Groundhopperzy. Objeżdżają Polskę, żeby zobaczyć 100 meczów w rok

W Polsce rośnie grupa zapaleńców, która każdy weekend spędza na stadionach. Nie kibicują oni jednak konkretnej drużynie, a jeżdżą po całym kraju, zaliczając kolejne mecze. Dlaczego zamiast odpoczynku po długim tygodniu w domu, wybierają deszczowe spotkanie czwartej ligi na drugim końcu Polski? Poznajcie groundhopperów.

W piątek po pracy wsiadam w pociąg z Wrocławia do Gdyni, nocuję u znajomych i rano ruszamy w kierunku Olsztyna. Po szybkim zwiedzaniu miasta idziemy na spotkanie Stomilu z Wartą. Nie kibicujemy żadnej drużynie, ale jest to nasz setny mecz w roku, więc wymyśliliśmy sobie, że nazwa Stomil świetnie na tę okazję pasuje. Wracając, zahaczamy jeszcze o Elbląg i Olimpię – szkoda nie wpaść, będąc już tak daleko od domu – w niedzielę zaś B-klasę i „okręgówkę” w Redzie oraz Ekstraklasę w Gdańsku. Na liczniku pięć meczów, można wracać do Wrocławia, to był udany weekend.

Takie historie w świecie groundhopperów to nic zaskakującego. W Polsce utarło się, że kibic siedzi na stadionie, bo gra jego drużyna. W stadionowym słowniku wyróżnia się m.in. chuliganów, ultrasów, szalikowców, pikników, na trybunach w niższych ligach większą rolę odrywają zaś znajomi i sąsiedzi. Wszystkie te grupy mocno się różnią, mają jednak ważną cechę wspólną: ze stadionu w pełni ukontentowane wychodzą tylko wówczas, gdy wygra jedna konkretna drużyna. Ta, której kibicują. Groundhoppera wynik jednak nie obchodzi. Owszem, zależy mu na emocjach, potrafi jednak jechać na drugi koniec Polski, by zobaczyć dwie drużyny, z którymi kompletnie nic go nie wiąże.

Zrobienie dobrych zdjęć, zwiedzenie ciekawego kawałka Polski, doświadczenie atmosfery trybun i zapoznanie się ze stadionową kuchnią - dla wielu groundhopperów to główne wyznaczniki udanego wyjazdu na mecz
Zrobienie dobrych zdjęć, zwiedzenie ciekawego kawałka Polski, doświadczenie atmosfery trybun i zapoznanie się ze stadionową kuchnią - dla wielu groundhopperów to główne wyznaczniki udanego wyjazdu na mecz (Bankier.pl)

– Życie bez meczów właściwie nie istnieje. Jeżdżę co tydzień, w weekendy, po zajęciach, po pracy, w wakacje, ferie i urlopy, sam lub ekipą, kreśląc zawczasu dokładny plan z wszelkimi szczegółami – mówi mi Kacper, 22-letni student z Warszawy, który w 2019 roku był na 101 meczach rozegranych na terenie Polski. Jak sam mówi, jednym z jego największych groundhoppingowych osiągnięć jest zobaczenie pięciu seniorskich meczów jednego dnia bez ani minuty spóźnienia. – Wszystkie sportowe podróże dokumentuję, robiąc zdjęcia, nagrywając krótkie filmy czy pisząc pomeczowy raport, w którym dzielę się przemyśleniami i wrażeniami. Stworzyłem też mapę, by na niej zaznaczać odwiedzone stadiony oraz zaliczone mecze. To pewnego rodzaju kronikarstwo – dodaje.

Owa żyłka kronikarska to zresztą najprostszy sposób na identyfikację na stadionie innych groundhopperów. Bo o ile w ekstraklasie ktoś wyciągający telefon i robiący zdjęcie, to nic dziwnego, o tyle na boiskach ósmej klasy rozgrywkowej osoba, która biega wzdłuż bocznej linii i upamiętniająca wydarzenie z różnych perspektyw, to już dość osobliwy widok.

