Równowaga strachu: Czy światowej gospodarce grozi krach?

Wahania kursowe. Ta największa groźba dla globalnego kapitalizmu może wywołać krach podobny do azjatyckiego z roku 1998, a nawet kryzys światowy.

W epoce globalizacji kursy wymiany są bardziej podatne na spekulację niż kiedykolwiek indziej. Cenę waluty wyznaczają nie tyle wskaźniki gospodarcze, ile nastroje oraz oczekiwania dealerów i spekulantów. W dodatku nie istnieje żaden ład walutowy, a czołowa waluta świata, czyli dolar, sama jest mocno nadwerężona, ponieważ Amerykanie drukują za dużo zielonych banknotów, by finansować swój dobrobyt. Chiny i Japonia jeszcze kupują dolary, gdyż chcą wspierać eksport do USA. Ale czy to wszystko dobrze się skończy?

Światowy system walutowy. Zdolność konkurencyjna wszystkich gospodarek narodowych zależy od kursu wymiany ich walut. A ten w dobie globalizacji jest w coraz większym zakresie ustalany przez spekulantów i przez politykę rządu Stanów Zjednoczonych. Czy zatem globalna gospodarka potrzebuje nowego systemu walutowego?

Oto sytuacja, która się powtarza każdego pierwszego piątku miesiąca. O 7.25 na giełdzie walutowej w Chicago zapada spokój. Dealerzy zawieszają aktywność, liczby na ekranach monitorów i tablicach informacyjnych ledwie migoczą, dolar ma kilka minut odpoczynku.

Potem, tuż po godzinie 7.30, wybucha gorączka. Setki dealerów przekrzykują się, gestykulują, a waluta amerykańska albo pędzi w górę, albo spada na łeb na szyję. To dzień bezrobocia – jak nazywają tu comiesięczny termin, gdy władze USA podają najnowsze dane o zatrudnieniu.

Yra Harris to stary wyjadacz giełdowy. Już od 28 lat spekuluje na najważniejszym rynku dewizowym świata. Widział, jak dawna marka niemiecka zyskiwała i traciła na wartości. Przeżył okres słabości młodego euro, również wzloty i upadki dolara.

– Próbuję przekuwać wieloletnią wiedzę w krótkoterminowe zyski – opowiada o swej pracy.

Dlatego już na kilka godzin przed rozpoczęciem notowań, jeszcze bladym świtem, zasięga informacji o wydarzeniach na światowej scenie politycznej i ich skutkach dla handlu dewizowego.

– Jeżeli teraz także w Niemczech zyskają popularność nastroje wrogie integracji europejskiej, będzie to niebezpieczne – tak Harris mówi o euro. Od kiedy też na Chicago Marcantile Exchange operacje walutowe realizuje się głównie drogą elektroniczną, Harris zorganizował tu własne biuro maklerskie z kilkoma komputerami i monitorami. To mała klitka bez okna, usytuowana nad salą giełdy. Harris czasami zakłada żółty fartuch dealera i schodzi na parkiet, aby wybadać panujące nastroje.

W tym biznesie chodzi bowiem przede wszystkim właśnie o nastroje i oczekiwania, o psychologię oraz emocje.

Oczywiście są również fakty, które odgrywają rolę – jak wskaźniki koniunktury, bezrobocia, inflacji i decyzje

o stopach procentowych, ale to nie one są decydujące. Gdyby tak było, kurs wymiany mógłby ustalać komputer i dałoby się dokładnie przewidzieć, jak będzie się on kształtował.

W dobie globalizacji nasiliła się spekulacja. Pożywką są dla niej: deregulacja rynków, oparcie gospodarki na kredycie i jej oderwanie od realnej produkcji dóbr oraz ogromne masy skoncentrowanego kapitału, które w ciągu sekundy można przesuwać w różne miejsca kuli ziemskiej – tam gdzie rysuje się obietnica większego zysku.

Jeśli chodzi o duże waluty, spekulanci zwiększają wahania kursu, zaś mniejsze waluty mogą wybiórczo niszczyć, jak to było podczas kryzysu w Azji. Pieniądz rządzi światem, a kto wyznacza wartość pieniądza – ten ma wielką władzę.

Przykładem są fundusze hedgingowe, które często podejmują akcje przeciw danym walutom. Do legendy przeszła batalia George’a Sorosa przeciw brytyjskiemu funtowi. Wzbogaciła „ojca spekulantów” o ponad miliard dolarów. Ale najwięcej do powiedzenia mają tu Stany Zjednoczone, które dysponują dolarem – główną walutą świata. Służy on reszcie państw jako waluta rezerwowa i w rezultacie muszą one cały czas dbać, żeby nie spadła wartość ich rezerw dewizowych. Ostatnio do gry weszli kolejni potężni gracze – azjatyckie banki centralne. Zwłaszcza banki Japonii i Chin zgromadziły w ostatnich latach ogromne kwoty dolarów, w celu wsparcia swych walut oraz zabezpieczenia eksportu do USA. Gdyby kraje te zaczęły na większą skalę zamieniać swoje rezerwy na inne dewizy, wartość dolara mogłaby gwałtownie spaść, a świat pogrążyłby się w globalnym kryzysie.

