczucie winy

    Vittorio Messori w swojej książce "Czarne karty Kościoła" przeciwstawia się wielu fałszywym opiniom dotyczącym historii Kościoła . W jednym z jej rozdziałów tak pisze o "Poczuciu Winy" jakie propaganda antychrześcijańska usiłuje od lat wmówić ludziom wierzącym :

    "Po trzech dniach męczącej podróży, Leo Moulin, liczący sobie osiemdziesiąt jeden lat, jest wypoczęty, elegancki, skupiony i serdeczny jak zawsze. Moulin, przez pół wieku profesor historii i socjologii na uniwersytecie w Brukseli, autor wielu fascynujących książek, jest jednym z najbardziej znaczących intelektualistów w Europie. Chyba najlepiej zna średniowieczne zakony religijne i jak rzadko kto bardzo podziwia mądrość ówczesnych mnichów. Zaraz po odsunięciu się od lóż masońskich, których był aktywnym członkiem („Bardzo często — powiada — przynależność do nich jest nieodzowna, jeśli chce się zrobić karierę uniwersytecką, dziennikarską lub wydawniczą: wzajemna pomoc «braci masonów» nie jest mitem, jest rzeczywistością"), przyjął postawę świeckiego racjonalisty, którego agnostycyzm graniczy z ateizmem. Moulin radzi mi, abym powtórzył wierzącym jedną zasadę, która dojrzewała w czasie jego długiego życia, nauki i doświadczeń: „Posłuchajcie tego starego niedowiarka, który wie, co mówi: Mistrzowska propaganda antychrześcijańska zdołała wytworzyć u chrześcijan, zwłaszcza u katolików, złą świadomość, opanowaną niepokojem, jeśli już nie wstydem, z powodu własnej historii. Siłą stałego nacisku, od reformacji aż do naszych czasów, zdołała przekonać was, że jesteście odpowiedzialni za całe, albo prawie całe, zło na świecie. Sparaliżowała was na etapie masochistycznej auto krytyki, aby zneutralizować krytykę tych, którzy zajęli wasze miejsce". Feminiści, homoseksualiści, tercermundyści , pacyfiści, reprezentanci najróżniejszych mniejszości, kontestatorzy i niezadowoleni z jakichkolwiek powodów, naukowcy, humaniści, filozofowie, ekolodzy, obrońcy zwierząt i świeccy moraliści: „Pozwoliliście, aby za wszystko, nawet za kłamstwa, bezdyskusyjnie obarczali was. Nie było w historii problemu, błędu lub cierpienia, którego nie przypisaliby wam. A wy, niemal zawsze nie znający swojej przeszłości, zaczęliście w to wierzyć, a nawet wspomagać ich w tym działaniu. Tymczasem ja (agnostyk, ale także i historyk starający się być zawsze obiektywnym) mówię wam, że macie przeciwstawiać się temu w imię prawdy. W rzeczywistości bowiem większość zarzutów jest nieprawdziwa. A jeśli któryś ma nawet jakieś uzasadnienie, to oczywiste jest, że w rozliczeniu dwudziestu wieków chrześcijaństwa światła zdecydowanie górują nad ciemnościami. Dlaczego więc nie żądacie odpowiedzialności od tych, którzy żądają jej wyłącznie od was? Czyż rezultaty ich pracy są lepsze od waszych? Z jakich ambon, skruszeni, słuchacie kazań?" Mówi też o średniowieczu, które studiował: „Owe wstydliwe kłamstwa o «ciemnych wiekach», czyżby były inspirowane wiarą płynącą z Ewangelii ? Dlaczego więc to, co pozostało nam z tamtych czasów, odznacza się tak fascynującym pięknem i mądrością ? Także w historii trzeba kierować się zasadą przyczyny i skutku..."

