REKLAMA

Gwałcę tekst

2007-08-17 15:01
publikacja
2007-08-17 15:01
Rozmowa z Mariuszem Szczygłem, reporterem, zastępcą szefa działu reportażu „Gazety Wyborczej”

Po co uczy Pan studentów ginącego gatunku prasowego?

Dlaczego ginącego?

Telewizja zabija reportaż prasowy. Po co czytać opis czegoś, co można obejrzeć?

Telewizja zabiła reportaż podróżniczy. Jeśli taki tekst nie jest dziś na poziomie Ryszarda Kapuścińskiego, jeśli nie ma w nim jakiejś niezwykłej refleksji filozoficznej, społecznej albo historycznej, to pisanie go jest bez sensu. Ja piszę przeważnie reportaże historyczne, momentami psychologiczne, i tu z telewizją nie konkuruję.

Tylko która gazeta, oprócz „Wyborczej”, w ogóle drukuje dziś takie reportaże?

„Polityka”, „Tygodnik Powszechny”... Sporo gazet chciałoby takie teksty zamieszczać, tylko ich na to nie stać. To drogi gatunek. Jednak wielu dziennikarzy garnie się do pisania reportaży - dziennie dostajemy po dziesięć tekstów z miasta z prośbą o wydrukowanie w „Dużym Formacie”. Dopóki ktoś będzie chciał pisać teksty zaczynające się od: „Zdarzyło się to rok po tamtym. Znaleziono kość”, gatunek reportaż się utrzyma. To pierwsze zdanie z ostatniego reportażu Wojciecha Tochmana.

Potrzebni są jeszcze chętni do czytania takich tekstów.

Ludzie zawsze będą chcieli obcować z drugim człowiekiem, a reportaż daje czytelnikowi możliwość głębszego kontaktu niż kamera. Po opublikowaniu naszych tekstów na forum Gazeta.pl padają rekordy, bo zawsze reportaże są pierwsze w dziale „Najczęściej czytane/najczęściej wysyłane”. Z badań nam kiedyś wyszło, że po pierwszej stronie „Gazety” mamy w „Dużym Formacie” najwyższy procent tekstów przeczytanych przez czytelnika do końca. Mój reportaż o Tomášu Bacie, czeskim założycielu imperium obuwniczego, który stworzył kontrolowane przez siebie miasto, liczył 24 strony maszynopisu - i czytelnicy jakoś przez niego przebrnęli. Nie będę przesadnie skromny: wiem, że umiem zatrzymać czytelnika. Nauczyłem się też, jak pisać, żeby tekst, który nie ma nic wspólnego z kryminałem, czytało się jak kryminał.

Jednego z reportażystów „Polityki” zapytał Pan, ile czasu poświęca na napisanie reportażu. Odpowiedział, że dwa tygodnie. „Oj, to mało. Ja potrzebuję miesiąca na zebranie materiału, miesiąca na przemyślenie i miesiąca na pisanie” - powiedział mu Pan. Innym dziennikarzom redakcje nie dają tyle czasu.

To jest oczywiście stan idealny i zdarza się raz na kilka lat. Są teksty, które muszą powstać w trzy dni - wtedy ich pisanie to nie wypiek delicji, lecz przyzwoitego kawałka chleba. Średnio w dziale reportażu „Gazety” tekst powstaje w dwa tygodnie - tydzień zbierania, tydzień pisania. Ale czasami pozwalamy dłużej. Bo na przykład Anna Fostakowska potrafi tak napisać tekst o jakimś problemie społecznym - bezdzietności lub o biciu dzieci - że z jednej strony jest to reportaż opisujący przeżycia ludzi, ale z drugiej esej socjologiczny. Ona potrafi tak żonglować obrazkami, że powstaje coś więcej niż reportaż. Tylko na to trzeba czasu.

Skąd pewność, że w „Gazecie” zawsze będzie ten czas? Były reportażysta „Wyborczej” stwierdził, że „Duży Format” jest jak PGR - coś tam produkuje, jakoś egzystuje, ale jest niedochodowy. W takiej formie jak obecnie, bez wsparcia „Gazety”, zginie.

On „Duży Format” porównuje z PGR-em, a ja z Teatrem Wielkim. Wszystkie gospodarki rynkowe, łącznie z amerykańską, utrzymują opery i teatry, mimo że przecież do dochodowych nie należą. Do czegoś są jednak potrzebne.