Z ziemi angielskiej do polskiej

Cała idea zrodziła się w latach 70. XX wieku w Anglii, a następnie rozprzestrzeniła na inne kraje Europy Zachodniej. Koncepcja jest prosta: zobaczyć jak najwięcej meczów na jak największej liczbie stadionów. Nie ma żadnych formalnych zasad, a groundhopperzy nie stanowią jakiejś zwartej grupy. To raczej grupki znajomych, którzy razem jeżdżą na mecze i wymieniają się doświadczeniami. Ten sposób „konsumowania” futbolu przybiera jednak obecnie na sile także i u nas, co potwierdza Szymon Tomasik z Polskiego Związku Piłki Nożnej.

Na meczach niższych lig nie brak osób (przeważnie starszych), które nie szczędzą słów krytyki wobec sędziego i zawodników. Na dużym stadionie takie pojedyncze okrzyki giną, na mniejszym słychać je jak na dłoni i dla wielu stanowią one ciekawy element piłkarskiego folkloru. Na zdjęciu stadion b-klasowego Tomteksu Widawa.
Na meczach niższych lig nie brak osób (przeważnie starszych), które nie szczędzą słów krytyki wobec sędziego i zawodników. Na dużym stadionie takie pojedyncze okrzyki giną, na mniejszym słychać je jak na dłoni i dla wielu stanowią one ciekawy element piłkarskiego folkloru. Na zdjęciu stadion b-klasowego Tomteksu Widawa. (fot. Adam Torchała / Bankier.pl)

– Gdy w 2015 roku ruszaliśmy z „Pociągiem do Futbolu”, groundhopperów w Polsce można było policzyć może nie na palcach jednej dłoni, ale dwie powinny już wystarczyć. Weterani zaczynali w latach 90., a nawet wcześniej i przyjmowali mecze w dużych dawkach, gdy jeszcze w Polsce nikt o słowie "groundhopper" nie słyszał. Wciąż są aktywni, ale raczej nie udzielają się w mediach społecznościowych. Właśnie ich rozwój ma kolosalny wpływ na to, że zarażają się tą pasją kolejne osoby – tłumaczy Tomasik.

Niższe ligi - po części ze względu na stan murawy, po części ze względu na umiejscowienie wielu boisk między polami - nazywane bywają kartofliskami. Na zdjęciu piłka, która wpadła pomiędzy rajki podczas meczu B-klasowego (ósmy poziom rozgrywkowy) LZS-u Młynisko
Niższe ligi - po części ze względu na stan murawy, po części ze względu na umiejscowienie wielu boisk między polami - nazywane bywają kartofliskami. Na zdjęciu piłka, która wpadła pomiędzy rajki podczas meczu B-klasowego (ósmy poziom rozgrywkowy) LZS-u Młynisko (fot. Adam Torchała / Bankier.pl)

Jego zdaniem sporą rolę w promowaniu groundhoppingu odegrał kanał Kartofliska, prowadzony na YouTube przez Radka Rzeźnikiewicza, który pokazywał uroki niższych lig. Obecnie powstają jednak kolejne kanały, są również blogerzy oraz osoby relacjonujące swoje stadionowe eskapady na Facebooku, Twitterze czy Instagramie. Przykładowo nieformalna polska grupa poświęcona turystyce stadionowej posiada na „FB” blisko 1,5 tys. członków. Społeczność się zatem rozrasta.