    Codziennie przemierzając samochodem peryferie Mediolanu, myślę o historyku z Brukseli. Tutaj, podobnie jak i na innych zurbanizowanych peryferiach, jakiś współczesny Dante mógłby umieścić jedną ze swoich sfer piekielnych: ogłuszający hałas, przykre zapachy, sterty śmieci i odpadów, zatrute wody, chodniki zatarasowane zaparkowanymi samochodami, szczury i myszy, zwariowany beton i źdźbła toksycznej trawy. Gdzie nie spojrzeć — tam gniew i nienawiść jednych wobec drugich: kierowców taksówek wobec kierowców ciężarówek, pieszych wobec zmotoryzowanych, klientów wobec sprzedawców, tych z Północy wobec tych z Południa, Włochów wobec obcokrajowców, robotników wobec właścicieli, dzieci wobec rodziców. Degradacja zaczyna gnieździć się dużo wcześniej w sercach niż w środowisku.

    Na końcu meta: wielki klasztor, starożytny dom zakonny. Uspokojony uwolnieniem się od samochodu przechodzę przez bramę. Nagle cały świat wokół mnie się zmienia. Wielki, liczący wieki dziedziniec, zamknięty ze wszystkich stron kolumnadami, podtrzymuje ducha harmonią swych łuków. Cisza, piękno fresków, spoistość budowli, chłód cieni. Nieco dalej, za dziedzińcem, znajduje się duży ogród, ostatnia ostoja drzew, w których schroniło się wszystko, co jeszcze żyje lub fruwa nad zdewastowaną, pobliską okolicą. Gościnność zakonników pozwala odczuć, że ci ludzie, mimo wszystko, starają się czynić dobro i jeszcze wierzą, że można kochać.

    Z odrobiną ironii i smutku myślę o zemście historii ostatnich dwóch wieków, w której brali udział różni ludzie, zjednoczeni pragnieniem zniszczenia chrześcijańskich znaków, zaczynając od zakonów. Chcieli koniecznie zniszczyć te miejsca pokoju i piękna, ponieważ uważali je za oazy obskurantyzmu, anachroniczne przeszkody na drodze do zbudowania wyśnionego „nowego świata".

    Za ogrodem mamy owoc obiecanego świetlanego jutra. Nigdy jeszcze świat w imię humanitaryzmu nie stał się tak nieludzki. Pomylono się: rzeczywistość i nadzieja na świat bardziej ludzki przetrwają — jednak jak długo ? — w tych ostatnich religijnych ostojach, które przeżyły (dzięki cudowi, przypadkowi i uporowi chrześcijan, wzmagającemu się w chwilach trudności) furię „oświeconych". Ich dzieci i wnuki także chronią się w tych miejscach, lamentując nad tym, co utracono i ciesząc się, że jednak coś ocalało przed wściekłością niszczycieli. Jeśli drzewo poznaje się po owocach, warto z tego, co powiedzieliśmy, wyciągnąć pewne wnioski, chociażby tylko dlatego, aby postępować zgodnie z zaleceniem Moulina, starego filozofa-agnostyka, skierowanym do wierzących, a dotyczącym „przyczyny i skutku..." My także mamy nasze wady i trzeba uważać z ukrywaniem ich. Rzeczywistość chrześcijańska zawsze miesza to, co boskie, z tym, co ludzkie. "Ecclesia — casta et meretrix" , jak nas pouczają Ojcowie Kościoła. I tacy zawsze byli jego synowie. Popatrzmy wokół nas z zawstydzeniem i onieśmieleniem. Miłość nie jest już możliwa bez prawdy, zarówno wśród nas, jak i wśród innych ."

    Z kolei w innym swoim tekście, wspomniany Vittorio Messori pisze tak:

    /.../ Kryzys ostatniego dwudziestolecia - który opróżnił kościoły i seminaria duchowne oraz doprowadził do masowych ucieczek, do porzucania chwalebnych tradycji - ma swoje przyczyny czysto wewnętrzne. Jest to kryzys zaufania do samego siebie; może raczej kryzys wiary, a nie struktur.Nic bardziej żywotnego natomiast, pomimo wszystko, nad Kościół z XIX wieku, atakowany zewsząd przez laicyzm, który chciał go wyrwać z korzeniami, ale mocny i trwały, ponieważ przekonany o swym słusznym prawie do istnienia, ożywiony pewnością, że Bóg jest z nim, a zatem portae Inferi nie zwyciężą go . Kościół rzymski okazał się na koniec zwycięski również w Europie Wschodniej, zaatakowanej i okupowanej przez marksistów rosyjskich. Są już jednak niepokojące znaki, że opór katolicyzmu wschodniego, nieugiętego, gdy przeciwstawiał się temu, co przychodziło z zewnątrz, skończy i rozpadnie się pod naporem wirusów wewnętrznych, które już zniszczyły chrześcijaństwo zachodnie.
    Wśród tych wirusów jednym z najbardziej niebezpiecznych i podstępnych jest wirus wyrzutów sumienia, poczucia winy, podsycanego bynajmniej nie bezinteresownie z zewnątrz i przyjmowanego, aklimatyzowanego również przez rozległe obszary kościelne, a więc od wewnątrz. W poprzednim artykule mówiliśmy o kampanii, prowadzonej od dziesiątków lat na sposób naczyń włosowatych, a polegającej na tym, by nieustannie wytwarzać i gdzie się da podsycać "zawstydzenie" chrześcijan z powodu ich postawy wobec Żydów. W połączeniu z przemyślna instrumentalizacją każdej "czarnej plamy" (prawdziwej lub domniemanej), jest to krecia robota, zmierzająca do tego, by pozbawić wierzących uczucia spokoju z powodu ich przeszłości, a więc zniechęcić ich, skłonić do kapitulacji, odebrać im wiarygodność w ich własnych oczach.

    Ta batalia jest decydująca. Chodzi w niej o sama przyszłość Kościoła, wielu bowiem chrześcijan nie uświadamia sobie tej podstępnej strategii. Inni zaś, także liczni, w przekonaniu, że postępują dobrze, uczestniczą żarliwie w oczernianiu historii swojego Kościoła. Dlatego proponujemy do zastanowienia się - i oczywiście także do dyskusji, gdyby diagnoza nie wydawała się prawidłowa - urywek nie dawno zmarłego pisarza francuskiego, Alexisa Curversa. Cytat jest długi, ale warto się z nim zaznajomić. Posłuchajmy:

    "Od dawna toczy się, a dziś wręcz nasila, kampania w wielkim stylu, zmierzająca do podkopania moralnej trwałości Kościoła przerostem chorobliwego i bezpożytecznego uczucia, jakim jest poczucie winy. Rzecz ma kapitalne znaczenie, ponieważ najpewniejszym środkiem, żeby skłonić każdy organizm do samobójstwa, jest zaszczepienie mu wyrzutów sumienia. Czym innym jest oczywiście konstruktywna skrucha, która przewyższa, naprawia i zastępuje zło dobrem, czym innym są natomiast wyrzuty sumienia, które zżerają człowieka, a niekiedy w ukryciu znajdują upodobanie w swoim piekle, zaludnionym widmami wstydu, który prowadzi do rozpaczy. Wyrzuty sumienia niczego nie rekompensują. Przeciwnie, wszystko niszczą. Dopełnia się dzieło grzechu, czyniąc go w jakimś stopniu wiecznym, odbierając grzesznikowi ufność i odwagę, konieczne do jego poprawy i do jego obrony".

    Tak kontynuuje pisarz francuski: "Te wyrzuty sumienia są zasiewem śmierci, rzucanym od pewnego czasu, na setki sposobów, przez działalność wywrotową w duszę Kościoła i tej Europy, do której stworzenia przyczynił się sam Kościół. Dwa tysiące lat chrześcijaństwa nie są na pewno historia bez skazy. Ale są to skazy dawne, pomimo których chrześcijaństwo jawi się stale w nowym blasku. Jednakże te wyblakłe plamy są ciągle odświeżane, naznaczane niezmywalnym piętnem, pokazywane bezustannie oczom ludzi wierzących, i w ogóle Europejczyków o tradycji chrześcijańskiej, w taki sposób, że to, co powinno być jedynie godnym pożałowania wspomnieniem, osiada w sumieniach i staje się obsesją.

