Płyta gramofonowa obchodzi właśnie jubileusz 122-lecia powstania i, choć nie przewidziano hucznych obchodów, warto powrócić pamięcią do czasów, gdy była wszechobecna, a posiadanie gramofonu świadczyło o wysokim statusie społecznym... Wszystko zaczęło się od wynalazku Tomasza Alvy Edisona, który w 1878 roku opatentował fonograf – urządzenie umożliwiające rejestrowanie na specjalnym wałku, a następnie odtwarzanie nagranych uprzednio dźwięków...
Dziewięć lat później, Emil Berliner zamienił cylinder na krążek, a fonograf na gramofon i tak rozpoczął się triumfalny pochód ebonitowej płyty, który częściowo powstrzymało pojawienie się kompaktowej kasety magnetofonowej, która ujrzała światło dzienne w 1963 r. Jednak dopiero w 1982 r. wprowadzenie płyty CD, wymyślonej w laboratoriach firm Sony i Philips całkowicie zmieniło układ sił. Choć czarne krążki są wciąż obiektem kolekcjonerskim i mają swoich wielbicieli to wszechobecny compact disc wrósł na stałe w nasz krajobraz. Ale jego dni też zdają się być już policzone...

Pierwotnie gramofony, oraz ich odmiana zwana patefonami, pozwalała na odtwarzanie nagrań dźwiękowych z prędkością 78 obrotów na minutę, później pojawiły się płyty, które najlepiej „brzmiały” przy prędkości 45 obr./min., by ostatecznie zwolnić i osiągnąć najpopularniejszą w naszych czasach prędkość 33 1/3 obrotów na minutę. Nie jestem specjalistą, ale zawsze ciekawiło mnie dlaczego właśnie ten standard został rozpowszechniony. Być może powodem był fakt, że im wolniej obracał się płyta, tym dłużej można było słuchać nagranych na niej ulubionych piosenek i melodii...
Na początku XX w., jeszcze w czasach „akustycznego” procesu nagrywania, na polskich ziemiach działało wiele międzynarodowych firm fonograficznych, wśród których pierwsze skrzypce grała amerykańska Gramophone Co., a jej płyty znakowano postacią amorka piszącego na płycie, którego w 1908 r. zastąpił słynny pies Nipper, słuchający z tuby patefonu głosu swego pana. W połowie lat 20-tych XX w. akustyczny proces nagrywania płyt zastąpiła technologia „elektryczna”, która, pomijając oczywiście wiele udoskonaleń i modyfikacji, przetrwała do czasów nam współczesnych. Wśród polskich firm fonograficznych prym wiodła Syrena-Rekord, która później pod nazwą Syrena-Elektro wydała do 1939 r. niezliczoną liczbę nagrań płytowych z najpopularniejszymi wówczas szlagierami muzyki poważnej i rozrywkowej.
W to mi graj! Tyle o zamierzchłej historii. Przenieśmy się w czasy, gdy królował zestaw „Bambino” lub „Mister Hit”, a płyta, zwłaszcza zagranicznego wykonawcy była w naszym kraju prawdziwym rarytasem. Oczywiście ci, którzy nie mieli gramofonu musieli zadowolić się audycjami radiowymi, ale jak jeszcze wielu z Was pamięta, trudno było znaleźć w nich atrakcyjne big-beat'owe, a później rock'owe brzmienia. Czarny krążek ulubionej wokalistki, wokalisty, czy zespołu stał się towarem nieomal kultowym. Może dzisiaj trudno w to uwierzyć, ale zwykły gramofon i kilka dobrych płyt było gwarancją świetnej zabawy. Z racji problemów z dostępem do zagranicznych hitów, polski rynek muzyczny już pod koniec lat 50-tych XX w. mógł zaoferować całkiem pokaźną grupę wykonawców, których repertuar nie zawsze nadążał za światowymi trendami w muzyce.

Życie jednak toczyło się dalej, a nowinki ze „zgniłego zachodu", choć docierające z opóźnieniem wywierały coraz większy wpływ na krajobraz polskiej muzyki. Rodziła się krajowa scena rock-and-roll'owa, big-beat'owa i jazz'owa, pojawiły się festiwale piosenki: międzynarodowy - ze sztandarowym widowiskiem w sopockiej Operze Leśnej i krajowy – w opolskim amfiteatrze. Ponadto w Zielonej Górze na Festiwalu Piosenki Radzieckiej zobaczyć mogliśmy wykonawców szlifujących język naszego Wielkiego Brata, a w nadmorskim Kołobrzegu spotkać się z tak bliską sercu każdego Polaka piosenką żołnierską. Jednym słowem, każdy mógł znaleźć coś dla siebie...
