REKLAMA

Wino znad jeziora milionerów

2008-02-13 14:47
publikacja
2008-02-13 14:47
Na szwajcarskiej riwierze życie wrze nieustannie. Latem największy festiwal jazzowy na świecie przyciąga do Montreux tysiące ludzi. Kiedy muzyka ucichnie, wydaje się, że zapanuje spokój. Błędne mniemanie. W Lozannie studiuje młodzież z całego świata. A na wino do tutejszych winiarzy i do zamku Chillon przybywają turyści codziennie.

Hotele są pełne bogatych gości, a gwiazdy i biznesmeni biorą sobie za punkt honoru posiadanie tutaj zacisznej willi. Jak szacują Szwajcarzy, majątek stałych bywalców stanowi około 80 procent prywatnego światowego kapitału. Zaiste, miliony leżą nad Jeziorem Genewskim...



Jednak nie na poszukiwanie nieopatrznie zgubionych banknotów wybrałem się do Lavaux. W 2007 roku region trafił na Listę Światowego Dziedzictwa Natury i Kultury UNESCO. Rozciąga się między Lozanną a Montreux-Vevey w kantonie Vaud. Góry na wyciągnięcie ręki. Do brzegów jeziora przytulone są fascynujące miasta. A między nimi ciągną się winnice. W okolicy króluje biała winorośl Chasselas. Z czerwonych, najważniejsze są Pinot Noir i Gamay. Wina szwajcarskie są wyrafinowane i trudno dostępne. Zaledwie jeden procent produkcji jest eksportowany do Japonii, Chin, Wielkiej Brytanii, USA, głównie do ekskluzywnych hoteli i restauracji. Czy wymieniać inne powody? Chęć ich skosztowania wydaje mi się wystarczająca.

Ślepa sprawiedliwość i żołnierz pacyfista

Zacząłem od Lozanny. Tłum poniósł mnie jak rzeka. Była sobota, a to poza środą drugi ruchliwy dzień targowy. Przyglądałem się straganom z owocami i warzywami, witrynom luksusowych sklepów i lokali. Lozannę zbudowano na trzech wzgórzach, więc ulice to stromo opadają w dół, to znowu pną w górę. Bezbłędnie trafiłem na plac de la Palud, pod Fontannę Sprawiedliwości. Na kolumnie wzniesionej w 1726 roku alegoryczna kobieca postać trzyma w jednej dłoni wagę, w drugiej - miecz. Na oczach ma opaskę, a u stóp koronowane głowy i biskupie tiary. Swoiste memento: sprawiedliwość, choć ślepa, dosięgnie każdego.



Z centrum Lozanny stuletnim metrem zjechałem do Ouchy, niegdyś osady rybackiej, z której ryby transportowano do miasta na grzbietach osłów. Niewielka rzeźba sympatycznych pracowitych kłapouchów upamiętnia tamte czasy i uzasadnia nazwę osiedla. Dziś Ouchy jest oazą luksusu z mariną pełną jachtów i eleganckimi hotelami, wśród których znajduje się najdroższy na szwajcarskiej Riwierze "Beau-Rivage" (Piękny Brzeg). Zatrzymałem się pod pomnikiem generała Henriego Guisana, głównodowodzącego armii szwajcarskiej podczas drugiej wojny światowej. Mimo granicznych prowokacji nie dał się wciągnąć do wojny. Jest chyba jedynym wodzem, który stanął na cokole pomnika nie ze względu na podboje, ale za to, że uniknął walki. Szwajcarzy pielęgnują neutralność i pokój. Zapewne więc dlatego w Château de Vidy w Lozannie zlokalizowano siedzibę Komitetu Olimpijskiego, a w Ouchy Muzeum Olimpijskie. Ozdobą kolekcji są znicze z nowożytnych igrzysk. Imponująco lśni ściana złotych płytek. Przysługują sponsorom, których wsparcie idei olimpijskiej przejawiło się wkładem w wysokości przynajmniej miliona dolarów.