W dobie globalizacji bowiem gospodarka światowa jest bardziej podatna na kryzys niż kiedykolwiek przedtem. Pierwszy kryzys współczesna globalizacja przeżyła w latach 90. Zaczął się 13 maja 1997 roku. Rerngchai Marakanonda – ówczesnego prezesa banku centralnego Tajlandii – zaalarmował telefon szefa departamentu obrotów dewizowych. Zdenerwowany podwładny informował, że banki z USA i Wielkiej Brytanii zasypują rynek tajską walutą – setkami milionów bahtów, które wymieniają na dolary.

Zachodnie fundusze hedgingowe oraz wielkie banki przypuściły atak na tajską walutę. „Dzisiaj miażdżymy Tajów” – wołali maklerzy przy terminalach komputerowych w Nowym Jorku i Londynie. Niczym głodne stado wilków osaczyli skarbce banku centralnego Tajlandii, gdzie spoczywało wówczas mniej więcej 38 mld dolarów.

W rozpaczliwej obronie bank pozbył się wreszcie prawie wszystkich rezerw. Mała i bezradna Tajlandia nie zdołała powstrzymać masowej ucieczki od bahta, który od 14 lat był ściśle związany z dolarem. Z początkiem lipca 1997 r. bank centralny musiał dokonać dewaluacji bahta. Wywołało to dramatyczną reakcję łańcuchową w regionie, którego gospodarki przez lata notowały bajeczne wskaźniki wzrostu – nawet rzędu 9 proc. rocznie. Reakcja ta spowodowała w efekcie kryzys gospodarczy w całej Azji. Wnet doszło do załamania w Indonezji, a pod koniec 1997 r. kredyt w wysokości 58 mld dol., udzielony przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy, ledwie uchronił Koreę Południową przed bankructwem. W Japonii wstrząsy te też przyspieszyły upadek niewydajnych firm i banków.

Wielu zszokowanych mieszkańców Azji, jak premier Malezji Mahathir Mohamad, piętnowało ten nagły krach jako „międzynarodową manipulację”. Według nich, spekulanci pokroju Sorosa pozbawiają azjatyckie tygrysy owoców ich ciężkiej pracy. Czy Mahathir Mohamad nie miał racji? Eksperci z Bangkoku ocenili, że zachodnim funduszom hedgingowym i bankom inwestycyjnym tylko polowanie na bahta przyniosło łup w wysokości prawie 8 mld dolarów.

Spekulanci z Wall Street i londyńskiego City mogli podjąć tę ofensywę tylko dlatego, że wysławiany „cud azjatycki” (to opinia Banku Światowego) miał wątłe podstawy. Strzeliste, sięgające nieba wieżowce w Bangkoku były finansowane na kredyt. W tej sytuacji rewaluacja dolara dodatkowo utrudniła Tajlandii spłatę zagranicznych pożyczek.

Z kolei w Korei Południowej wielobranżowe koncerny, jak Hyundai i Dae- woo, niczym ośmiornice objęły mackami cały kraj. Pod naciskiem skorumpowanych polityków i biurokratów rodzime banki udzielały czebolom kolejnych kredytów, w celu sfinansowania ekspansji graniczącej z manią wielkości. Rynki finansowe z dnia na dzień pozbawiły je kapitału – równie skwapliwie, jak wcześniej pompowały pieniądze w ten rozwijający się region, przez co rozdymały balon koniunktury.

Kryzys azjatycki pchnął w przepaść całe gospodarki narodowe, a miliony ludzi wpędził w nędzę. Europejski Bank Centralny każdego dnia, punktualnie o 14.15, ustala kursy referencyjne dla euro. Następuje to, według wersji oficjalnej, po „wzajemnych konsultacjach między bankami centralnymi krajów należących do strefy euro oraz znajdujących się poza nią”.

Konsultacje na takim szczeblu mogłyby sugerować, że chodzi o jakiś akt międzypaństwowy. Tymczasem kurs referencyjny EBC jest zaledwie uchwyceniem jednego momentu, jakby fotograficzną migawką z wirtualnego kasyna walutowego o nazwie Electronic Banking System (w skrócie EBS). Szefowie banków centralnych obserwują na monitorach, jak międzynarodowa finansjera dzień w dzień dokonuje przesunięć miliardowych kwot czołowych walut na najważniejszej giełdzie walutowej świata. Przeciętne dzienne obroty dewizowe wzrosły od 2001 r. o blisko 57 proc., do 1,88 bln dolarów. To o 10 proc. więcej niż wynosi roczny PKB całych Włoch.