Stadionowi turyści

Określenie groundhopper rozbić można na słowa „ground” oraz „hopper”, czyli w prostym tłumaczeniu „skaczący po boiskach”. Polskim odpowiednikiem jest jednak „stadionowy turysta”. To ostatnie określenie wydaje się trafniejsze, podkreśla bowiem aspekt turystyczny, który dla większości poznanych przeze mnie groundhopperów jest kluczem do tego hobby. – To połączenie dwóch pasji: podróży i piłki nożnej. Przy okazji poznawania nowych miejsc czy kultur warto zobaczyć, czym ludzie żyją, a nie ma nic bardziej lokalnego niż lokalny futbol – tłumaczy Rafał, 27-letni pracownik logistyki transportu z Tychów, dla którego mecze to po prostu odskocznia od codzienności i sposób na spędzenie dnia na świeżym powietrzu.

Boisko w Kamieńcu Ząbkowickim to raj dla groundhopperów-krajoznawców. Nad obiektem góruje jeden z najpiękniejszych pałaców w Polsce - pałac Marii Orańskiej. Zdjęcie z debowego spotkania Zamku Kamieniec Ząbkowicki z Orłem Ząbkowice Śląskie
Boisko w Kamieńcu Ząbkowickim to raj dla groundhopperów-krajoznawców. Nad obiektem góruje jeden z najpiękniejszych pałaców w Polsce - pałac Marii Orańskiej. Zdjęcie z debowego spotkania Zamku Kamieniec Ząbkowicki z Orłem Ząbkowice Śląskie (fot. Adam Torchała / Bankier.pl)

Mecze dają także motywację, by ruszyć do miejsc, do których normalnie by się raczej nie pojechało. Pozwalają zejść z przetartych turystycznie ścieżek i spojrzeć na miasta, wsie, regiony z innej perspektywy. Klasyczny turysta najczęściej zwiedza „the best of…” danego miejsca, konieczność dotarcia na stadion na wieś czy mniej turystyczne osiedle sprawia jednak, że obraz zwiedzanego miejsca jest pełniejszy.

Gdyby nie futbol, o liczącej niewiele ponad 700 mieszkańców Niecieczy mało kto by słyszał. Zespół awansował jednak do ekstraklasy i zaczął przyciągać stadionowych turystów, którzy chcieli na własne oczy zobaczyć, jak wygląda najwyższy poziom ligowy na małopolskiej wsi. Na zdjęciu symbol Niecieczy - słoń, w tle zaś stadion, na którym jeszcze do niedawna gościła Ekstraklasa
Gdyby nie futbol, o liczącej niewiele ponad 700 mieszkańców Niecieczy mało kto by słyszał. Zespół awansował jednak do ekstraklasy i zaczął przyciągać stadionowych turystów, którzy chcieli na własne oczy zobaczyć, jak wygląda najwyższy poziom ligowy na małopolskiej wsi. Na zdjęciu symbol Niecieczy - słoń, w tle zaś stadion, na którym jeszcze do niedawna gościła Ekstraklasa (fot. Adam Torchała / Bankier.pl)

– Uwielbiam jeździć po kraju, zwiedzać polskie miasteczka, zamki, a przy okazji mogę poznać nowy stadion i zobaczyć kolejną lokalną drużynę. Sam mecz jest „wisienką na torcie”, planowany najczęściej z kilkudniowym wyprzedzeniem – opowiada pochodzący z Wielunia 28-letni Michał, inżynier budownictwa, który zwiedzanie stadionów rozpoczynał od jeżdżenia za swoim ukochanym klubem. – Z czasem pasja rozwinęła się w kierunku zobaczenia kolejnych stadionów, kolejnych drużyn. Wśród znajomych zaczęły pojawiać się różne wyzwania, odwiedzić wszystkie drużyny w Ekstraklasie, lokalne drużyny w powiecie, w którym się urodziliśmy itd. – tłumaczy.

W pościgu za „setką”

– Wszystko zaczyna się w momencie wybrania kierunku weekendowej eskapady, następnie trzeba logistycznie zgrać połączenia autobusowe lub kolejowe, co niestety sprawia największą trudność, gdy podróżuje się bez samochodu. Z drugiej jednak strony często większą frajdę dają spontaniczne wypady, odebrany telefon i rzucone hasło: „za godzinę z głównego jedzie pociąg do (…), jedziemy”? Obecnie nie wyobrażam sobie, by tych kilku/kilkunastu weekendów w roku nie przeznaczyć na turystykę stadionową – dodaje Michał.

