REKLAMA

Inflacja zaczyna zbliżać się do szczytu

Krzysztof Kolany2022-05-25 06:00główny analityk Bankier.pl
publikacja
2022-05-25 06:00
Inflacja zaczyna zbliżać się do szczytu
Inflacja zaczyna zbliżać się do szczytu
fot. Daniel Pach / / Forum

Ze wszystkich stron słyszymy doniesienia o szybko rosnących cenach i jesteśmy straszeni faktycznymi, bądź potencjalnymi, brakami podstawowych towarów. To może być sygnał, że stoimy u progu szczytu inflacyjnych lęków i najwyższych odczytów inflacji CPI w tym cyklu koniunkturalnym.

Ostatnio coraz częściej można przeczytać/usłyszeć, że zabraknąć może węgla, paliw płynnych, gazu ziemnego, żywności, elektroniki… i wielu innych dóbr. Te lęki sprawiają, że ludzie (zarówno konsumenci, jak i przedsiębiorcy) kupują na zapas, dodatkowo nakręcając popyt i (przy sztywnej w krótkim okresie podaży) dodatkowo podbijając ceny.

Niezaprzeczalnym faktem jest, że przeżywamy okres bardzo wysokiej inflacji cenowej w Polsce i w wielu innych krajach świata. Siła nabywcza pieniądza emitowanego przez główne banki centralne spada w tempie niewidzianym od dekad.  W Polsce  inflacja CPI w kwietniu została oszacowana na 12,4%, czyli najwyżej od 24 lat. Ceny podstawowych dóbr (paliw, opału, wielu produktów spożywczych, ale też np. usług medycznych) rosną w dwucyfrowym tempie.  

Ekonomiści spodziewają się inflacyjnego szczytu w miesiącach letnich z roczną dynamiką CPI na poziomach rzędu 14-15%. W kolejnych miesiącach inflacja CPI ma zacząć spadać, co jednak nie oznacza, że spadać będą ceny. Co to, to nie! Ceny będą wciąż będą rosły, tyle że nieco wolniej niż obecnie przynajmniej przez następne kilkanaście miesięcy. Dopiero deflacja – której obecnie chyba nikt się nie spodziewa – oznaczałaby spadek cen, które zapewne już nigdy nie wrócą do poziomów sprzed 2020 roku.

Dlaczego inflacja tak bardzo wzrosła?

Źródeł dzisiejszej galopującej inflacji należy szukać w obłąkanej polityce rządów i banków centralnych prowadzonej po lutym 2020 roku. Narzucona prawie całemu światu polityka lockdownów doprowadziła do najgłębszej zapaści gospodarczej po II wojnie światowej. Rządy zakazały ludziom pracować, prowadzić biznesy, a w skrajnych przypadkach nawet wychodzić z domów. Aby uniknąć buntu, zdecydowano się płacić ludziom za niepracowanie. W tym celu w wielu krajach świata uruchomiono specjalne programy fiskalne (u nas zwane „Tarczą antykryzysową”) zasadniczo sprowadzające się do wypłaty nadzwyczajnych i bezwarunkowych zasiłków (USA, Kanada czy Hiszpania) lub dotowania przedsiębiorstwom pensji niepracujących pracowników (np. Polska, Niemcy).

Bankier.pl na podstawie GUS

Żaden rząd nie miał w skarbcu pieniędzy na te operacje. Tym bardziej, że lockdownowy paraliż gospodarki wyrwał wielką lukę w dochodach podatkowych. Covidowe wypłaty finansowano więc poprzez emisję obligacji i nienotowaną nigdy wcześniej w czasach pokoju ekspansją długu publicznego. Dług ten w znacznej mierze został pokryty „dodrukiem” pieniądza przez banki centralne.

Gdy wreszcie wiosną 2021 ludzi uwolniono z okowów lockdownu, dał o sobie znać odłożony popyt. Konsumenci rzucili się w wir zakazanej do niedawna konsumpcji i zaczęli masowo wydawać zgromadzone wcześniej pieniądze. Zwiększona podaż pieniądza i zdjęcie ograniczeń w tempie jego obiegu zderzyły się z obniżoną na skutek lockdownów podażą dóbr i usług. Firmy, nie mogąc zaspokoić potężnego odroczonego popytu i chcąc sobie odbić koronawirusowe przestoje, zaczęły mocno podnosić ceny.