Codzienne szaleństwo przy biurkach maklerów odzwierciedla rozmiary spekulacji. Tylko 14 proc. operacji to zlecenia dokonywane przez klientów spoza sektora finansowego, którzy chcą np. jak najkorzystniej sprzedać obce waluty uzyskane z eksportu.

– Cała reszta graczy traktuje waluty w coraz większym stopniu jako osobny typ lokaty kapitału, obok akcji i obligacji o stałym oprocentowaniu – stwierdza Peter Griep, dyrektor Bundesbanku.

Jego zdaniem, fundusze powiernicze odgrywają coraz bardziej aktywną rolę na rynku dewizowym; wzrosło też znaczenie funduszy hedgingowych. Jedynie na giełdzie towarowej w Chicago ta owiana mgiełką tajemnicy branża raz na tydzień pozwala sobie nieco zajrzeć w karty. Statystyki dotyczące zawieranych tam kontraktów terminowych (tzw. futures) pokazują, jakich tendencji oczekują spekulanci w niedalekiej przyszłości. Zawodowi gracze zawierają zakłady dotyczące nie tylko przyszłych cen mleka i mrożonych żołądków wieprzowych, ale także relacji najważniejszych walut świata do dolara.

Na świecie roi się od funduszy hedg- ingowych, które część operacji przepuszczają przez giełdę w Chicago. Jeden z największych do tej pory ataków na dolara przypuściły one z początkiem września 2004 roku. Początkowo za euro płacono 1,20 dolara. Ale gdy fundusze przez wiele tygodni, m.in. za pomocą opcji futures, stawiały na zwyżkę euro, zaczął spadać bieżący kurs dolara. Pod koniec 2004 r. amerykańska waluta znalazła się na rekordowo niskim poziomie i za euro trzeba było płacić 1,36 dolara. Europejscy eksporterzy zaczęli się bać o swoje interesy, gdyż ich towary miały coraz wyższą cenę w dolarach.

Potem spekulanci przystąpili do realizacji zysków. Masowo zaczęli się pozbywać futures. Po kilku tygodniach dolar odżył. Kurs silnego ponoć euro spadł pod koniec stycznia 2005 r. nawet poniżej 1,30 dolara. Potem podniósł się, by wnet jednak opaść jeszcze niżej. Wiosną 2005 r. płacono niekiedy za euro nawet niespełna 1,22 dolara.

Świat odetchnął z ulgą. Upadek dolara – przynajmniej jak na razie – został powstrzymany, a tym samym odsunięto również największe niebezpieczeństwo, jakie grozi światowej gospodarce. Stwarzają je Stany Zjednoczone, które żyją znacznie ponad stan, a rachunek każą płacić reszcie świata. Na dłuższą metę nie może się to skończyć niczym dobrym. Pytanie tylko, czy Amerykanie rozwiążą swoje problemy w sposób kontrolowany i czy powiedzie się łagodne lądowanie dolara.

Jest on właściwie walutą ogólnoświatową, przynajmniej od czasu, gdy Amerykanie przeforsowali swoje stanowisko na konferencji w Bretton Woods, w stanie New Hampshire. Tam właśnie w lecie 1944 r. spotkało się 730 delegatów z 44 krajów, których celem było opracowanie nowego ładu walutowego.

W okresie międzywojennym na światowych rynkach panował chaos. Wiele państw w międzynarodowej walce konkurencyjnej używało walut jako broni. Po wojnie chodziło o to, by stworzyć solidne reguły nowego ładu walutowego. Prezydent USA Franklin D. Roosevelt i jego minister finansów Henry Morgenthau zaproponowali, by za główną walutę nowego systemu posłużył właśnie amerykański dolar.