W „Gazecie” wciąż są fanatycy reportażu. Adam i Helena zawsze powtarzają: „Z tego jesteśmy dumni, nie zmieniajcie się”. Teraz nowe pokolenie w redakcji doszło do głosu - zapytali nas, czy w codziennej gazecie mógłby być reportaż, bo to jednak charakteryzuje „Wyborczą”. Ideałem byłoby, żeby w dziale newsowym pokazywać politykę tak jak na przykład w „Independent” - wchodzi w życie jakaś nowa ustawa, przepis, a oni pokazują to przez konkretnego człowieka, jak to wpłynie na jego życie.

Reporterzy „Dużego Formatu” mówią, że żyją z akcji Agory, a nie z pensji. Pisanie reportaży muszą traktować jako hobby, a nie źródło utrzymania.

Kupiłem mieszkanie za napisanie dla „Gazety” dziesięciu reportaży z Czech. Nie oznacza to, że moje honoraria były tak duże, ale przez trzy lata za owe teksty dostawałem punkty, dzięki którym znalazłem się na tak zwanej liście wybitnych. To lista 25 wyróżniających się w danym roku dziennikarzy „Gazety”. Za to dostałem akcje, a za ich udaną sprzedaż kupiłem mieszkanie. Uważam, że stawki za reportaże są u nas rewelacyjne. Za cover story w „Dużym Formacie” i w „Wysokich Obcasach” o objętości od 18 do 27 tysięcy znaków, wymagający miesięcznego nakładu pracy, naszemu autorowi płacimy - powiem, bo i tak jest to znane w środowisku - od około dwóch do siedmiu tysięcy złotych netto.

Ile cover story może napisać reporter w roku?

Maksymalnie dziesięć.

Pan napisał w tym roku dopiero dwa teksty.

Piszę rzadko, od trzech lat głównie redaguję. Przez wakacje codziennie w „Gazecie” zamieszczamy minireportaże w cyklu „Witamy w Polsce” i staram się tej działki trochę pilnować.

To w związku z nimi napisał Pan do dziennikarzy w regionalnych oddziałach: „Teksty mają podstawowe wady: a) są piekielnie nudne, b) nie mają żadnych żywych bohaterów, c) są rozszerzonymi newsami”? Tylko kto ma uczyć reportażu dziennikarzy w oddziałach?

Jeśli ktoś ma dryg - bo nie każdy może pisać reportaże - to chętnie pomagam. Reporterem może być jeden dziennikarz na stu. Trudno jest pisać pięknie, nie podkoloryzować, nie zmyślać, ale używać literackiej formy. Trzeba mieć zdolność zapamiętywania szczegółów. Zdolność ich kojarzenia, a czasami umiejętność odległych skojarzeń, żeby reportaż miał chociaż troszeczkę artystyczny, ponadczasowy charakter. Napisałem tekst o Egonie Bondym, czeskim filozofie, który zasnął z papierosem i spalił się we własnym łóżku. Jeden z czeskich portali internetowych poinformował o okolicznościach śmierci i o tym, że Bondy był alterglobalistą, nie miał telewizora, komórki, telefonu, gardził wszystkimi dobrami cywilizacji i konsumpcjonizmem. Wie pan, jakie pod tą notką pojawiły się linki? „Łóżka online”, „Wspaniały wybór łóżek”, „Szukasz łóżka czy materaca?”. To była puenta mojego reportażu. Przeczytała to koleżanka czeskojęzyczna i powiedziała: „Cholera, też to czytałam i nie skojarzyłam, że przy jego życiorysie były takie linki”. A na tym polega bycie reportażystą.

Młodzi ludzie w oddziałach są tak wciągnięci w robotę newsową, że do głowy im nie przychodzi, że tekst reportażowy musi uwieść czytelnika. Hanna Krall, gdy uczyła mnie reportażu, poprawiała każde zdanie. I słusznie. Jestem za takim gwałtem na początkujących autorach, jeśli chodzi o naukę reportażu.

Tak Pan redaguje?

Pierwszy raz tak pokazuję. Potem autor musi sobie poradzić. Za pierwszym razem dobrze jest tekst zmasakrować. Gdy dwudziestoletni autor mówi, że nie pozwalam mu rozwinąć osobowości, odpowiadam, że kiedy złapie prawidła, które mu narzucam, wtedy będzie mógł rozwijać osobowość. Z drugiej strony zawsze staram się tak gwałcić, żeby autor myślał, iż sam się oddał. W każdym tekście znajdzie się jakieś pozytywy, zawsze zaczynam od tego, co w nim dobre. Zresztą, gdy pisze się reportaż, wystarczy się trzymać prostych zasad.

