REKLAMA

Zmierzch kredytów walutowych

2011-12-16 18:40
publikacja
2011-12-16 18:40

Coraz mniej banków ma w swojej ofercie kredyty walutowe. Franków praktycznie już nie pożyczymy, a teoretycznie dostępne w kilkunastu bankach euro znika bardzo szybko.


15 tys. zł na rękę trzeba zarabiać, aby móc ubiegać się o kredyt hipoteczny we franku w Nordea Banku – jedynej aktualnie instytucji, która pożycza w szwajcarskiej walucie. O kredyt w euro jest łatwiej, teoretycznie oferuje go kilkanaście banków, jednak w wielu jest to oferta wirtualna, bo albo bank praktycznie nie procesuje wniosków, albo są wysokie marże, które całą operację czynią nieopłacalną.

 

Z kredytów we franku banki zaczęły masowo wycofywać się latem tego roku. Uczyniły to Polbank, mBank, MultiBank i Alior. Potem przyszła pora na BPH (we wrześniu), a ostatnio to samo zrobiły PKO BP i Deutsche Bank PBC, który w ostatnich miesiącach wymagał dochodu w wysokości 50 tys. zł, więc też trudno było jego ofertę nazwać dostępną. Jedynym bastionem franka jest Nordea, ale to czysta teoria. Nieuproduktowiony klient, posiadający 10 proc. wkładu własnego (to wymagane przez bank minimum) nie ma co liczyć na atrakcyjną marżę, która w zależności od kwoty kredytu wyniesie od 4,45 do 6,25 p.p. Warto przypomnieć, że w 2007 czy 2008 roku marże dla franka wynosiły 1,0-1,2 p.p.

 

Wg stanu na połowę grudnia 2011 roku kredyty w euro mają w swojej ofercie następujące banki: Alior, BOŚ, BZ WBK, Crédit Agricole, Deutsche Bank PBC, DnB Nord, Getin Noble Bank, Kredyt Bank, mBank, MultiBank, Nordea, Polbank i Raiffeisen.

 

Ale DnB Nord i Nordea zmieniają priorytety i przenoszą ciężar udzielania kredytów na złote, co oznacza, że na decyzję kredytową w przypadku waluty trzeba długo czekać, a i tak nie ma gwarancji sukcesu. Oba banki specjalizowały się w kredytach walutowych i w połączeniu z rezygnacją PKO BP (największy gracz na rynku) i kilku innych banków oznacza to znaczne uszczuplenie możliwości zadłużenia się w obcej walucie.

 

Szczególnie ciężko będzie osobom, które nie mają wkładu własnego. Już dziś co najmniej 20 proc. wymagają Bank Zachodni WBK i Crédit Agricole, a przy kwotach powyżej 560 tys. w mBank i MultiBanku trzeba dysponować 15-proc. zapasem gotówki. Prawdopodobnie po wejściu w życie nowej Rekomendacji S (początek nowego roku) kolejne banki obniżą maksymalne możliwe LtV.

 

Kolejna bariera to dochody klienta. W Crédit Agricole trzeba zarabiać min. 5 tys. zł dla singla i 7 tys. zł dla rodziny, a w Raiffeisenie przy LtV 100 proc. odpowiednio 5 tys. i 8 tys. zł. W BZ WBK i Nordei chcąc zadłużyć się na 300 tys. zł trzeba zarabiać co najmniej 5 tys. zł, poniżej 4 tys. wymagają m.in. Alior i Polbank.

 

Wyższe od średnich rynkowych marż mają Alior Bank, BOŚ i Getin Bank. Z kolei w Kredyt Banku, którego oferta należy do najatrakcyjniejszych na rynku, trzeba długo czekać na decyzję kredytową (nawet ok. miesiąca). Na dodatek jesienią bank podnosił marże, i to dwukrotnie, o 0,15 i 0,2 p.p.

 

Oprócz wyżej wymienionych kredyty w euro znajdziemy jeszcze w Polbanku i Raiffeisenie. W obu
są niskie marże (od 2 p.p.), ale nie wiadomo, jak długo ten stan rzeczy się utrzyma, bo pierwszy z wymienionych banków prawdopodobnie jeszcze w grudniu zmieni siatkę marż na mniej atrakcyjną. Kredytów hipotecznych w obcych walutach cały czas udziela Bank Pekao, ale tylko osobom, które w danej walucie zarabiają. Dla zdecydowanej większości kredytobiorców jest to więc oferta niedostępna.