Amerykanie postawili na swoim. Od tej pory mogli na całym świecie dokonywać zakupów i wszędzie zaciągać długi. Dolarów mieli pod dostatkiem, ponieważ mogli je przecież sami produkować. System z Bretton Woods przewidywał stały kurs wymiany walut. Dolar miał równowartość określonej ilości złota, natomiast inne waluty były związane z pieniądzem amerykańskim. Kiedy wartość jakiejś waluty zaczynała odbiegać od ustalonego kursu, musiały interweniować banki centralne. System działał dopóty, dopóki wszyscy trzymali się reguł gry. Kiedy wyłamał się najważniejszy gracz – upadł.Głównym fundamentem ładu wypracowanego w Bretton Woods było zobowiązanie USA, że w każdej chwili są gotowe wymienić dolary na złoto. Jednak amerykańskiej waluty przybywało, dlatego że Waszyngton drukował coraz więcej „zielonych”. W latach 60. USA wprost zalały świat swoim pieniądzem, by finansować wojnę w Wietnamie. Możliwość zamiany, w każdej chwili, dolara na złoto stała się fikcją. 15 sierpnia 1971 r. prezydent Richard Nixon oficjalnie zniósł wymienialność amerykańskiej waluty na złoto. Ustalony w Bretton Woods ład przestał istnieć. Dolar nadal pozostaje główną walutą świata, ale od czasu załamania się systemu z Bretton Woods, to tylko kawałek kolorowego papieru. Amerykański bank centralny emituje coraz większe ilości banknotów, by ożywić gospodarkę i łatać ogromny deficyt handlowy USA. Amerykanie żyją ponad stan. Dzień w dzień muszą przyciągać prawie 2 mld dol. zagranicznego kapitału, aby finansować swój poziom życia. Coroczny deficyt budżetowy Stanów pożera 75 proc. światowych oszczędności.

– Nie tylko przenosimy produkcję do Chin, a usługi do Indii, w dodatku oddaliśmy nasze finanse w obce ręce – wylicza Stephen Roach, główny ekonomista Morgan Stanley. Amerykańscy obywatele oszczędzają jedynie 0,4 proc. uzyskiwanych dochodów. Prawie wszystkie ich pieniądze idą na konsumpcję. W bilansie handlowym za 2004 r. straszyła dziura o rozmiarze ponad 600 mld dol. – co równało się 5,2 proc. PKB – by w roku kolejnym przekroczyć już 700 mld dolarów. „W krajach Trzeciego Świata wystarcza 5 proc., by interweniował Międzynarodowy Fundusz Walutowy” – kpi magazyn inwestorów „Barron’s”.Czyżby więc USA miały się stać republiką bananową, jak dworuje sobie Roach? Nie – dopóki Amerykanie mogą drukować dolary, a świat będzie je od nich przyjmował. Dlatego że inne kraje muszą gromadzić walutę amerykańską w celu wspierania własnego pieniądza. „Proszę sobie wyobrazić, że moglibyście wystawiać czeki, które są akceptowane jako środek płatniczy, ale nigdy nie zostaną przedłożone do wykupu” – tak „Economist” opisuje epokę dominacji dolara.

Jednakże era ta zbliża się do końca. Jak długo jeszcze wierzyciele Ameryki będą spokojnie patrzeć, jak spada wartość ich rezerw dolarowych? Wszak w ostatnich latach dolar stracił na wartości w stosunku do euro 30 proc., a wobec jena – mimo intensywnych zakupów interwencyjnych Tokio – 13 procent. W porównaniu ze stanem sprzed 35 lat dolar zachował w stosunku do euro (względnie marki niemieckiej) tylko 43 proc. wartości. Żaden wierzyciel nie patrzy chętnie na takie straty. Dlatego wiele krajów – np. państwa OPEC, ale także Rosja – zaczęło zmieniać rezerwy dolarowe na euro. Czynią to jednak bardzo, ale to bardzo ostrożnie, gdyż każda pogłoska na ten temat prowadzi do dalszego spadku wartości dolara, a tym samym – ich rezerw dewizowych.

Stany Zjednoczone mają największych wierzycieli w Azji. Kraje tego kontynentu już w roku 2005 trzymały rezerwy wartości ponad 2,2 bln dol. i każdego dnia jest ich więcej. Chińczycy przyjęli sztywny kurs juana do dolara. Za eksportowane do USA towary otrzymują dolary, za które nabywają amerykańskie obligacje. To sytuacja korzystna dla USA, które dalej mogą drukować „zielone” i kupować za nie towary. Ale zarazem niekorzystna dla nich, ponieważ Chiny subwencjonują tym sposobem swoje tanie towary, które zalewają teraz rynek amerykański i pogłębiają jeszcze bardziej deficyt w obrotach handlowych. Dlatego Amerykanie domagają się, by Chiny dokonały rewaluacji juana. Podrożyłoby to eksport chiński do USA i zmniejszyło deficyt handlowy. Władze w Pekinie na razie wzbraniają się przed tą decyzją, ale jak długo jeszcze?

W biurach maklerskich wielkich banków dealerzy gorączkowo wyczekują chwili, gdy Pekin dokona nieuniknionego posunięcia. Spekulanci dewizowi – a wśród nich wielu Chińczyków z Hongkongu i Tajwanu – pragną na tym zarobić. Dlatego na potęgę pompują pieniądze do Państwa Środka. Napływa tam coraz więcej zagranicznego kapitału. Chińskie rezerwy dewizowe stale rosną. W maju 2006 r. przekroczyły już 940 mld dolarów.