Na to nałożyła się błędna i mocno spóźniona reakcja bankierów centralnych, którzy przez większość 2021 roku zwlekali z zakończeniem skrajnie ekspansywnej polityki pieniężnej. Zerowe stopy procentowe i potężny „dodruk” pieniądza w Stanach Zjednoczonych obowiązywał aż do marca 2022 roku, a w strefie euro trwa do dziś. To wszystko nakręciło nie tylko bieżącą inflację, ale przede wszystkim oczekiwania inflacyjne konsumentów i producentów. Teraz wszyscy spodziewają się, że będzie jeszcze drożej, więc chętniej wydają pieniądze i łatwiej akceptują rosnące ceny.

W ostatnich miesiącach pojawiła się też groźna spirala cenowo-płacowa. Polega ona na tym, że pracownicy, widząc spadek siły nabywczej swoich płac masowo domagają się podwyżek wynagrodzenia. I często je otrzymują, ponieważ:

  1. pracodawcy nie mają ich kim zastąpić (niskie bezrobocie)
  2. liczą, że zrekompensują sobie wzrost kosztów podwyżkami cen swoich produktów.

W rezultacie szybko rosnącym płacom towarzyszą jeszcze szybciej rosnące ceny (tj. średnio w całej gospodarce, niekoniecznie w indywidualnych przypadkach), przez co realny wzrost wynagrodzeń zbliżył się do zera.

Ceny nie rosną do nieba

Nie jest to więc „zwykła”, cykliczna inflacja, z jaką w Polsce mieliśmy do czynienia przez poprzednie 20 lat (a na świecie przez ponad 30 lat). Jednakże covidowa inflacja także kiedyś przeminie. Owszem, uważam, że podwyższona (tj. wyraźnie przekraczająca 3% rocznie) inflacja pozostanie z nami na lata. Ale inflacja przewyższająca 10% jest po prostu nieakceptowalna w dłuższym terminie, ponieważ prowadzi do powszechnej utraty zaufania do fiducjarnego pieniądza. Na to żaden istotny bank centralny świata nie może sobie pozwolić.

Bankierzy centralni antyinflacyjną krucjatę rozpoczęli dopiero jesienią 2021 roku. Monetarne „gołębie” z miesiąca na miesiąc przypięły sobie jastrzębie piórka i groźnie pohukują, jak to nie będą miały litości dla inflacji. I na razie ostro podnoszą stopy procentowe. W Polsce stopa referencyjna NBP od października wzrosła z 0,11% do 5,25%. I według rynku jeszcze wzrośnie, za kilka miesięcy osiągając poziom przeszło 7%. Jeśli by się tak stało, byłby to najwyższy od 20 lat poziom stóp w NBP. Srogiego zacieśnienia dokonać ma też Rezerwa Federalna, podnosząc stopę funduszy federalnych z niemal zera do ok. 3% w ciągu 9 miesięcy. Tak stromej ścieżki stóp za Atlantykiem nie widzieli od 28 lat.

Wzrost stóp procentowych ma na celu ograniczyć tempo kreacji kredytu (czyli współczesnego pieniądza) oraz zachęcić ludzi do oszczędzania. Jednym słowem: do ograniczenia popytu (przede wszystkim konsumpcyjnego, ale też inwestycyjnego) w celu zrównoważenia gospodarki. Zwykle odbywa się to poprzez recesję, czyli ogólny spadek poziomu aktywności ekonomicznej. Dlatego używając dużego skrótu myślowego, wielu ekonomistów twierdzi (w mojej ocenie nie do końca poprawnie), że za niższą inflację zapłacimy wyższym bezrobociem i wolniejszym wzrostem gospodarczym (lub nawet jego brakiem).

Co się zmieniło w gospodarce?