Race (potocznie zwane "racuchami") budzą spore kontrowersje. Przeciwnicy podnoszą argument bezpieczeństwa i zadymienia stadionu, zwolennicy przekonują, że pokazy są atrakcyjne dla oka i stanowią część kultury kibicowskiej. W Polsce race są jednak nielegalne. Zdjęcie pochodzi z meczu Śląsk Wrocław - Lechia Gdańsk
Race (potocznie zwane "racuchami") budzą spore kontrowersje. Przeciwnicy podnoszą argument bezpieczeństwa i zadymienia stadionu, zwolennicy przekonują, że pokazy są atrakcyjne dla oka i stanowią część kultury kibicowskiej. W Polsce race są jednak nielegalne. Zdjęcie pochodzi z meczu Śląsk Wrocław - Lechia Gdańsk (fot. Adam Torchała / Bankier.pl)

W minionym roku jednym z wyzwań dla groundhopperów był udział w inicjatywie „100 meczów na 100-lecie PZPN”, którą wspominany Szymon Tomasik przygotował z okazji jubileuszu związku. Idea polegała na zaliczeniu co najmniej setki meczów w Polsce w 2019 roku. – Podejmując wyzwanie na początku marca z zaledwie kilkoma meczami na koncie, znajomi mówili „Awykonalne!”, „Nie dasz rady”, „Przecież to średnio mecz prawie co trzy dni!” Teraz nawet nie wiem, kiedy to minęło, za to wiem, nie był to czas zmarnowany. Nie żałuję ani jednej minuty na stadionie i ani jednej wydanej złotówki – wspomina Ola, która na co dzień pracuje w gdyńskim urzędzie miasta. Wyzwanie zakończyła z wynikiem 108 meczów na koncie i jest najlepszym dowodem na to, że groundhopping to hobby nie tylko dla mężczyzn. Kobietom niekiedy nawet łatwiej, w wyższych klasach rozgrywkowych często oferowane są im bowiem zniżki na wejściówki.

Pirotechnika to domena nie tylko wyższych lig. Na zdjęciu stadion IV-ligowej Slavii Ruda Śląska podczas meczu z Wartą Zawiercie. Co istotne race odpalane są zazwyczaj w sektorach najbardziej zagorzałych kibiców, łatwo można zatem zachować bezpieczną odległość (jeżeli ktoś takowej potrzebuje)
Pirotechnika to domena nie tylko wyższych lig. Na zdjęciu stadion IV-ligowej Slavii Ruda Śląska podczas meczu z Wartą Zawiercie. Co istotne race odpalane są zazwyczaj w sektorach najbardziej zagorzałych kibiców, łatwo można zatem zachować bezpieczną odległość (jeżeli ktoś takowej potrzebuje) (fot. Adam Torchała / Bankier.pl)

Bilety to jednak tylko część kosztów, szczególnie że w niższych ligach mecze można obejrzeć za darmo. Samo hobby daje zresztą sporą elastyczność. – Nie trzeba mieć milionów na koncie, żeby oglądać piłkę nożną. Można lecieć na mecze gdzieś za granicę, ale można też jechać rowerem na mecz odległy od naszego miejsca zamieszkania o 10 czy 15 km. Możesz wydać na weekend meczowy 1000 zł, 20 zł albo nie wydać nic. Ile ludzi tyle pomysłów na turystykę stadionową. I to jest piękne – tłumaczy wspominany Rafał z Tychów.

