Nowe prawo jest już w Sejmie. Co to oznacza dla nas?

Polacy są przepracowani. Polacy za mało zarabiają. Polacy narzekają na to, że zbyt mało czasu mogą spędzać ze swoją rodziną… Takie są odczucia społeczne, w które starają się wpasować politycy proponując kolejne rozwiązania prawne. 

Amerykański przedsiębiorca, Timothy Ferriss zasłynął parę lat temu bestsellerem “4-godzinny tydzień pracy”, w którym wychwalał zalety “dochodu pasywnego”. Pasywnego, czyli takiego, który nie wymaga poświęcania czasu na pracę. Pieniądze po jakimś czasie przychodzą same, generując się z automatów i finansów już posiadanych. Stworzył on wraz z innymi, równymi sobie, pisarzami trend “niepracowania”, jako niedostępnego świętego graala współczesnych pracowników. 

W świecie wysokowydajnego Zachodu, idea 4-dniowego tygodnia pracy jest rozważana już od dawna. W nowoczesnym świecie dostępna jest na wyciągnięcie ręki. Nic nie stoi na przeszkodzie, by każdy specjalista wynegocjował sobie takie warunki pracy, jakie uważa za stosowne. Jednak niektórym to nie wystarcza i chcą rozpowszechnić takie rozwiązanie systemowo zastępując 8. godzinny dzień pracy, jego skróconą formą. 

W ostatnich tygodniach takie rozwiązanie znalazło w końcu w Polsce swoją legislacyjną postać. Po tym, jak Donald Tusk zapowiedział pilotaż takiego rozwiązania po wygranej PO w przyszłorocznych wyborach parlamentarnych, posłowie partii Razem zgłosili swój projekt. Zapowiada on skrócenie normy tygodniowej z przeciętnie 40 do 35 godzin przy zachowaniu dotychczasowej wysokości wynagrodzeń. 

Dlaczego powinniśmy pracować 4 razy w tygodniu?

Zwolennicy powołują się na dużą liczbę danych dotyczących niedostatecznej ilości odpoczynku. 

Niewątpliwie Polacy, względem innych nacji, pracują sporo. Choć nie jesteśmy na szczycie drabinki, a poziom jest porównywalny do USA. I są to dane pochodzące z oficjalnego uzasadnienia samej ustawy. Pracujemy tyle co amerykanie, ale zarabiamy 4 razy mniej. Problem tkwi w tym, że jeśli pracować będziemy mniej to raczej nie wzmocni to siły naszych zarobków. Teraz powstaje pytanie, czy można nakazać pracowania mniej? A jeśli tak to jakie będą tego skutki?

Co widać, a czego nie widać w nowym prawie?

Francuski filozof Frederic Bastiat wydał w 1850 roku esej pt. “Co widać, a czego nie widać”. Opisuje on różnicę między efektami widocznymi, a tymi ukrytymi na pierwszy i drugi rzut oka. Spójrzmy na zmianę Kodeksu Pracy jego oczami. Autorzy nowego prawa przekonują, że skrócenie norm czasu pracy nie powoduje zmian w wysokości wynagrodzenia, czyli, że nie będzie ono niższe, niż dotychczasowe. A to oznacza, że  w praktyce każdy dostanie 20 proc. podwyżkę wynagrodzenia. Czy aby na pewno?

Nic nie jest dzisiaj takie zero jedynkowe. 

Po pierwsze, spora część zawodów oparta jest w jakiejś części na prowizjach od wypracowanego zysku. Nazywamy to premiami, wypracowanymi targetami, czy wszelkimi dodatkowymi pieniędzmi wyliczanymi od osiągniętych efektów. Osoba pracująca od teraz 20 proc. mniej czasu, otrzyma zapewne tę samą kwotę za wypracowane godziny, ale nie osiągnie założonych rezultatów składających się czasem na drugą połowę wynagrodzenia. 

Po drugie, nowo przyjmowani pracownicy dostaną już odpowiednio skorygowaną podstawę. Co doprowadzi do równowagi systemu bez żadnego faworyzowania nikogo na dłuższą metę. Szczególnie, gdy poprzedni pracownicy będą stanowili dużo większy koszt dla pracodawcy, będą także dużo bardziej narażeni na zwolnienie. 

Wszystkie te efekty będą ostatecznie działać na niekorzyść płacową pracowników. 

Bardzo wyraziste wyniki daje najnowsze badanie agencji zatrudnienia ManpowerGroup: 

  • “Krótszy, 4-dniowy tydzień pracy z radością przyjęłoby aż 83 proc. uczestników badania... ale tylko co dziesiąty zaakceptowałby proporcjonalne zmniejszenie wynagrodzenia (cztery dni pracy za czterodniową płacę)”. Większość pracowników wierzy, że można ot tak pracować mniej i zarabiać tak samo. 