Azjaci zachowują się wobec USA jak sprzedawca samochodów, który finansuje klientom kupno nowego auta przez nisko oprocentowany kredyt. Skupowanie dolarów przez azjatyckie banki centralne pozwala na to, by wysoko zadłużone Stany Zjednoczone i amerykańscy konsumenci mogli nadal kupować towary produkowane w Azji. USA stały się w ten sposób podatne na szantaż. Sama tylko zapowiedź przewalutowania rezerw przez Azjatów doprowadziłaby do totalnego załamania dolara. Wtedy trzeba by wydatnie podnieść stopy procentowe w Ameryce, co przyniosłoby falę bankructw. W wyniku tych wstrząsów światowy system walutowy mógłby się załamać. Jaki jednak interes mieliby w takim rozwoju wypadków Azjaci? Globalny kryzys gospodarczy zaszkodziłby również im. A przecież pragną robić interesy i eksportować jak najwięcej towarów.

Fundamentaliści oraz wszyscy, którzy wieszczą krach finansowy, widzą tylko jedno rozwiązanie, a mianowicie powrót do wymienialności waluty na złoto. Argumentują, że złote monety były w użyciu przez całe stulecia i rzadko traciły na wartości. Według nich, przyczyną wszelkiego zła jest pieniądz papierowy, ponieważ politycy i strażnicy waluty mogą nim dowolnie manipulować. A poza tym „papier” ciągle traci na wartości. Mimo to nie ma ani jednego eksperta, który mógłby sobie wyobrazić, by w dobie globalizacji masy pieniądza uzależnić od jednego metalu i jego wydobycia.

– Złoto jako waluta jest już martwe – mówi Karl Otto Pöhl, wieloletni prezes Bundesbanku. – Nikt na świecie nie pragnie już jego powrotu. Niektórzy eksperci za rozwiązanie równie pożyteczne, co mało realne, uznają „globo”. Byłaby to wzorowana na euro waluta ogólnoświatowa, obejmująca swym zasięgiem co najmniej USA, strefę euro, Japonię i Wielką Brytanię. Robert Mundell, laureat Nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii, proponuje jeszcze coś innego – unię walutową, w której skład wchodziłyby dolar, jen oraz, oczywiście, euro.

– Podobnie jak w przypadku unijnej waluty, wszystkie zainteresowane kraje musiałyby zrezygnować z suwerenności w dziedzinie polityki pieniężnej – zauważa Martin Hüfner, główny ekonomista HypoVereinsbank. – A widzieliśmy, jak trudno było ten cel osiągnąć w Europie. Sven Afhüppe, Beat Balzli, Frank Hornig, Armin Mahler, Wieland Wagner

Szukanie winnego Do tej pory rząd RFN niestrudzenie przedstawiał historię euro jako jedno pasmo sukcesów, które zaczęło się w 1999 r., kiedy to waluty europejskie ściśle się ze sobą związały.

Dla niemieckiego ministra finansów sprawdzianem dobrego funkcjonowania unii walutowej był zawsze niski wskaźnik inflacji w Eurolandzie. Nie sprawdziły się powszechne obawy, że europejska waluta może się przyczynić do wzrostu cen. Przeciwnie – od wprowadzenia euro do obrotu z początkiem 2002 r. średni wskaźnik inflacji wynosi w Niemczech około 1,5 procent. To, że wielu obywateli postrzega nową walutę jako „teuro” (gra słów: teuer – drogi), wynika głównie z tego, iż znacznie wzrosły ceny paliw i tytoniu, podczas gdy np. spadek cen komputerów i czynszów jest znacznie mniej widoczny.

Euro ma pozytywny wpływ zwłaszcza na niemiecki eksport. Dzięki temu, że odpadło ryzyko walutowe, tylko w 2004 r. obroty handlowe w Europie zwiększyły się o 10 procent. Szczególnie korzystają z tego Niemcy, które 44 proc. eksportu kierują do partnerów z krajów strefy euro.

Ale są także niekorzystne dla RFN aspekty utworzenia strefy euro. Realna stopa procentowa, czyli różnica między oficjalną stopą procentową i inflacją, była w Niemczech przed zawarciem unii walutowej niższa niż w innych krajach Unii Europejskiej. Dzięki temu RFN przyciągała inwestycje. W wyniku wprowadzenia euro Niemcy utraciły ten atut, bowiem obecnie we wszystkich krajach z euro obowiązuje ta sama stopa procentowa. Niskie realne stopy procentowe dają – jak piszą urzędnicy ministra finansów Hansa Eichela w poufnym opracowaniu – „ogromne korzyści finansowe” Grecji, Irlandii, Portugalii i Hiszpanii.