Złe sędziowanie? Ten kibic postanowił wziąć sprawy w swoje ręce i przejął od kolegi delegowanego na linię chorągiewkę. W B-klasie nie ma obowiązku zatrudniania liniowych i czasem rekrutuje się ich z grona zawodników rezerwowych. Sędziowie główni do wskazań takich asystentów podchodzą jednak z dużą ostrożnością. Na zdjęciu boisko b-klasowego LZS-u Ożarów
Złe sędziowanie? Ten kibic postanowił wziąć sprawy w swoje ręce i przejął od kolegi delegowanego na linię chorągiewkę. W B-klasie nie ma obowiązku zatrudniania liniowych i czasem rekrutuje się ich z grona zawodników rezerwowych. Sędziowie główni do wskazań takich asystentów podchodzą jednak z dużą ostrożnością. Na zdjęciu boisko b-klasowego LZS-u Ożarów (fot. Adam Torchała / Bankier.pl)

Nie brakuje zatem osób skupiających się na najwyższym poziomie ligowym, jak np. wspominana Ola, której początkowo celem było odwiedzenie każdego ekstraklasowego stadionu w sezonie. Choć można narzekać na poziom polskiej piłki, to jednak rodzime stadiony najlepszych klubów są raczej wygodne, a oko przykuwają oprawy. Nie brakuje i osób, które stawiają przede wszystkim na niższe poziomy i tamtejszy folklor. To właśnie te ligi określa się potocznie mianem "kartoflisk", zawodnikom nie sposób jednak odmówić zaangażowania, a emocje – m.in. dzięki specyficznym komentarzom z trybun – bywają większe niż w Ekstraklasie.

Wśród groundhopperów chętnie spoglądających poza Polskę uznaniem cieszą się nie tylko najmocniejsze ligi, ale i derby w krajach bałkańskich, które słyną z gorącej atmosfery. Na zdjęciu kibice Lewskiego Sofia podczas meczu z lokalnym rywalem - CSKA
Wśród groundhopperów chętnie spoglądających poza Polskę uznaniem cieszą się nie tylko najmocniejsze ligi, ale i derby w krajach bałkańskich, które słyną z gorącej atmosfery. Na zdjęciu kibice Lewskiego Sofia podczas meczu z lokalnym rywalem - CSKA (fot. Adam Torchała / Bankier.pl)

Są i tacy, dla których priorytetem są wyjazdy zagraniczne. Wśród nich jest 29-letni Krzysztof, specjalista ds. turystyki z Warszawy. – Największy koszt to nocleg na miejscu, czasem nawet ponad sto złotych. Łącznie z przelotem wyjazd na mecz z krótkim zwiedzaniem to około kilkuset złotych, do tysiąca – wylicza. Podejścia do groundhoppingu są zatem różne, przeważnie jednak dominuje: nie ważne jaka liga, ważne, żeby był mecz.

Miastowym łatwiej

Sporą rolę w kwestii kosztów odgrywa nie tylko podejście, ale i miejsce zamieszkania. – Jeśli mieszka się w dużym mieście i ważna jest tylko obecność na jakimś meczu, to ponosi się jedynie koszty przejazdu między boiskami. Jednak gdy przyjmuje się założenie niepowtarzania widzianych drużyn/stadionów, to koszty zdecydowanie rosną. Większe znaczenie ma jednak czas, który trzeba poświęcić realizowaniu tej pasji. Nieraz dzień meczowy rozpoczyna się z samego rana drogą na pociąg i kończy dopiero późnym wieczorem po obejrzeniu trzech meczów – wyjaśnia wspominany Michał z Wielunia.