Te procesy już się rozpoczęły, choć jeszcze nie widać ich tak dokładnie. Po pierwsze, osłabienie popytu powoli zaczyna być widać na rynkach surowcowych. Poza gazem ziemnym, paliwami i niektórymi płodami rolnymi (gdzie dochodzi kwestia ograniczenia dostaw z Rosji) od kilku miesięcy obserwujemy spadki cen. Dotyczy to zwłaszcza wrażliwych na koniunkturę gospodarczą metali przemysłowych. Miedź przez ostatni miesiąc potaniała o ponad 11%, ruda żelaza o 18%, a pallad aż o 18%. Dodajmy do tego, że w tym samym czasie notowania niklu spadły o 22%, aluminium o 14%, a cynku o 20%. Owszem, spadły z bardzo wysokich (czasem wręcz rekordowych) poziomów, ale to nie zmienia faktu, że rynek dziś zupełnie inaczej ocenia perspektywy bilansu tych surowców w ciągu następnych kilku miesięcy.

Po drugie, widać już rysujące się tendencje recesyjne. Wskaźniki aktywności w przemyśle (ISM/PMI) maleją już od roku, a na wysokich poziomach utrzymują je głównie wyniesione w stratosferę subindeksy cen i kosztów.

Silna inflacja powoli wykańcza też konsumentów. Widać to zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych, gdzie nastroje gospodarstw domowych są najniższe od ponad dekady, stopa oszczędności spadła do przedcovidowych (czytaj: niskich) poziomów, realne zarobki spadają, rośnie za to zadłużenie z tytułu kredytów konsumpcyjnych.

Potwierdzeniem tezy o kapitulacji amerykańskiego konsumenta są niedawne wyniki wielkich sieci handlowych: zarówno Walmart, jak i Target przyznały, że nie są już w stanie przerzucać rosnących kosztów na klientów. Ci ostatni coraz więcej gotówki muszą przeznaczać na zakup dóbr pierwszej potrzeby (żywność, paliwa, energia, etc.) i coraz mniej im zostaje na zakup wysokomarżowych dóbr wyższego rzędu.

W Polsce do ograniczenia konsumpcji poprzez wyższe ceny dojdzie efekt znacząco wyższych stóp procentowych, z jednej strony redukujący dochody do dyspozycji zadłużonych gospodarstw domowych, z drugiej zwiększający skłonność do oszczędzania (też kosztem bieżącej konsumpcji) oraz zniechęcający do brania nowych kredytów.

Po trzecie, przez ostatnie kilka miesięcy wiele dóbr było kupowanych na zapas, co widać było w statystykach polskiego i amerykańskiego PKB już w IV kwartale 2021 r. Gdy ten „zapobiegawczy” popyt wyschnie, dostawcy będą musieli obniżyć ceny. To może być np. casus Ekogroszku, który teraz (w maju!) kupowany jest z myślą o przyszłorocznej zimie.

Nie lekceważ potęgi stóp procentowych!

Z podnoszeniem stóp procentowych jest trochę tak, jak z szarpaniem za wąsy śpiącego lwa. Dopóki futrzak się nie obudzi, zabawa może być śmieszna. Ale gdy lew się zdenerwuje, los żartownisia może być marny. Gdy bank centralny zaczyna podnosić stopy procentowe, reakcja gospodarki początkowo jest żadna. Potem po cichu się nasila. Aż w pewnym momencie wszystko zaczyna dziać się bardzo szybko: spada konsumpcja, cięte są inwestycje, rosną oszczędności. Czyli może pojawić się recesja, której nikt nie spodziewał się na początku cyklu podwyżek.

mBank

Tak może być i tym razem. Wszyscy patrzą we wsteczne lusterko, jakim są publikowane co miesiąc dane makroekonomiczne. Rzeczywistość w czasie teraźniejszym jest dla nas niewyraźna i niepewna, a przewidywanie przyszłości przypomina wróżenie z fusów. Lecz historia uczy nas, że pewne schematy są do bólu powtarzalne, choć nie zawsze w ten sam sposób (nie wiadomo też który historyczny schemat sprawdzi się w bieżącym cyklu). Jednakże natura cyklu koniunkturalnego jest niebłagana. Po każdym boomie przychodzi spowolnienie, a czasami także recesja. I tak też będzie tym razem. Pytanie tylko, czy spowolnienie/recesja będzie wystarczająco mocne, aby przełamać siły inflacyjne, które przez ostatnie lata były tak ochoczo stymulowane przez bankierów centralnych.