Jednak w wartościach absolutnych niemiecka realna stopa procentowa jest na tym samym poziomie, jak w epoce marki.

– Realna stopa procentowa jest na historycznie najniższym poziomie – ocenia przy tym Thomas Mayer, ekonomista z Deutsche Banku. – Nie ma już zbyt wiele przestrzeni do jej dalszego obniżania.

Największym zagrożeniem dla Europejskiej Unii Walutowej wydaje się obecnie brak dyscypliny krajów członkowskich, zwłaszcza po ostatnich manipulacjach szefów państw przy europejskim pakcie stabilizacyjnym. Podczas gdy jedni zadłużają się po uszy, a inni zachowują dyscyplinę finansową – napięcia w łonie unii walutowej będą narastały. W rezultacie wskaźniki inflacji w poszczególnych krajach będą się coraz bardziej różniły, a stopy procentowe – wyznaczane na podstawie przeciętnej inflacji dla całego Eurolandu – okażą się w konsekwencji dla jednych zbyt wysokie, dla innych zaś – za niskie. A wtedy rzeczywiście wspólna waluta mogłaby stać się hamulcem rozwoju gospodarczego.

Politycy – bez szaleństw!

To nie globalizacja ponosi winę za kryzysy walutowe. Kolejne niebezpieczne finansowe zawirowania na świecie wywoływane są przez błędne decyzje inwestorów i rządów.

Fala groźnych kryzysów walutowych, która przeszła przez świat w latach 1997 – 2001, postawiła pod znakiem zapytania zdolność światowej gospodarki do funkcjonowania na dotychczasowych zasadach. Kolej ne państwa zaliczane do rynków wschodzących pogrążały się w zapaściach, których przyczyny eksperci potrafili wyjaśnić ex post, lecz nie byli w stanie przewidzieć. Triumfowali antyglobaliści, podkreślając – zwykle z dużą przesadą – że są one wywoływane przez krwiożerczych finansistów, którzy doprowadzają do ruiny biedniejsze kraje, sami czerpiąc z tego krociowe zyski. Antyglobaliści zażądali wprowadzenia kontroli i reglamentacji przepływów kapitałowych, wycofania się z procesu liberalizacji światowego handlu, zakazu inwestowania przez wielkie korporacje w biedniejszych krajach. Krótko mówiąc – wezwali do likwidacji „eksperymentu”, jakim jest globalizacja gospodarki. Pomysły te łatwo wyśmiewać, ale i wśród poważnych ekonomistów i finansistów nie brakuje głosów, że zglobalizowana gospodarka zmierza do krachu, którego można uniknąć tylko poprzez głębokie zmiany zasad działania rynków finansowych.

George Soros – dawny król światowych spekulacji, sam oskarżany przez premiera Malezji Mahathira Mohamada o spowodowanie kryzysu walutowego w tym kraju – pisał w książce „Kryzys światowego kapitalizmu”: „Proces ponownej oceny systemu należy zacząć od uznania, że rynki finansowe są z natury niestabilne. Światowy system kapitalistyczny opiera się na przekonaniu, że jeśli rynki finansowe pozostawi się działaniu ich własnych mechanizmów, to będą one dążyły do osiągnięcia stanu równowagi. Swym zachowaniem mają rzekomo przypominać wahadło: mogą ulec przesunięciu wskutek działania sił zewnętrznych, tzw. wstrząsów pozaustrojowych, jednak zawsze będą skłonne do odzyskania pozycji równowagi. Jest to przekonanie pozbawione podstaw”. Skoro światowa gospodarka nie potrafi samoczynnie wracać do stanu równowagi, to może należy jej w tym pomóc? Wzywają do tego niektórzy intelektualiści, przeciwni dotychczasowym trendom gospodarki kapitalistycznej. Ale fala kryzysów walutowych opadła i obecnie bez emocji można analizować ich przyczyny.

Szkoda, że Fryderyk A. Hayek jest dzisiaj niedocenianym teoretykiem ekonomii. Już w latach 30. w kilku pracach (m.in. w „Monetary Theory and the Trade Cycle”), wyjaśniał, jak zastrzyki pieniężne, zaniżając stopę procentową, zaburzają strukturę czasową produkcji. Inwestorzy podejmują wówczas błędne decyzje i następuje przeinwestowanie. To znaczy – powstaje nadmiar mocy produkcyjnych, które nie mają uzasadnienia. Do tego właśnie doszło w kilku krajach azjatyckich: Tajlandii, Malezji, Indonezji, a nawet Korei Południowej. Przez kilka lat napływał do nich kapitał zagraniczny, głównie w postaci pożyczek zaciąganych przez miejscowych przedsiębiorców, którzy dokonywali gigantycznych inwestycji. W stolicy Malezji Kuala Lumpur powstawały najwyższe na świecie drapacze chmur, gospodarka Indonezji utrzymywała przez kilka lat 10-proc. tempo wzrostu, koreańskie czebole rzucały wyzwanie największym światowym koncernom, mającym wieloletnie doświadczenie. Inwestowano, bo pieniądz był tani, a inwestycje wydawały się bezpieczne także dlatego, że kurs walutowy był sztywny – zwykle powiązany z dolarem. Inwestorzy uważali zatem, że ryzyko kursowe nie istnieje.