Oczywiście co ciekawsze utwory zaprezentowane w czasie koncertów, znajdowały się później na czarnych krążkach, wydawanych od 1956 r. przez fonograficznego monopolistę – firmę Polskie Nagrania „Muza”. Wreszcie po kilku latach dorobiliśmy się prawdziwych gwiazd, które niejednokrotnie potrafiły zabłysnąć na światowych scenach przez uchylony rąbek żelaznej kurtyny. Wszyscy, i ci młodzi i starsi, pamiętają na pewno znakomite piosenki Ewy Demarczyk – jedna płyta, a tak wiele doznań nawet dzisiaj, po blisko 45 latach. Wszyscy mamy w pamięci Czesława Niemena i jego niepowtarzalny styl, charyzmę, ciągłe muzyczne poszukiwania, na miarę największych światowych sław, czy zespół SBB, który jako jeden z niewielu w latach 70-tych wydawał płyty i koncertował na scenach Niemieckiej Republiki Federalnej. Wielu z nas nigdy nie zapomni piosenek krakowskiego inżyniera architekta – Marek Grechuta i jego Anawa sprawiły, że słowa i muzyka nabrały nowego, nieznanego dotychczas wymiaru... Ale naród domagał się coraz więcej i więcej. Muzyka stała się ucieczką od trudów codziennego życia i szarej rzeczywistości.
Znak czasów
Nowe zespoły rosły jak na drożdżach – Czerwono-Czarni, Niebiesko-Czarni, Polanie, Skaldowie, Trzy Korony, czy wreszcie Czerwone Gitary, w których upatrywano polskiego odpowiednika The Beatles. Wszystko, co muzycznie zgodne było z kierowniczą rolą partii, zapisywano skrzętnie na ebonitowych płytach, ku uciesze socjalistycznego społeczeństwa. Dopiero nadejście kompaktowej kasety magnetofonowej zmieniło życie wielu fanów. Oczywiście magnetofony szpulowe obecne były w domach długo przez nastaniem PRL-u, ale koszt zakupu i trudności w zdobyciu taśmy, predystynowały je raczej do roli urządzeń profesjonalnych i studyjnych. A mała kaseta i prosty magnetofon – np. MK 121 – dokonały prawdziwej rewolucji. Od tej chwili każdy mógł nagrywać to, czego chciał słuchać, a nie to co zostało mu narzucone i ocenzurowane. Kontakty z „zachodem” sprawiły, że coraz więcej czarnych krążków King Crimson'ów, Pink Floyd'ów czy Led Zeppelin'ów trafiało pod polskie strzechy. Wielkie podziękowania w tym miejscu należą się Programowi III Polskiego Radia, który dzięki wysiłkowi dziennikarzy, począwszy od 1 kwietnia 1962 r. prezentował nowe trendy w muzyce i najlepsze światowe zespoły. W 1968 r. na antenie pojawił się słynny „Mini-Max” – audycja prowadzona przez Piotra Kaczkowskiego jest obecna na antenie do dnia dzisiejszego. Nie wiedzieć czemu władze przymykały oczy na tą niesubordynację uznając, być może, te działania za swoisty „wentyl bezpieczeństwa”. Dzisiaj możemy słuchać radia przez Internet, a ulubione utwory w mgnieniu oka „ściągnąć” na swój telefon. Ale czarna winylowa płyta nie zginęła zupełnie. W ostatnim czasie przeżywa swój renesans, choć oczywiście skala tego zjawiska jest mocno ograniczona. Sprawdźcie zresztą sami w dobrym sklepie płytowym, o ile znajdziecie go w swoim najbliższym otoczeniu... My Polacy nigdy nie byliśmy zbyt muzykalni. Zaledwie kilka rytualnych piosenek, a i to ograniczone do wesel, chrzcin i zakrapianych jubileuszów. Repertuar wyczerpuje się szybko, a po kilku „głębszych”, wcześniej lub później, przechodzimy na język rosyjski. Jak widać duch Krajowego Festiwalu Piosenki Radzieckiej jest wciąż obecny i znalazł wśród nas na wiele lat doborowe towarzystwo.
Tomasz Lachowski/ Definition Design


























