Nie znam odpowiedzi na to pytanie. Ale widzę, co zaczyna robić rynek. Oprócz wyhamowania hossy w sektorze surowcowym, mamy już ewidentną bessę na rynkach akcji, która zwykle poprzedza recesję lub przynajmniej poważne ochłodzenie koniunktury w gospodarce. Mieliśmy inwersję krzywej dochodowości w Stanach Zjednoczonych i w Polsce (link). I wreszcie od kilkunastu dni obserwujemy zmiany na rynku długu, które sugerują (choć tu bym jeszcze nie przesądzał), że cykl podwyżek stóp procentowych w Polsce powoli dobiega końca.

Jeszcze 10 maja polskie obligacje skarbowe były notowane przy rentownościach powyżej 7% . W chwili pisania tego artykułu było to już „tylko” 6,56%. Dochodowość papierów 2-letnich w tym samym czasie obniżyła się z niemal 7% do 6,25%. Podobne zmiany zaobserwowano na rynku stopy procentowej. Kontrakty FRA 6x9 jeszcze na początku maja kazały się spodziewać wzrostu stóp procentowych w Polsce w okolice 7,9%. Teraz już tylko do 7,25%. Podobnie w przypadku stawek Wibor.

Wibor 3M rósł bardzo dynamicznie do 5 maja, kiedy to RPP rozczarowała mniejszą od oczekiwań podwyżką stóp procentowych. Między 6 października a 5 maja Wibor 3M poszedł w górę aż o 609 punktów bazowych. Od tego czasu wzrósł już tylko o 14 pb. To może być sygnał, że rynek międzybankowy spodziewa się, że w perspektywie najbliższych miesięcy stopa referencyjna NBP zatrzyma się na poziomie ok. 7%. Bank centralny zwykle podnosi stopy procentowe tylko tak długo, jak widzi rosnącą inflację CPI. Zresztą to samo wprost powiedział na majowej konferencji prasowej prezes NBP Adam Glapiński.

- Prezes NBP zapowiedział, że Rada będzie w kolejnych miesiącach nadal podnosić stopy procentowe. "Aż do momentu, gdy osiągniemy pewność, że trwale się ona obniżyła" - dodał. Jeśli więc po oczekiwanych przez rynek podwyżkach stóp w czerwcu i lipcu we wrześniu RPP zobaczy stabilizację inflacji CPI (nawet jeśli będzie to stabilizacja na bardzo wysokim poziomie), to stopy podnoszone już raczej nie będą. Wydaje się, że właśnie taki scenariusz jest teraz obstawiany.

Do trzech razy sztuka?

Proszę mieć świadomość, że to tylko moje przewidywania i przypuszczenia. Rzeczywistość tylko w ciągu ostatnich 12 miesięcy bezwstydnie zakpiła z tych ekonomistów, którzy przepowiadali inflacyjną górkę „już za chwilę”. Szczyt inflacji miał nastąpić w lecie 2021 roku. Nie nastąpił. Później mówiono, że wypadnie on w styczniu 2022. Też się nie udało. Teraz mowa jest o okresie lipiec-wrzesień 2022. Czy tym razem się uda?

Może tak, a może nie. Jeśli nie spotka nas jakiś kolejny szok (np. nowa wojna, rewolucja, epidemia, etc.), to szanse na inflacyjny pik w perspektywie kolejnych 4-6 miesięcy oceniam jako dość wysokie.

Warto jednak mieć świadomość dwóch rzeczy. Po pierwsze, zjazdowi inflacji najprawdopodobniej będzie towarzyszyło zdecydowane pogorszenie koniunktury gospodarczej i pogłębienie bessy na rynkach akcji. Po drugie, w Polsce inflacja CPI raczej nie powróci do 2,5-procentowego celu NBP, tylko na długi czas ustabilizuje się na wyraźnie podwyższonym poziomie. Czyli że ceny będą rosły wolniej niż teraz, ale przy znacznie gorszym otoczeniu makroekonomicznym. Przynajmniej przez jakiś czas.