Gdy stało się jasne, że wiele inwestycji jest nietrafionych, drapacze chmur stoją puste, a czebole zdobywają rynek, lecz z roku na rok przynoszą coraz większe straty, ci, którzy pożyczali pieniądze, przestraszyli się i zaczęli je wycofywać. A gdy ruszyła lawina, eksperci przyjrzeli się strukturze zadłużenia krajów ogarniętych kryzysem. Okazało się, że stosunek długu krótkoterminowego (poniżej roku) do rezerw walutowych przekracza w nich 50 proc., a w niektórych – 100 procent. Firma, która finansuje rozwój kredytem krótkoterminowym, wcześniej czy później ma kłopot z płynnością i tak samo dzieje się z gospodarkami narodowymi. A więc to nie globalizacja była przyczyną kryzysów, lecz nietrafione decyzje inwestorów i pożyczkodawców, a przede wszystkim – błędna polityka rządów.

Kryzysy walutowe w Rosji i Brazylii, które wybuchły rok po azjatyckim, miały nieco inną naturę. Rosja była w latach 90. krajem, w którym instytucje państwowe nie działały nawet na elementarnym poziomie. Rząd nie był w stanie zebrać podatków, dlatego wydatki państwa finansował poprzez emisję papierów dłużnych o coraz wyższym poziomie oprocentowania. W gruncie rzeczy przypominało to piramidę finansową, do której trzeba wpłacać coraz więcej pieniędzy, by ci, którzy wpłacili wcześniej, mogli się cieszyć zyskiem. Ale by zachęcić do wpłaty, trzeba oferować coraz wyższe oprocentowanie. Inwestorzy doskonale wiedzieli, że ryzykują, lecz sądzili, że ryzyko się opłaca. To się zawsze kończy katastrofą. Winę za nią ponoszą nie procesy globalizacji, ale nieudolność polityków rosyjskich. Podobna, choć znacznie mniej dramatyczna sytuacja wystąpiła w Brazylii w roku 1999. Kraj ten boryka się ze spłatą dawnego zadłużenia, więc musi teraz zaciskać pasa, co zawsze jest niepopularne i politycznie trudne do przeprowadzenia. Trzeba np. zlikwidować przywileje urzędników, którzy po 15 latach pracy mają prawo do pełnej emerytury.

Ostatni poważny kryzys walutowy miał miejsce w Argentynie w roku 2001 i jeśli różnił się czymś od poprzednich, to głównie skalą zaburzeń społecznych, jakie wywołał. Argentyna, niegdyś jeden z najbogatszych krajów na świecie, żyje ponad stan – płace i socjalne zabezpieczenia są wyższe niż wynikałoby z wydajności pracy. Efektem jest niska konkurencyjność produktów tego kraju na rynkach światowych. Dodatkowym obciążeniem okazał się sztywny kurs lokalnej waluty powiązanej z dolarem, gdy tymczasem większość towarów argentyńskich jest eksportowana do Europy. Kiedy w końcu lat 90. zaczęła się recesja, jedynym sensownym wyjściem było obniżenie płac i wydatków socjalnych. Na to nie było zgody, zatem sztywny kurs peso okazał się nie do utrzymania.

Wszystkie kryzysy charakteryzowały się wspólną cechą – błędami popełnianymi przez ludzi odpowiadających za politykę gospodarczą. To one, a nie globalizacja były przyczyną problemów. Fakt, że od pięciu lat świat nie jest wstrząsany kryzysami walutowymi, świadczy o tym, że nawet rządy potrafią uczyć się na błędach. Niemal wszędzie wprowadzono kursy płynne, dla walut bezpieczniejsze, gdyż zmuszają inwestorów do wliczania ryzyka kursowego w cenę inwestycji. Inwestorzy i pożyczkodawcy nauczyli się oceniać ryzyko związane z lokowaniem na rynkach wschodzących i domagają się od rządów rozsądnej polityki fiskalnej.