Jakich?

Zapytano wielkiego czeskiego fotografa XX wieku Josefa Sudka, jak on to robi, że wychodzą mu tak dobre zdjęcia? Odpowiedział, że każde zdjęcie musi być zaskoczeniem. Tak samo w reportażu. Każdy nowy akapit musi zaskoczyć. Każdy rozdzialik kończyć się jakąś puentą. Nie można wszystkiego zdradzać na początku. Lubię sączyć, rzucać urywkami, żeby przyciągnąć czytelnika. Z zebranego materiału wykorzystuję 20 procent. Jednym z podstawowych błędów młodych dziennikarzy jest to, że zbierają mało i piszą wszystko, co wiedzą. Nie można się zadowalać pierwszymi rozmówcami i pierwszymi wypowiedziami.

Prosiłem autora, żeby dogadał się z firmą Durex i dzwonił do opiekunów kolonii letnich, proponując im darmowe prezerwatywy. Zadzwonił do jednych i okazało się, że nie mają nic ciekawego do powiedzenia. Powinien zadzwonić do dziesięciu, a opisać trzech. Oczywiście, można potem streścić, co powiedziało siedmiu pozostałych. Ten młody autor napisał tekst, zaczynając go jakoś tak: „Wakacje to czas inicjacji erotycznej wśród nastolatków. Brak kontroli rodziców sprzyja życiu erotycznemu”. Idealny początek tekstu do taniej prasy kobiecej. A wystarczyło zacząć: „Dzień dobry, czy na państwa koloniach można rozdać dzieciom prezerwatywy?”. I już każdy chce to czytać.

Albo inny przykład. Koleżanka napisała tekst o studencie szkoły plastycznej, który wracał z pracy wakacyjnej we Włoszech, znalazł się na dworcu w Opolu, w pewnym momencie stracił przytomność i - obudził się bez nóg. Nie wiadomo, jak to się stało, prawdopodobnie ktoś go uderzył i położył na torach. Rzecz straszna. A tekst nie był wciągający.

Zaproponowaliśmy autorce: „Napisz jego pamiętnik. On się budzi i zaczyna notować”. „Jak ja mogę napisać JEGO pamiętnik?!” - wzbraniała się. „Możesz. Wszystko, co wiesz, napisz w pierwszej osobie. Pokaż mu to potem albo niech wcześniej ci da jakieś zapiski, żebyś zobaczyła, jak pisze, żeby zachować jego styl”. Udało się. Tekst zrobił wielkie wrażenie, wygrała nim ogólnopolski konkurs. To było świeże. Czytelnik obcował z bohaterem bez pośrednika. Czasem reporter musi się schować.

Może kolegom brak wzorców? Pan miał Hannę Krall, Małgorzatę Szejnert...

W tekstach młodych dziennikarzy widać, że przejmują wzorce pisania z prasy kobiecej. Banalne, oklepane sformułowania sprawiają, że czytelnicy mają poczucie bezpieczeństwa, są w swoim świecie, nic ich nie przerasta. W dobrym reportażu autor musi iść krok przed czytelnikiem, który nie może mieć tego poczucia bezpieczeństwa.

Dlaczego nie piszą „dzieci”, tylko „latorośle”? Nie piszą „psy i koty”, tylko „czworonogi”? Nie „umarł”, tylko „zgasł”?

Szejnert i Krall uczyły, jak pisać głębiej. Ale sam dochodziłem do tego, jaką znaleźć formę. Wielkość tych redaktorek polegała jednak na tym, że oprócz tego, iż zastanawialiśmy się, jak coś napisać, to one zawsze młodemu autorowi do tematu dodawały dwa zdania nadbudowy: po co należy to napisać, co tym tekstem chcemy powiedzieć. Wyposażony w to przeświadczenie już inaczej zbierałem materiał.

W jednym z reportaży w książce „Gottland” porównuje Pan opisanie przez czeski tabloid „Blesk” historii Heleny Vondráčkovej i przerwanej przez nią ciąży do metod inwigilacji stosowanych przez SB. Nie przesadził Pan?