Źródło:
Krzysztof Kolany
Krzysztof Kolany
główny analityk Bankier.pl

Analityk rynków finansowych i gospodarki. W zakresie jego zainteresowań leżą zarówno Giełda Papierów Wartościowych w Warszawie, jak i rynki zagraniczne: Nowy Jork, Londyn i Frankfurt. Specjalizuje się w rynkach metali szlachetnych oraz monitoruje politykę najważniejszych banków centralnych. Analizuje wpływ sytuacji gospodarczej na notowania akcji, kursy par walutowych i ceny surowców. Jest trzykrotnym laureatem organizowanego przez NBP prestiżowego konkursu im. W. Grabskiego dla dziennikarzy ekonomicznych w kategoriach dziennikarstwo internetowe (2010) oraz polityka pieniężna i stabilność finansowa (2018 i 2019). Otrzymał także tytuł Herosa Rynku Kapitałowego 2016 przyznawany przez Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych. Tel.: 697 660 684

Tematy
Otwórz konto, które samo oszczędza na 6,5% i zgarnij nawet 450 zł

Otwórz konto, które samo oszczędza na 6,5% i zgarnij nawet 450 zł

Komentarze (82)

dodaj komentarz
nasch_tschalnik
W Szwajcarii nie było i nie ma rozdawnictwa pustych pieniędzy i mimo pandemii, wojny, zerwanych łańcuchów dostaw inflacja jest niska. Zaledwie 2%, ale szwajcarski prezes SNB już przy tym poziomie inflacji zapowiedział szybka podwyżkę stóp procentowych. Prezez NBP Glapiński spał przy poziomie 5% inflacji przed pandemia i 7% po pandemii.W Szwajcarii nie było i nie ma rozdawnictwa pustych pieniędzy i mimo pandemii, wojny, zerwanych łańcuchów dostaw inflacja jest niska. Zaledwie 2%, ale szwajcarski prezes SNB już przy tym poziomie inflacji zapowiedział szybka podwyżkę stóp procentowych. Prezez NBP Glapiński spał przy poziomie 5% inflacji przed pandemia i 7% po pandemii. Zapowiadał deflację. Oto dlaczego w Polsce rozkręca się hiperinflacja. Jej źródła są wewnętrzne, a nie zewnętrzne.
wilanow
Jaszczempie robiom co niemogom.
Wystarczy zamknąć natychmiast wszystkie programy typu "zapomoga", "wspomoga", "dofinans", "darowizna", "XXX plus". Zwiększyć rezerwy obowiązkowe banków do 20%.
Chyba, że nie tylko w pier.....niku ustrojowym ale i w finansowym pisuary muszą
Jaszczempie robiom co niemogom.
Wystarczy zamknąć natychmiast wszystkie programy typu "zapomoga", "wspomoga", "dofinans", "darowizna", "XXX plus". Zwiększyć rezerwy obowiązkowe banków do 20%.
Chyba, że nie tylko w pier.....niku ustrojowym ale i w finansowym pisuary muszą być najlepsze i osiągać najwyższe wartości, także inflacji.
and00
Super pomysł
PKB -15%, bezrobocie 20%, że o realnych dochodach nie wspomnę
A inflacja i tak będzie bo ropa ani żywność, frachty z Azji czy gaz od tego nie stanieje
socjalistyczneg
A może Pinkio bierze przykład ze świetnego alpinisty Erdogana ?
socjalistyczneg
W Wenezueli doszli do szczytu...?
Czy, to ostatnia baza przed atakiem na szczyt?
W Polsce to na razie...! Poobiedni spacerek po Krupówkach...
pisflacja
Kochani, ja się dopiero rozkręcam. Także nie rozchodźcie się, będzie na co popatrzeć.
godojoshi
pytanie jakiego szczytu, którego...bo generalnie to zadłużonym po uszy państwom jest na rękę posiadanie znacznej inflacji, bo dług wtedy podlega dewaluacji...pomijam fakt, że niektóre socjalistyczne rządy jak nasz walą w rynek pustym pieniądzem zwiększająć jeszcze mocniej swój deficyt
andriej_duda
inflacja zaczyna zbliżać się do szczytu...JESTEŚMY CORAZ BLIŻEJ PRAWDY!

mówi wam to co? XD
nasch_tschalnik
Czemu w krajach, gdzie nie ma i nie było rozdawnictwa pieniędzy dla wyborczej patologii, nie ma lub jest tylko śladowa inflacja (np. w Szwajcarii)? Czy tam o pandemii i wojnie nie słyszeli? Im ceny gazu i benzyny nie są straszne?

Powiązane: Gospodarka i dane makroekonomiczne

Polecane

Najnowsze

Popularne

Ważne linki