    Inkwizycja, kolonializm, podbój obydwu Ameryk, Galileusz, antysemityzm, ugody z faszyzmem - wciąż krzyczy się, że to wy jesteście odpowiedzialni za te zbrodnie lub co najmniej solidarni z ich sprawcami. Równoważne im zbrodnie, tyle że nie można ich przypisać Kościołowi i Europie, które właśnie były ich ofiarami, są traktowane z wielką pobłażliwością. Różne mity i «czarne legendy», wymyślone i sterowane przez osoby inteligentne, które bynajmniej nie kryją się ze swymi planami zniszczenia chrześcijaństwa, są rozpowszechniane przez tłumy głupców, ludzi źle poinformowanych, a także przez masochistów wewnątrz samego Kościoła i odnoszą tryumfy w jego organizmie, któremu wszczepiono zarazki wyrzutów sumienia. Wszystkie metody warunkowania, uzależniania umysłów przyczyniają się do dzieła infekcji moralne, po mistrzowsku wprowadzanej już od szkoły podstawowej i wspieranej przez system mass mediów, przemyślnie odciągających od ludzi od możliwości właściwego odczytania faktów i w konsekwencji - od myślenia. Tak uprawiana gleba jest gotowa przyjąć zasiew propagandy i go zwielokrotniać. Toteż siewcy kąkolu wyrzutów sumienia, widząc, że gra jest warta świeczki, próbują dziś (skutecznie wspomagani przez «chrześcijan», przez «katolików»,) wyrwać z korzeniami to wszystko, co jeszcze stawia opór ich dziełu rozbrajania umysłów, osłabiania resztek odporności wiary".



  • Re: ---Troszkę historii - ku pokrzepieniu serc?--- Autor: zapend [83.31.152.*]
    Tylko co ma katolicyzm do chrześcijaństwa?
    To po pierwsze..
  • Re: ---Troszkę historii - ku pokrzepieniu serc?--- Autor: targel [87.105.26.*]
    Zapend===Ależ bzdury facet wypisuje! Lepiej , żeby to między bajki włożył.

    Podziwiam Cię za cierpliwość, a nade wszystko za odporność na te brednie

    Pozdrawiam
  • Re: ---Troszkę historii - ku pokrzepieniu serc?--- Autor: ~bar [83.25.218.*]
    Chorwacja'41-45: Katolickie Eldorado
    Jakie jest źródło tych rewelacji?
  • Re: ---Troszkę historii - ku pokrzepieniu serc?--- Autor: zapend [83.31.34.*]
    Nie rewelacje tylko historyczne fakty, niestety.
    Odpowiedź częściowo w samym tekście...
  • Re: ---Troszkę historii - ku pokrzepieniu serc?--- Autor: ~XYZ [83.23.39.*]
    Z ciemności do światła
    Bruno Cornacchiola całym sercem zwalczał Kościół katolicki, uważając go za synagogę Szatana. Ze szczególną nienawiścią odnosił się do kultu Matki Bożej, duchowieństwa i papieża, którego planował zabić. 12 kwietnia 1947 r. objawiła mu się Matka Boża i to był początek jego nawrócenia.