Tekst w „Blesku” nie złamał życia Vondráčkovej, ale nadwerężył zdrowie i w jakiś sposób ją poniżył. Skojarzyło mi się to z metodami esbeckimi w kontekście poprzedniego tekstu w książce, w którym opisuję, jak czeska służba bezpieczeństwa wbrew woli pisarza ujawniła jego prywatne rozmowy z przyjacielem filozofem, emitując je w telewizji. To doprowadziło pisarza do śmierci. Ten tekst o Vondráčkovej odebrałem jako deptanie ludzkiej godności. To, że dziś nie ma fali samobójstw z powodu publikacji tabloidów, nie oznacza, że nie niszczą one komuś życia. Powtarzam studentom: „Macie pisać tak, żeby nie nudzić, ale ważniejsze jest, żeby pisać tak, żeby nie krzywdzić opisywanego”.

Pan nigdy nie skrzywdził tekstem żadnego ze swoich bohaterów?

Wydaje mi się, że nie. Chociaż... jeden bohater czuł się skrzywdzony. Rozumiem go. Otóż emeryt, działkowiec z małego miasteczka, wymyślił nowy ustrój, który nazwał realizmem, i napisał o nim książkę. A ja pisałem reportaż o nowym zjawisku na początku lat 90., o wydawaniu książek własnym sumptem. Ten emeryt chciał być traktowany jako filozof i poważny twórca ustroju. Dałem jego książkę do oceny firmie consultingowej zajmującej się oceną projektów dla partii politycznych. Zdruzgotali ten realizm.

Gdy zbierałem materiał, pytałem go, kiedy, jak wpadał na pomysły, co wtedy robił. Napisałem: „System sądowniczy wymyślił przy podwiązywaniu pomidorów” - i dalej szło w tej stylistyce. Fotograf pojechał zrobić panu zdjęcie i pokazał mu maszynopis. Ten człowiek strasznie się obraził. Napisał list, że nie zgadza się z ani jednym zdaniem. Zamieściliśmy więc pod tekstem wyjaśnienie, że bohater się nie zgadza z moją wizją jego osoby.

Czasem jest bowiem tak, że opisywany nie zdaje sobie sprawy, że wchodzi w układ z reporterem i w jakiś sposób oddaje mu swoje życie.

Czy tego, co zrobił „Blesk”, nie robił Pan znacznie wcześniej, prowadząc w Polsacie „Na każdy temat”? Po prostu tabloidy poszły dziś dalej.

Tabloidy piszą o życiu prywatnym ludzi wbrew ich woli, a do mojego programu przychodzili ci, którzy sami chcieli się z czegoś zwierzyć. Nikt ich nie ciągnął na siłę. Udział nie był płatny, poza zwrotem kosztów podróży i jakąś symboliczną kwotą 50 złotych na obiad w Warszawie. Zdarzało się, że ludzie mówili o swoich bliskich i powstawał problem, jak nie zaszkodzić ich rodzinom naszym programem. Ciekawe było to, że ludzie godzili się, a nawet chcieli pokazywać twarze, ale czasem nie chcieli ujawniać nazwisk - nie każdy przecież wie, jak wygląda matka ucznia w szkole, chociaż zna się jego nazwisko.

I nie kusiło Pana, żeby bohaterów „Na każdy temat” uczynić bohaterami reportaży?

Z wielu skorzystali moi koledzy. Ja tylko napisałem „Reality” o pani Turek, która notowała każdą czynność wykonaną w życiu. Wystąpiła u nas jej córka. To była jedyna historia z telewizji, którą przeniosłem na papier.

Gdy prowadziłem „Na każdy temat”, często nie ujawnialiśmy czegoś smakowitego kosztem efektu, jeżeli ta osoba mogłaby mieć kłopoty. Jeżeli chodzi o reportaż - dopuszczam umówienie się z bohaterem tekstu i stworzenie bohatera alternatywnego, któremu dajemy jego historię. Dzielimy bohatera na dwie osoby. Ta druga, wykreowana, przejmuje to, co mogłoby rozmówcy zaszkodzić.

Jak to się ma do stuprocentowej prawdy w reportażu?

To jest tylko kłamstwo formy, jak mówi Małgorzata Szejnert. Nie opisujemy przecież zdarzenia, które nie miało miejsca. Chęć nieszkodzenia człowiekowi usprawiedliwia to. To tak jak z fotografią - jest prawda i prawda upozowana.

Inną kategorią są oczywiście reportaże o politykach. O ile ulitowałbym się nad Vondráčkovą, o tyle nad politykami już nie. Jeżeli pan prezydent Czech Václav Klaus bije żonę, należy to ujawnić. Jeżeli prezydentowa Klausova usunęła kiedyś ciążę, nie należy o tym pisać. Lecz jeśli jej mąż głośno protestuje przeciwko aborcji, trzeba się zastanowić, czy aby tego nie ujawnić.