W największych ośrodkach miejskich takich jak metropolia warszawska, czy górnośląska, potrafi się odbywać kilkadziesiąt meczów co weekend. To pozwala na łatwe "zaliczenie" wielu spotkań w ciągu jednego dnia. Na zdjęciu mecz katowickiej okręgówki: Górnik Katowice - Pogoń Imielin
W największych ośrodkach miejskich takich jak metropolia warszawska, czy górnośląska, potrafi się odbywać kilkadziesiąt meczów co weekend. To pozwala na łatwe "zaliczenie" wielu spotkań w ciągu jednego dnia. Na zdjęciu mecz katowickiej okręgówki: Górnik Katowice - Pogoń Imielin (fot. Adam Torchała / Bankier.pl)

Tym bardziej że komunikacja pomiędzy największymi ośrodkami może i się ostatnio poprawiła, jednak groundhopping uczy, że lokalne połączenia w Polsce pozametropolitalnej w zasadzie "leżą". Dostanie się z jednego miasta powiatowego do sąsiedniego zbiorową komunikacją czasami po prostu graniczy z cudem. Z perspektywy wielkomiejskich „baniek” tego problemu nie widać, a jest on naprawdę poważny. Mierzy się z nim m.in. Tomek, który na mecze podróżuje z Podkarpacia, jego celem zaś są nie tylko areny polskie, ale i zagraniczne.

Dojechanie bez samochodu do mniejszych ośrodków bywa problematyczne. Czasem najlepszym przyjacielem groundhoppera okazuje się rower. Na zdjęciu rywalizacja Pogoni Miękinia z rezerwami Mechanika Brzezina
Dojechanie bez samochodu do mniejszych ośrodków bywa problematyczne. Czasem najlepszym przyjacielem groundhoppera okazuje się rower. Na zdjęciu rywalizacja Pogoni Miękinia z rezerwami Mechanika Brzezina (fot. Adam Torchała / Bankier.pl)

– Komunikacja z mojego miasta jest katastrofalna. Miastem wypadowym najczęściej jest Kraków, a to już dwie godziny jazdy ode mnie. Mieszkanie na dużym mieście jest po prostu łatwiejsze i daje większe perspektywy choćby nawet w znalezieniu kogoś innego, kto podzielałby moją pasję. Tutaj jestem odosobniony. Dobrze, że żona mnie jeszcze z domu nie wyrzuca i akceptuje moje wyjazdy – relacjonuje Tomek. Stawia on jednak nie na ilość, a na jakość, celując w wyjazdy na konkretne, duże stadiony, zamiast na wiele małych. Groundhopperzy bowiem zgodnie przyznają, że największym kosztem ich hobby jest czas.

Czas – największy koszt

Sam mecz wprawdzie trwa niecałe dwie godziny, jednak dojazd i zaplanowanie także robią swoje. – Eskapady odbywam najczęściej w weekendy. Wyjazd w piątek wieczorem, albo w sobotę rano i powrót w niedzielę wieczorem to mój sposób na wolny weekend. Niby człowiek nie odpoczywa po męczącym tygodniu, ale coś za coś. Celuję w 2-3 mecze każdego dnia, aczkolwiek jeden mecz połączony z nowym miastem do zwiedzania też wchodzi w rachubę. Przy odrobinie wyrzeczeń jest się w stanie połączyć to z regularną pracą od poniedziałku do piątku – wyjaśnia Maciek, 30-letni nauczyciel akademicki z Wrocławia, który w zeszłym roku był obecny na 119 meczach w 9 krajach.

Dojechanie do mniejszych ośrodków i zgranie tego z innymi meczami danego dnia czasem wymaga sporej ekwilibrystyki. Groundhopping to nie tylko jeżdżenie, ale i planowanie, które poprzedza każdy wyjazd. Na zdjęciu b-klasowe spotkanie Piasta Ruda z rezerwami Czarnych Rząśnia
Dojechanie do mniejszych ośrodków i zgranie tego z innymi meczami danego dnia czasem wymaga sporej ekwilibrystyki. Groundhopping to nie tylko jeżdżenie, ale i planowanie, które poprzedza każdy wyjazd. Na zdjęciu b-klasowe spotkanie Piasta Ruda z rezerwami Czarnych Rząśnia (fot. Adam Torchała / Bankier.pl)