 

Podsumowując: w miarę atrakcyjną ofertę i sensowną dostępność kredytów mają na chwilę obecną tylko Deutsche Bank PBC, mBank, MultiBank, Polbank i Raiffeisen oraz BZ WBK i Crédit Agricole, ale z zastrzeżeniem posiadania 20-proc. wkładu własnego. Nie są to jednak giganci kredytów walutowych. Banki, które udzielały najwięcej pożyczek walutowych, już się z tego wycofały, a łączny udział tych, które pozostały w grze, nie przekraczał w III kw. 2011 roku połowy. Ich moce przerobowe są mocno ograniczone (w niektórych już zaczynają tworzyć się zatory) i możliwe, że wkrótce dojdzie do wydłużenia czasów procesowania wniosków.



Marcin Krasoń / Open Finance
Źródło:
Tematy
Woda pod Twoją marką i stojąca za nią historia

Woda pod Twoją marką i stojąca za nią historia

Advertisement

Komentarze (3)

dodaj komentarz
~krzsius
Prawda prawda teraz boją się dawać bo wiedzą że waluty kiedyś będą tańsze i w ten sposób bank by stracił więc co najlepiej się wycofać
~Mandos the Ainur
To taki dłuższy post, który opublikowałem też na forum jednego z portali w sekcji biznesowej, gdzie swoje wywody (krótkie analizy i prognozy), co do trendów na rynku mieszkaniowym czy kursów walutowych nieraz już przedstawiałem w serii postów w ostatnich prawie 2 latach. Ten post to zatem takie podsumowanie na koniec, To taki dłuższy post, który opublikowałem też na forum jednego z portali w sekcji biznesowej, gdzie swoje wywody (krótkie analizy i prognozy), co do trendów na rynku mieszkaniowym czy kursów walutowych nieraz już przedstawiałem w serii postów w ostatnich prawie 2 latach. Ten post to zatem takie podsumowanie na koniec, bo raczej już nie będę pisał na te tematy. Spróbuję po raz ostatni pomóc zainteresowanym spojrzeć na kwestię zależności ceny na rynku "M" w PL - kursy walut - a sytuacja Polski i koniunktura makro Europy i świata.

Zatem, mój post - résumé w 2 aktach:

Akt 1: 2004-2008: Odrodzenie gospodarcze, czyli pompowanie bańki na rynku mieszkaniowym w Polsce
Lata 2001-2003 to był okres posuchy w koniunkturze gospodarczej w skali świata, m.in. wyrażający się spadkiem wzrostu PKB krajów emerging markets, jak też spadkami przepływów zagran.inwestycji bezpośrednich (ZIB) pomiędzy regionami świata i państwami. To także odbijało się na spadku aktywności rynków finansowych. Dopiero w 2004 r. nastąpiło "odbicie" i pierwszy od 3 lat nieśmiały wzrost wartości ZIB o 2% r/r (tj. względem 2003 r., dane UNCTAD). Wprawdzie Polska - jako kraj o relatywnie niskich kosztach pracy względem Zachodu - nie odczuła tego aż tak negatywnie. Jednak wzrost gospodarczy (mierzony jako procentowy przyrost PKB r/r) w latach 2001-2002 był słaby: 1,2% i 1,4% (wg cen stałych, dane GUS). Dopiero rok 2003, jako przedakcesyjny (wzmożone wykorzystanie funduszy przedakcesyjnych), jak też pierwsze symptomy ożywienia na świecie zaczęły odwracać ten trend. Kolejne lata, tj. 2004 aż do czasu wybuchu kryzysu finansowego (wrzesień 2008, upadek Lehman Brothers) były coraz lepsze dla polskiej gospodarki. Tu można wymienić kilka kluczowych czynników dla tego okresu prosperity /nie jest to porządek wg rangi/: 1) coraz większy wzrost PKB w kluczowych dla nas gospodarkach - pośrednio ważnych (USA, główny partner handlowy Niemiec) i bezpośrednio ważnych (Niemcy, główny partner handlowy Polski i pozostałe "stare" kraje UE)- sprawiły wzrost skali eksportu z Polski i napływ kolejnych większych kwot ZIB do Polski (m.in. z krajów azjatyckich typu Japonia, Korea Pd., dla których 'tańsza' Polska jako kraj UE była doskonałym przyczułkiem do ekspansji na rynki 'starej' UE); 2) Otwarcie rynku pracy w niektórych krajach 'starej' UE (przede wszystkim Wlk.Brytania) - rosnące transfery od imigrantów zarobkowych do Polski; 3) duże fundusze unijne zakontraktowane na lata 2007-2013, m.in. na projekty infrastrukturalne - pobudzenie popytu inwestycyjnego w kraju. Łącznie, te czynniki wpływały na ożywienie popytu konsumpcyjnego w kraju (wzrost liczby miejsc pracy, stopniowy - choć z różną dynamiką - wzrost zarobków). W rezultacie, wzrost PKB (mierząc r/r) w 2004 r. wyniósł 5,3%; w 2005 r. - nieco osłabł (do 3,6%), ale potem 2006-2007 na nowo większa dynamika: 6,2% i 6,8% (wg cen stałych, dane GUS). To przekładało się na wzrost popytu na rynku takich dóbr trwałego użytku, jak m.in. mieszkania (czy inne nieruchomości)- popyt szybciej rosnący niż dynamika wzrostu budowanych mieszkań. Ale pompowanie cen na rynku nieruchomości miało też ważną przyczynę "z zewnątrz": mianowicie, kapitał spekulacyjny szukający atrakcyjnych lokat dla wypracowywanych zysków (czyli fachowo mówiąc, nadwyżek finansowych) na fali globalnego ożywienia gospodarczego. Padło zatem m.in. na Polskę. Tu warto odnieść się do arcyciekawego raportu NBP "o sytuacji na rynku nieruchomości mieszkaniowych w Polsce w latach 2002-2009". Otóż, z tego raportu możemy się dowiedzieć m.in., że na rynku pierwotnym: a) średnia cena mieszkania liczona dla siedmiu największych miast w Polsce (Warszawa, Kraków, Wrocław, Poznań, Gdańsk, Łódź, Gdynia) wzrosła z poziomu niecałych 4 tys. zł (koniec 2003 r.) do ok. 8 tys. zł (koniec 2008 r.) - ba, między 3 a 4 kwartałem 2007 r. na krótko była nawet nieco wyższa niż 8 tys., czyli o 100% (!); b) z kolei średnia cena mieszkania liczona dla 10 innych dużych miast w Polsce (Szczecin, Katowice, Bydgoszcz, Opole, Olsztyn, Rzeszów, Kielce, Zielona Góra, Białystok, Lublin) średnia cena mieszkania wzrosła z niecałych 3 tys. zł (koniec 2003 r.) do ponad 5 tys. zł (koniec 2008 r.), czyli o blisko 70% (!). To wszystko w zaledwie 4 lata... Ponadto, ożywienie gospodarcze w Polsce (jak wyżej pokrótce nakreślone) w latach 2004-2008 (do września, do kryzysu finansowego) także przełożyło się na stopniowe umocnienie złotego względem innych walut. Dlaczego: otóż, napływ walut (transfery funduszy unijnych+ transfery z inwestycji kapitałowych ZIB+ transfery od imigrantów+ pieniądze od importujących towary wytwarzane w Polsce) = zwiększona podaż walut, zatem wzrost podaży dobra (tu: walut obcych) przy w miarę stabilnym poziomie popytu krajowego na waluty przekładał się na spadek kursów. I tak, średni kurs walut z grudnia 2004 r., to: 1 USD= 3,0954 zł, 1 EUR= 4,1438 zł, 1 CHF=2,6987 zł (dane NBP), na koniec 2007 r. (rok dużego boomu kredytowego na rynku mieszkań) średni kurs walut w grudniu'07r.: 1 USD =2,4754 zł, 1 EUR= 3,6042 zł, a 1 CHF= 2,1721 zł (!). Ludzie niestety uwierzyli w propagandę medialną o świetlanej przyszłości Polski w okresie 2004-2007, jak też uwierzyli wszelkiej maści doradcom na rynku nieruchomości (niezasłużenie zwanym analitykami, bo wątpię, czy choć połowa z nich miała faktycznie ukończone fachowe studia, uprawniające do takiego klasyfikowania). I brali na potęgę kredyty hipo na 30 i więcej lat denominowane w walutach obcych, nie rozumiejąc, że dają się wciągać w bardzo niebezpieczną, i brzemienną być może na całe życie, grę globalnych spekulantów walutowych traktujących Polskę jako jeszcze jeden rynek "do dojenia".