Miałem taką przygodę w związku z reportażem o czeskim pisarzu, który wyrzekł się po wojnie tożsamości, zmienił nazwisko, miał przeszłość przedwojenną, którą chciał ukryć, i życiorys powojenny, komunistyczny. Nawet w słownikach literackich występował jako dwie osoby. Zmarł, zapomniany, 20 lat temu, rodzina była zachwycona, że o nim piszę. Po przejrzeniu archiwów dowiedziałem się, jakie podłości miał na sumieniu, włącznie z ludzkim życiem. Rozmawiałem z jego córkami i one jeszcze nie wiedziały tego, co ja. Bałem się im powiedzieć, że będą mnie szantażować, żebym nie pisał itp. Ale zaryzykowałem: ujawniłem przed córką jedną niegodziwość. Powiedziała: „Niech mi pan już nic więcej nie mówi, ja mam już myślenia na miesiąc”. Kiedy napisałem tekst, dałem go do przetłumaczenia i wysłałem do Pragi. Co by było, gdyby córki napisały, że nie życzą sobie publikacji? Nie wiem. Jednak odpisały, że „wskrzesiłem ich tatę w jego całej życiowej tragedii”. Zrozumiały, że ja zrozumiałem ich ojca. To jest to, co reporterzy powinni robić. Mają zrozumieć. Ale to nie znaczy usprawiedliwiać, oceniać, osądzać albo ferować wyroki. Mówię oczywiście o reportażu idealnym.

Nie ma czegoś takiego w praktyce.

Nie ma. Nie ma nawet obiektywnego reportażu, wszystko jest przetworzone przez pamięć bohatera i reportera. Pisałem o aktorce Lidzie Baarovej, kochance Goebbelsa. Przeczytałem wszystkie książki na jej temat, rozmawiałem z jej znajomymi i w końcu nie wiedziałem, co było prawdą, a co nie. Sama Baarova podczas dziesięciu przesłuchań z dziesięć razy zmieniała zeznania. Ponieważ ważniejsze w tekście było to, żeby przez jej postawę pokazać zachowania Czechów podczas okupacji, w pewnym momencie napisałem: „Od tego momentu większość tego, co wiemy o Lidzie Baarovej, należałoby opatrzyć pierwszym zdaniem z Rzeźni numer pięć Kurta Vonneguta: Wszystko to wydarzyło się mniej więcej naprawdę”.

Wybór Czech to ucieczka przed niemożnością pisania reportaży w Polsce po przygodzie z telewizją?

Kiedy skończyłem pracę w telewizji, zastanawiałem się, czy w ogóle mogę wrócić do reportaży. Wydawało mi się, że do tamtego pisania o Polsce nie mogę, bo uprawiałem rodzaj reportażu lekko satyryzującego. Przypadkiem nadarzyła się okazja wyjazdu do Czech - i udało mi się o nich pisać na poważnie.

Zaczyna Pan rozmowę z bohaterem pytaniem, które ma mu sprawić przyjemność. Jakim Pan kończy?

Najtrudniejszym. Choć czasem to pytanie jest tak trudne, że zadaję jeszcze jedno, żeby nie zostawić po sobie przykrego wrażenia, no i zostawić sobie furtkę.

A jeśli bohaterowie kłamią?

Nieraz mam takie wrażenie. Pytam wtedy, czy jest jeszcze ktoś, kto to widział, i proszę o kontakt: „Może siostra to lepiej zapamiętała?”.

Poza tym mam tak jak porucznik Columbo: jeszcze coś mi się przypomniało, jeszcze dzwonię o coś dopytać. Koleżanka z działu, Teresa Torańska, po tygodniu od niechcenia pyta rozmówcę jeszcze raz o to samo, żeby sprawdzić, czy nie mija się z prawdą. Choć ja zawsze się boję, że gdy zadzwonię po raz piąty, bohater wreszcie poprosi o autoryzację. A nie ma nic gorszego dla reportażu.

Rozmawiał Andrzej Klim
Źródło:

Do pobrania

gwalcetekst250jpggwalcetekst250jpg
Tematy
Indywidualna opieka Doradcy, kursy walut Premium, ochrona przed cyber przestępcami.

Indywidualna opieka Doradcy, kursy walut Premium, ochrona przed cyber przestępcami.

Advertisement

Komentarze (0)

dodaj komentarz

Powiązane

Polecane

Najnowsze

Popularne

Ważne linki