Oczywiście groundhopperzy zaliczający ponad setkę meczów w ciągu roku to wyjątek, można celować w kilka konkretnych stadionów, jednak także i to wymaga pewnych wyrzeczeń. – To trzeba naprawdę lubić: poświęcić czas na organizację, znalezienie noclegów i połączeń komunikacją, zlokalizowanie sklepiku kibica, poznanie historii klubu, kupienie biletu, zapoznanie się z architekturą stadionu, obejrzenie meczu… Dla kogoś z zewnątrz to strata czasu, ale dla kogoś, kto lubi sport i jednocześnie turystykę, wręcz przyjemność – dodaje Maciek. Oczywiście są zorganizowane wyjazdy np. na derby Mediolanu, czy El Clasico, jednak to już nie to samo, co organizacja we własnym zakresie.

Bez „giętej” ani rusz

Grounhopping ma ogromny potencjał, być może nie na zjawisko masowe, ale na pewno zauważalne w piłkarskim światku. Pokazuje to przykład naszych zachodnich sąsiadów, którzy smakują się nie tylko w niskich ligach niemieckich, ale i w wyjazdach do okolicznych krajów, które zapewniają nieco inne doznania. Wystarczy wspomnieć jedynie, że na meczu drugiej bądź trzeciej ligi łatwiej spotkać groundhoppera z Niemiec niż z Polski.

Choć groundhopping narodził się w Anglii, to jest on bardzo popularny również w Niemczech. Korzystają na tym kluby, bowiem za naszą zachodnią granicą nikogo nie dziwi konieczność zapłacenia 5 euro za mecz 7. ligi. W Polsce opłaty w niższych ligach to rzadkość. Na zdjęciu stadion Dynama Drezno
Choć groundhopping narodził się w Anglii, to jest on bardzo popularny również w Niemczech. Korzystają na tym kluby, bowiem za naszą zachodnią granicą nikogo nie dziwi konieczność zapłacenia 5 euro za mecz 7. ligi. W Polsce opłaty w niższych ligach to rzadkość. Na zdjęciu stadion Dynama Drezno (fot. Adam Torchała / Bankier.pl)

Za granicą powstają też specjalne aplikacje, jak np. "Futbology", które umożliwiają rejestrowanie swoich postępów. Największy zapaleniec w tej społeczności ma na swoim koncie ponad 3 tys. stadionów (drezdeńczyk o nicku Zas Tavka), najbardziej zapalony turysta zaś 177 krajów (monachijczyk o nicku FW). W Niemczech futbol to jednak nie tyle kluby, a vereiny (z niem. stowarzyszenia), które budują pewną tożsamość, zaś przeciętny groundhopper, z racji różnicy ekonomicznej pomiędzy Polska a Niemcami, ma do dyspozycji zdecydowanie większy budżet.

Piłkarski klasyk kulinarny, czyli kiełbasa przez kibiców zwana również "giętą stadionową". Oprócz niej podczas meczów chętnie zajada się słonecznik. Na zdjęciu boisko Rozwoju Katowice podczas meczu ze Skrą Częstochowa. Rozgrywano go w ramach II ligi, po zakończeniu sezonu Katowiczanie z powodów finansowych wycofali się jednak z rozgrywek
Piłkarski klasyk kulinarny, czyli kiełbasa przez kibiców zwana również "giętą stadionową". Oprócz niej podczas meczów chętnie zajada się słonecznik. Na zdjęciu boisko Rozwoju Katowice podczas meczu ze Skrą Częstochowa. Rozgrywano go w ramach II ligi, po zakończeniu sezonu Katowiczanie z powodów finansowych wycofali się jednak z rozgrywek (fot. Adam Torchała / Bankier.pl)

A warto dodać, że sama turystyka stadionowa to nie tylko wydatki na jeżdżenie, ale np. na szaliki, które część turystów zbiera, o standardowej kiełbasce na stadionie (tzw. giętej) już nie wspominając. Do tego dochodzi też aspekt promocji w mediach społecznościowych, w których groundhopperzy aktywnie działają. Niektóre kluby to dostrzegają, przygotowują np. programy meczowe, catering, szaliki czy dodatkowe atrakcje.