Akt 2: Kryzys finansowy wrzesień 2008 i ... Quo Vadis, Europo i Polsko?
Po wrześniu 2008 r. zaczęło się słabnięcie złotego (zrozumiałe: świat na nowo wszedł w okres niepewności, recesja dotykała kolejne kluczowe kraje, jak USA, zatem odpływ aktywów spekulacyjnych m.in. z Polski, także słabnący napływ ZIB - powtórka z lat 2001-2003,choć z większą mocą pod względem tendencji negatywnych). To musiało przełożyć się na początkowy nieśmiały spadek cen na rynku mieszkań (dynamika spadku była tak naprawdę hamowana dzięki programowi "Rodzina na swoim", który -jak wielu zauważyło- należałoby bardziej traktować jako "developer+bank na swoim", bo paradoksalnie ci uczestnicy rynku mieszkaniowego byli największymi beneficjentami). Ale teraz i w kolejnych latach - na szczęście dla tych, co myśleli dopiero o kupnie mieszkania - ten trend przybierze na sile. Nie będzie to może tak spektakularne, jak w Hiszpanii czy USA, ale poziom spadku względem szczytu cenowego (koniec 2007 r.) może wynieść 20% (w tych lepszych lokalizacjach i standardzie mieszk.) do nawet 40% w tych gorszych. I fakt, że niemała część młodszych pokoleń nadal zgłasza zapotrzebowanie na mieszkania nie zmieni tego- gdyż nie zgłoszą popytu, bo... nie mają pracy i tym samym stałych odpowiednio wysokich dochodów! Polska ma jeden z najwyższych wskaźników bezrobocia wśród młodzieży, kolejne ekipy polityczne NIC z tym problemem nie robiły, a teraz będzie trudniej ze względu na sytuację makroekonomiczną. Aktualnie, Polska zmierza w kierunku mocnego spowolnienia tempa wytwarzanego PKB r/r. Jeżeli tendencje negatywne w strefie euro nasilą się (a wg mnie, cały nowy traktat i te szopki pt. szczyty ostatniej szansy, szczyty ratowania euro itp. nic nie dadzą i euro 'wyłoży się' w perspektywie 1-2 lat), to wtedy najpewniej szybko i gwałtownie (w parę tygodni) z poziomu symbolicznego wzrostu PKB (czyli poziomu powyżej 0 do 2% PKB r/r) wejdziemy w recesję - choć z początku pewnie płytką (- 0,5 do -1% PKB r/r), ale potem może grozić nam kryzys, gdy faktycznie 'pęknie' euro i UE (zmiana PKB na poziomie -5 lub więcej % r/r). Tak, czy siak, nawet przyjmując wersję 'optymistyczną', czyli trwanie strefy euro choć z okresami burz, to Polska tłuste lata ma za sobą przynajmniej.. na dekadę (!). Zatem, nie oczekiwałbym powrotu pary walutowej CHF/PLN w okolice nawet 3 zł, a co dopiero 2,20-2,50. Paradoksalnie, także nie liczyłbym na mocny spadek kursu EUR/PLN, gdyż jest to waluta dużego regionu geograficznego z dużo mocniejszymi i bardziej konkurencyjnymi od Polski gospodarkami Niemiec, Francji, Włoch, Holandii, Finlandii. U nas tak naprawdę przemysł funkcjonuje w wersji okrojonej, do tego jesteśmy uzależnieni w wielu obszarach od importu myśli technologicznej. Konkurencyjność Polski nawet w latach prosperity oceniana w sposób dający nam w większości rankingów stawkę typu 50-57 miejsce na 130-140 ocenianych krajów (!). Opieranie zatem jakiejkolwiek prognozy dla rynku walutowego na zasadzie tzw. ekstrapolacji trendów z przeszłości jest chybione (tzn: kiedyś frank był tani, teraz jest