Dlatego nawet lewicowe gabinety starają się dziś trzymać budżety w ryzach. Choćby rząd brazylijski, z dawnym populistą Luiz Ignácio Lula da Silvą na czele. Prowadzi on obecnie bardziej restrykcyjną politykę fiskalną niż jego poprzednik – monetarysta.

Czy to znaczy, że świat jest wolny od widma kryzysów walutowych? Niestety nie – są one wynikiem szaleństw ludzi przy władzy, a na to lekarstwa nie ma.

Witold Gadomski
Źródło:

Newsletter Bankier.pl

Dodałeś komentarz Twój komentarz został zapisany i pojawi się na stronie za kilka minut.

Nowy komentarz

Anuluj
0 0 ~ZbD

bardzo ciekawy materiał,

! Odpowiedz
0 0 ~LEON

artykuł ciekawy ale poza tym ja widzę że w 2000r kiedy dolar stał najmocniej i był na szczytach naganiali na kupno USD, teraz kiedy dolar jest dużo słabszy jest naganianie na sprzedaż dolara.

! Odpowiedz
0 0 ~hiena

A u nas zacznie się od kryzysu systemu emerytalnego za dziesięć a może dwadzieścia lat . No chyba , że wcześniej "coś" się wydarzy co fikcję obnaży !

! Odpowiedz
0 0 ~tomek

super artykul. ciekawe informacje, madra analiza. gratuluje!
tez myslalem ze to kuczynski :)

! Odpowiedz
0 0 ~Inflacja

A ja myślałem, że to Kuczyński napisał albo jakiś "Financial Times". Same bzdury, tzn. fakty podaen są prawdziwe, ale wnioski kompletnie fałszywe.

! Odpowiedz
0 0 ~Kuczy

Kuczyński napisał Gadomskiemu :)

Ciekawe że autor w swoim teskście nie znalazł odpowiedzi na temat tego dlaczego Daleki Wchód nie przewalutowuje rezerw na Euro - najwąniejszy powód jest taki że podstawy Euro sa bardzo kruche a Europa staje sie powoli światowa II ligą gospodarczą. Sam postulat powrotu do parytetu w złocie pokazuje że nie ma pojęcia jaką rolę w gospodarce pełni waluta. Złoto podlega takim samym wahaniom jak pieniądz papierowy. Trudniej sterować jego podażą. A to oznacza jedno - deflację!!!!!!!!

Pokaż cały komentarz ! Odpowiedz
0 0 ~Maclewan

Teza ,że Amerykanie oszczędzają tylko 0,4% dochodów wydaje sie zbyt efektowna.Lokują w drugie,trzecie domy co też jest 'konsumpcją' z punktu widzenia podziału dochodu narodowego. Uciekaja od gotówki jak mogą .Czyżby wiedzieli że tak trzeba ?
Znakomity tekst!

! Odpowiedz
0 0 ~Tomek

Ciekawy artykuł. Ostanie zdane jest bardzo trafne.

! Odpowiedz
0 0 ~Jansen

Jeszcze pytanie do artykułu i komentarzy:
A co zrobić aby polscy wyborcy potrafili zrozumieć przesłanie tego artykułu. Tym bardziej jest to interesujacezagadnienie,skoro 1/3 komentarzy wskazuje na całkowity brak umiejętności rozumienia.

! Odpowiedz
0 0 ~

krach grozi ale z powodu deficytów budzetowych większosci krajów europejskich ,
po bankructwie wszystko sie zgoni na krach i ludziska zostaną ograbieni przez wlasne państwa.

! Odpowiedz
EUR 0,01% 4,2867
2019-01-23
EUR/PLN 0,21% 4,2952
2019-01-24 11:14:00
WIG 0,22% 60 923,00
2019-01-24 10:58:00
WIG20 -0,09% 2 404,93
2019-01-24 11:13:45
WIG30 0,02% 2 735,31
2019-01-24 11:13:00
MWIG40 0,13% 4 096,75
2019-01-24 10:58:30
DAX 0,55% 11 132,24
2019-01-24 11:11:00
NASDAQ 0,08% 7 025,77
2019-01-23 22:02:00
SP500 0,22% 2 638,70
2019-01-23 21:59:00

Znajdź profil

Przejdź do strony za 5 Przejdź do strony »

Czy wiesz, że korzystasz z adblocka?
Reklamy nie są takie złe

To dzięki nim możemy udostępniać
Ci nasze treści.

Przemek Barankiewicz - Redaktor naczelny portalu Bankier.pl

Jesteśmy najważniejszym źródłem informacji dla inwestorów, a nie musisz płacić za nasze treści. To możliwe tylko dzięki wyświetlanym przez nas reklamom. Pozwól nam się dalej rozwijać i wyłącz adblocka na stronach Bankier.pl

Przemek Barankiewicz
Redaktor naczelny portalu Bankier.pl