    W ciemnościach niewiary


    Bruno Cornacchiola urodził się w 1913 r. w stajni na przedmieściach Rzymu, ponieważ w tak skrajnym ubóstwie mieszkali jego rodzice. Został ochrzczony dopiero po powrocie ojca z więzienia. Dorastał i wychowywał się w bezbożnym środowisku rzymskich slumsów, w których mieszkali prawie sami kryminaliści i prostytutki. Imiona Boga, Chrystusa i Matki Bożej słyszał tylko wtedy, gdy dorośli przeklinali i bluźnili. W domu Brunona trwały nieustanne kłótnie, przekleństwa i bicie dzieci. Starsze z nich na noc uciekały z domu, aby móc się spokojnie przespać. Bez butów, w podartym ubraniu, zawszony Bruno chodził spać na schodach Bazyliki św. Jana na Lateranie.
    Pewnego ranka zziębniętym chłopcem zainteresował się jakiś zakonnik, który zabrał go do klasztoru mniszek. Tam go nakarmiono, umyto, dano mu lepsze ubranie i – co najważniejsze – siostry zaczęły uczyć go katechizmu. Po 40 dniach przygotowania szesnastoletni Bruno przyjął pierwszą Komunię św. i sakrament bierzmowania. I na tym skończyła się, niestety, jego edukacja religijna. W wieku 20 lat został powołany do wojska, gdzie po raz pierwszy w swoim życiu miał pod dostatkiem jedzenia. Po zakończeniu służby wojskowej w 1936 r. Cornacchiola żeni się z dziewczyną, którą znał od dzieciństwa. Tylko dzięki jej naleganiom godzi się na ślub kościelny.
    W tym właśnie czasie Bruno zaczął się fascynować ideologią komunizmu i wstąpił do komunistycznej partii. Tam jego partyjni towarzysze przekonali go do wyjazdu z włoskim wojskiem na wojnę domową do Hiszpanii, by szpiegować i sabotować na rzecz komunistów. W Saragossie Cornacchiola spotkał pewnego niemieckiego żołnierza, który mu bardzo zaimponował, ponieważ nie rozstawał się z Biblią. Żołnierz ten należał do protestanckiej sekty i zionął nienawiścią do papieża oraz Kościoła katolickiego. Rozmowy z nim sprawiły, że u Brunona awersja do Kościoła katolickiego przerodziła się w tak wielką nienawiść, że kupił sobie sztylet i napisał na nim „śmierć papieżowi”…

    Kto odrzuca Kościół, odrzuca Chrystusa

    Matka Boża objawiła się fanatycznemu protestantowi Brunonowi Cornacchioli, który – tak jak św. Paweł – przed swoim nawróceniem z wielką gorliwością prześladował wyznawców Chrystusa. Maryja objawiła się w Tre Fontane, czyli w pobliżu miejsca męczeństwa św. Pawła Apostoła, który został ścięty na rozkaz cesarza Nerona w 67 r. Z relacji świadków egzekucji wiemy, że głowa apostoła po tym, jak została odcięta jednym uderzeniem miecza, trzy razy odbiła się od ziemi i w tych właśnie miejscach wytrysnęły źródła wody. Z tym zdarzeniem jest związana nazwa tego miejsca: Tre Fontane (trzy źródła). Wybudowano tam kościół i opactwo trapistów, gdzie można oglądać marmurową kolumnę, przy której dokonano egzekucji św. Pawła. To nie jest przypadek, że Matka Boża wybrała właśnie to miejsce, aby przekazać swoje orędzie protestantowi, który nienawidził Kościoła i papieża.
    Kochaj Kościół i papieża

    Maryja Niepokalana w pierwszych swoich słowach skierowanych do Cornacchioli powiedziała: „Prześladujesz mnie, ale jest już najwyższy czas, abyś z tym skończył. Wracaj do świętej wspólnoty Kościoła katolickiego”. Matka Boża w dalszych słowach uświadomiła mu, że nie można wierzyć w Chrystusa i równocześnie walczyć z Kościołem, gdyż Kościół jest świętą owczarnią Chrystusa. Kościół to Chrystus, który powołuje do wspólnoty ze sobą wszystkich bez wyjątku grzeszników, gdyż pragnie ich uwalniać od grzechów i czynić świętymi – czyli dojrzałymi do nieba. Kto walczy z Kościołem, ten walczy z Chrystusem, kto odrzuca Kościół – odrzuca Chrystusa.
    Matka Boża uprzedziła Brunona, że Kościół doświadczy wielkiego prześladowania, że niektórzy porzucą kapłaństwo, że będą skandale, zdrady, a on sam znajdzie niezrozumienie…

    Pełną treść wezwania przekazanego przez Matkę Najświętsza w Tre Fontane znajdziesz w artykule Kto odrzuca Kościół, odrzuca Chrystusa
    Sorry, ale nie mogę wkleić najciekawszego, bardzo nad tym ubolewam, że nie mogę pokazać całej dramaturgii wydarzenia, może znajdę sposób
  • Re: ---Troszkę historii - ku pokrzepieniu serc?--- Autor: zapend [83.31.31.*]
    Szkoda że nie odnośnie tego co napisałem :(