Jak widać, odpowiedź bardzo często zależy od formy zadanego pytania. Na pytanie, czy chcesz krócej pracować, tylko mocni pasjonaci swoich zajęć odpowiedzą negatywnie. Jeżeli jednak zadamy pytanie, czy chciałbyś zarabiać 1000 zł mniej, a dzięki temu mieć dodatkowy dzień w tygodniu wolny, więcej osób przemyśli trzy razy swoją odpowiedź. 

A może będziemy zarabiać więcej?

Oczywiście może zdarzyć się tak, że bardziej wypoczęty pracownik będzie dużo bardziej kreatywny, niż dotychczas. Problem w tym, że musiałby być nie tylko bardziej kreatywny, ale i generalnie efektywny. Jego wydajność musiałaby nagle wzrosnąć o prawie 1/5, by zmiana miała sens ekonomiczny. A jeśli jego praca nie opiera na kreatywności to ostatecznie będzie albo mniej zarabiał, albo musiał pracować szybciej. 

Według badania przeprowadzonego w 2021 r. przez Smartscope na zlecenie Nationale-Nederlanden, aż ⅔ polskich pracowników zauważa u siebie objawy wypalenia zawodowego. Ten temat jest inną kwestią i warto o tym rozmawiać. Choć temat wypalenia zawodowego dotyczy zwykle specjalistów, którzy mogą sobie pozwolić na negocjacje z pracodawcą np. bardziej elastycznej formy zatrudnienia. 

Może wbrew intencjom ustawodawców będzie jednak? I zaczniemy zarabiać mniej, a część firm upadnie, natomiast więksi gracze przeniosą swoją produkcję do innych krajów. Czy ustawodawca ma na tyle odwagi, by zaryzykować zaistnienie takiego scenariusza?

Jak podają zwolennicy nowych przepisów:

  • "Nadmierny czas pracy, wymóg ciągłej dostępności i nieograniczonej dyspozycyjności skutkują chronicznym zmęczeniem, wysokim poziomem stresu i chorobami. Długi czas pracy związany jest z szeregiem problemów ze zdrowiem – od bezsenności, napięcia nerwowego i zwiększonego ryzyka depresji, przez zwiększone ryzyko wystąpienia cukrzycy i nadciśnienia, obniżoną sprawność układu immunologicznego...".

Autorzy uzasadnienia nie wspomnieli z jakim ryzykiem łączy się brak jakościowego odżywiania wiążącego się z brakiem wystarczających środków finansowych na dobrą dietę  spowodowanym przez krótszy czas pracy. 

  • “Obecnie, gdy grozi nam ryzyko recesji i redukcji zatrudnienia, taka zmiana nie jest na pierwszym miejscu na liście potrzeb pracowników i pracodawców” - wspomniał dr Marcin Wojewódka, radca prawny, ekspert Pracodawców RP. 

Jak będzie wyglądać w praktyce nowe prawo?

Przeczytaliśmy cały projekt zmian. Wraz z uzasadnieniem zajmuje on prawie 50 stron. Czyli jest prawie cztery razy większy od całej Konstytucji USA. Zakłada, że:

  • “Czas pracy nie może przekraczać 8 godzin na dobę i przeciętnie 35 godzin w przeciętnie pięciodniowym tygodniu pracy w przyjętym okresie rozliczeniowym nieprzekraczającym 4 miesięcy”. 

Oraz:

  • “Tygodniowy czas pracy łącznie z godzinami nadliczbowymi nie może przekraczać przeciętnie 43 godzin w przyjętym okresie rozliczeniowym”.

Następnie następuje cała masa wyłączeń, czasem tak szczegółowych, jak:

  • "Średni czas pracy na statku rybackim nie może przekraczać przeciętnie 43 godzin w tygodniu pracy w przyjętym okresie rozliczeniowym nieprzekraczającym 12 miesięcy". 

Co więcej, praktyki zawodowe również zostaną podporządkowane nowym przepisom. A to  oznacza, że możliwość szybszego zaliczenia niezbędnych zajęć stanie się mniej realna. 

Jak donosi GUS odnośnie przyczyn wypadków przy pracy. Dane dowodzą, że nieprawidłowe zachowanie się pracownika stanowi 60,8% wszystkich przyczyn, w tym niedostateczna koncentracja uwagi na wykonywanej czynności - 26,1%, np. poprzez pośpiech. Zwolennicy nowego prawa będą dowodzić, że bardziej wypoczęty pracownik będzie bardziej uważny. Przeciwnicy, że musząc wypełnić poprzednią normę w krótszym czasie, będzie dokładnie odwrotnie. 

Jaka jest na to recepta?

Oburzenie muszą wywoływać kilkunastogodzinne dyżury lekarzy, od których potem zależy ludzkie życie. Podobnie, jak zawód kierowcy, czy pilota wymaga jakiejś formy regulacji. Jednak najlepszą drogą do wypracowania sobie własnego 4-dniowego tygodnia pracy to podniesienie swoich kompetencji na tyle, by pracodawca musiał z nami negocjować warunki pracy. I wtedy sami zdecydujemy, czy wolimy zarobić kilka tysięcy zł więcej, czy mieć więcej czasu na rodzinę. Lub cokolwiek innego.