Kraina celebrities

W Vevey nie mogłem się powstrzymać, by się nie przejrzeć jak w lustrze w szklanych ścianach siedziby Nestlé. Są tu wprawdzie tylko biura; czekoladę produkują w Gruyere, ale lśniąca kwatera główna koncernu zrobiła na mnie wrażenie.

Połączone w jeden ciąg Montreux-Vevey są pełne blichtru. Show trwa nieustannie: wizyty gwiazd, wystawy, koncerty, a w zaciszu ogrodów wille i hotele... Na bulwarach znalazłem pomniki Charliego Chaplina i Freddiego Mercury'ego. O bywających tu kiedyś celebrities opowiada się chętnie. O współczesnych Szwajcar nie wydusi słowa nawet na torturach! Prywatność jest obsesyjnie chroniona.

Każdego dnia statki białej floty kursują z Genewy do zamku Chillon. Zaokrętowałem się na najszacowniejszą jednostkę - stuletni parowiec "La Suisse". Z jego pokładu podziwiałem łagodną Jurę, zaśnieżone Alpy i łany winorośli ciągnące się na stromych brzegach. W pokładowej restauracji słyszałem zachwyty nad menu we wszystkich niemal językach świata. Smak delikatnych, znakomicie przyrządzonych ryb z jeziora uwodzi każdego, tym bardziej że znakomicie komponuje się z miejscowym winem.



Za winiarskim stołem

Wśród winiarzy w Lavaux są przedstawiciele różnych zawodów. Winnicę prowadzą zarówno wzięci, a więc bogaci prawnicy czy maklerzy, jak i zwykli rolnicy. Właśnie do rolniczej rodziny, do Frédérica i Fabienne Blondelów, trafiłem na obiad. Była jesień, czas winobrania, czyli moment najintensywniejszej pracy winiarzy. Wtedy mobilizują wszystkie siły. Na tydzień, może dziesięć dni zatrudniają pracowników do zbierania winogron. Najchętniej podejmują się tego bezrobotni z sąsiedniej Francji i studenci z pobliskiej Lozanny. Mają zapewniony wikt i opierunek, a jeszcze dostaną po sto franków dniówki. Czy to dużo? Do skrzynki wchodzi piętnaście kilogramów winogron. Trzeba uważać, żeby nie uszkodzić kiści i nie pokaleczyć się sekatorem. Dobry pracownik zbiera w ciągu dnia około tony winogron. Proszę policzyć, ile to skrzynek. W Lavaux jest zaledwie 830 hektarów winnic. Rodzina Blondel ma niecałe cztery. Jak na tutejszą średnią nawet sporo. Trzypokoleniowa rodzina utrzymuje się tylko z tego. Obiad stanowił krótką chwilę wytchnienia dla Frédérica, Fabienne i ich pracowników. Zgodnie krzątały się obie teściowe. Przygotowały pieczoną wędlinę, kiełbasy i rösti, czyli podsmażone ziemniaki, obowiązkowo z rozgrzanym serem. Pożywny, choć w gruncie rzeczy prosty posiłek. Do obiadu Frédéric rozlał gamay, oczywiście własnej roboty. Santé! Na zdrowie! Gospodynie nie zapomniały o deserze, cieście z syropem Raisinée. Ten lokalny przysmak powstaje z gotowanych przez dwadzieścia cztery godziny owoców - jabłek, gruszek lub winogron i jest... słodko-kwaśny. Palce lizać!