drogi, to znowu MUSI BYĆ tani!). Zresztą, przyspieszająca inflacja w Polsce sama w sobie na trwałe zamknęła drogę do kursów sprzed 5 lat (gdyż wyraźny spadek siły nabywczej waluty). Obecne problemy makroekonomiczne i symptomy kryzysogenne, w Europie i na świecie, są jednak większe, niż te,które były np. w 2001-2003.Dodatkowo, atrakcyjność inwestycyjna Polski osłabła w minionych latach (m.in. coraz mniej atrakcyjne koszty pracy) plus gwałtownie przyrósł dług publiczny. Ponadto, rząd PO-PSL zmarnował minioną kadencję i efekty tego będą musiały nas dotknąć - owszem, reformy są teraz pilne, choć powinny były być realizowane już wcześniej. Ale było przedstawienie w rytm PR-wskiego tanga. Podniesienie akcyzy na paliwa plus inne czynniki kosztowe przełożą się na nieuchronny spadek siły nabywczej PLN /inflacja napędzana rosnącymi kosztami wytwarzania/ i spadek popytu wewnętrznego (zwłaszcza konsumpcyjnego) w kraju, co poskutkuje osłabieniem tempa wzrostu gospodarczego. Spadek eksportu - być może czasowo wyhamuje za sprawą osłabienia złotego, ale jeśli Niemcy i reszta zacznie ponownie hamować i wchodzić w recesję- to zamówienia zza granicy zaczną topnieć. Zatem nawet przy osłabieniu CHF przez SNB, nie musi się to przełożyć na gwałtowny i trwały spadek kursu na parze walutowej. A gospodarka szwajcarska jest w dużo lepszej kondycji, niż polska; oni też mają lepsze wskaźniki makroekonomiczne niż my (np relacja długu do PKB czy udział wysoko zaawansowanych technologicznie firm w wytwarzaniu PKB kraju). Ponadto, sporo korporacji rodem ze Szwajcarii ma tak duży stopień umiędzynarodowienia swojej działalności (w tym zakresu obsługiwanych rynków), że niespecjalnie odczuwają wzmocnienie franka, gdyż nie są uwiązani od krajowego rynku /czyt. popytu wewnętrznego/ tak, jak wiele firm w Polsce od polskiego plus ewentualny eksport do krajów eurostrefy. A jak do tego dodamy fakt, iż 'genialni naiwni' ludkowie w Polsce pobrali sobie kredyty hipo denominowane w CHF na wiele lat /tj. okres spłaty od 20 do 40 lat/, i z puli ok. 156 mld PLN udzielonych kredytów do bodajże września 2011 r. te w CHF stanowiły blisko połowę, plus do tego odsetki od tych kredytów, to mamy -chcąc nie chcąc - ogromny popyt wewnętrzny w Polsce na franki szwajcarskie, zagwarantowany przez kredytobiorców, przynajmniej na najbliższe dwie dekady. Przykro mi: naiwność i lenistwo intelektualne plus nielubienie matmy w szkole, mści się w życiu. Myślenie kategoriami: MIEĆ DZIŚ, za cenę BYĆ JUTRO, jest fatalne: na niecierpliwości ludzkiej wielu speców od marketingu bazowało przez dekady na Zachodzie - dziś państwa zbierają tego żniwa; łatwy kredyt był niczym zakazany owoc, który kusił wielu... tak samo w Polsce. Niektórzy niestety to dopiero zrozumieją, i odczują. Mniej żyć na kredyt, więcej ruszać własną głową i myśleć. Pozdrawiam!
~tyjfnghn
jak waluty wysoko to kredytów nie dają jak było tanio to wydymano ludzi i teraz jest płacz. Kredyt we franku to wręcz wciskano na siłę a jak ktoś chciał w zł to uważano go za debila

Powiązane

Polecane

Najnowsze

Popularne

Ważne linki