Widok z góry

Na małej stacji w wielkim Montreux zatrzymują się co chwila dalekobieżne pociągi. Z jednego z peronów rusza elegancki przeszklony skład panoramicznego Glacierexpressu. Ten pociąg, poprowadzony trasą o szczególnych walorach widokowych, wiezie pasażerów do Châteaux d'Oex w dolinie Le Pays d'Enhaut, położonego około godziny jazdy z festiwalowego miasta, jednego z największych centrów europejskiego baloniarstwa. Każdy śmiertelnik może wsiąść do kosza balonu i wzbić się w przestworza. Najprostszy wariant to lot na uwięzi. Tylko w górę i tylko po to, by obejrzeć alpejskie otoczenie z dużej wysokości. Balon donikąd nie poleci, bo jest uwiązany. Ciekawsza znacznie jest podróż bez takiego ograniczenia. Jeśli wiatry będą pomyślne, zaniosą balon do sąsiedniej doliny Gruyere. A jest na to duża szansa, ponieważ tak właśnie najczęściej przemieszczają się w tej okolicy prądy powietrza. Z Châteaux d'Oex wystartowali w 1999 roku w udany lot dookoła świata Bertrand Piccard i Brian Jones. Ich balon (Breitling Orbiter 3; była to ich trzecia próba i trzecia wersja powietrznego wehikułu) prowadzili meteorologowie z genewskiego lotniska. Posługiwali się przy tym programem do symulacji... skutków wybuchu jądrowego. Balon był traktowany przez program jak pojedynczy pyłek, a specjaliści obserwowali, co się będzie z nim działo i podawali namiary na najkorzystniejsze dla nich prądy. W ten sposób przeprowadzili pilotów dookoła świata.



Tym razem wybrałem jednak inny peron. Zająłem miejsce na wąskiej drewnianej ławeczce w czerwonym, wyglądającym muzealnie składzie. Ponadstuletnia kolejka była kiedyś napędzana wodą. "Cóż w tym dziwnego" zapytacie - przecież ciągnie ją parowóz? Dla zwiększenia mocy wagoniki miały zainstalowane zbiorniki na wodę. Zjeżdżający z wypełnionym zbiornikiem wyciągał drugi. Okazało się to zbyt kosztowne i system grawitacyjny zastąpiono elektrycznością... pod koniec XX wieku. Byłem w wagonie jednym z nielicznych Europejczyków. Nad jezioro ściągają tłumy azjatyckich turystów. Od lat z Japonii, a teraz coraz częściej z Korei, Tajwanu i Chin i Hongkongu. A że podróży towarzyszy degustacja wina, języki szybko się rozwiązały... Sapiącą wąskotorówkę wspięliśmy się na Les Rochers-de-Naye. Miejscami 22 procent nachylenia! Moi towarzysze podróży bez opamiętania robili zdjęcia. Oni tak zawsze... Odkąd świat fotografii opanowały firmy Canon i Nikon, przybysze z Dalekiego Wschodu przestali patrzeć na świat własnymi oczami... W ciągu godziny wagonik dotarł na wysokość dwóch tysięcy metrów. Ze skalistego szczyciku podziwiałem Jezioro Genewskie i otaczające je góry. Słynne z produkcji serów doliny Gruyčre i Le Pays d'Enhaut miałem w zasięgu ręki. I zaśnieżone szczyty Alp Berneńskich z Jungfrau, Eigerem i Mnichem oraz najwyższe szczyty Alp z Mont Blanc we francuskiej Sabaudii na czele.

Zamek legenda

Po powrocie wstąpiłem jeszcze do zamku Chillon. W tutejszych lochach więziony był lord Byron. Krótko. Zdążył jednak wyryć na jednej z kolumn swoje imię. Jakżeż sława zmienia podejście do zasad. O tym podpisie informują z dumą wszystkie przewodniki. Jednak Szwajcarzy chlubią się zamkiem nie ze względu na romantycznego poetę. Château de Chillon jest dla nich symbolem determinacji w dążeniu do obrony praw i wolności. O zamek toczyli zacięte boje Berneńczycy i Sabaudczycy. W końcu ci pierwsi wzięli górę i Chillon stał się perłą w koronie cudów Jeziora Genewskiego oraz całej Szwajcarii.

autor: Paweł Wroński

Źródło:

Do pobrania

szwajcaria7jpgszwajcaria7jpgszwajcaria7jpgszwajcaria7jpgszwajcaria7jpgszwajcaria7jpgszwajcaria7jpgszwajcaria7jpg
Tematy
Szukasz pracownika? Opublikuj pierwsze ogłoszenie o pracę już od 59,32 zł na Pracuj.pl!

Szukasz pracownika? Opublikuj pierwsze ogłoszenie o pracę już od 59,32 zł na Pracuj.pl!

Advertisement

Komentarze (0)

dodaj komentarz

Powiązane: Podróże

Polecane

Najnowsze

Popularne

Ważne linki