Szaliki to atrybut kibiców wspierających swój klub. Część groundhopperów łączy jednak pasję zaliczania meczów ze zbieraniem szalików. W mniejszych ośrodkach o szaliki jednak dość trudno. Na zdjęciu mecz Wisły Kraków z Miedzią Legnica, który odbył się na zakończenie sezonu 2018/2019
Szaliki to atrybut kibiców wspierających swój klub. Część groundhopperów łączy jednak pasję zaliczania meczów ze zbieraniem szalików. W mniejszych ośrodkach o szaliki jednak dość trudno. Na zdjęciu mecz Wisły Kraków z Miedzią Legnica, który odbył się na zakończenie sezonu 2018/2019 (fot. Adam Torchała / Bankier.pl)

– Okręgowy Puchar Polski, rezerwy Huraganu Pobiedziska podejmowały Piasta Łubowo. Trafiliśmy na dobry mecz, bowiem w regulaminowym czasie padło 6 goli (3:3), a o awansie zadecydował konkurs rzutów karnych, w którym górą byli gospodarze. Turystyka stadionowa w pełnym wymiarze, bowiem stadion w Pobiedziskach położony jest nad jeziorem, które zachęca do połączenia przyjemnego z… przyjemnym. Kiedy organizatorzy dowiedzieli się, że jesteśmy turystami stadionowymi, przywitali nas jak prawdziwych reporterów: pokazali obiekt, pozwolili na swobodne poruszanie się oraz wręczyli upominki klubowe – wspomina Ola.

Futbol na „tak”

Takie przypadki to jednak rzadkość, a groundhopper na niższych ligach to wciąż raczej zaskoczenie dla miejscowych niż potencjalny klient. Wiele klubów nie potrafi zaoferować im niczego więcej poza meczem, beneficjentami hobby okazują się wówczas bądź to przewoźnicy, bądź koncerny paliwowe (w zależności od wybranego środka transportu). A przecież centrum całej zabawy jest piłka. Z drugiej strony ciężko oczekiwać od B-klasowej drużyny żyjącej dzięki gminnej dotacji, że nagle zacznie myśleć o marketingu. Ani nie ma na to pieniędzy, ani takiej potrzeby. Zresztą odbiorców tych działań też byłoby zapewne niewielu. Niektóre kluby korzystają zatem na zainteresowaniu groundhopperów, niektórym są oni jednak kompletnie obojętni.

W 2019 roku okazją do poznania innych kultur piłkarskich były w Polsce Mistrzostwa Świata U20. Na zdjęciu finał tego turnieju, który rozegrał się pomiędzy Koreą Południową i Ukrainą. Zawodnicy gościli na stadionie Widzewa Łódź
W 2019 roku okazją do poznania innych kultur piłkarskich były w Polsce Mistrzostwa Świata U20. Na zdjęciu finał tego turnieju, który rozegrał się pomiędzy Koreą Południową i Ukrainą. Zawodnicy gościli na stadionie Widzewa Łódź (fot. Adam Torchała / Bankier.pl)

Ruch groundhopperski jest jednak ważny także z innego powodu. To promocja pozytywnego futbolu, stawiająca na piedestale to, co w piłce nożnej jest najważniejsze, czyli widowisko. Bez waśni i przepychanek. Oczywiście każdy gdzieś w sercu ma ten jeden klub, któremu kibicuje, nie ogranicza go to jednak w żaden sposób i nie nastawia przeciw innym. Podróże towarzyszące meczom poszerzają horyzonty i pozwalają poznać osoby z różnych miejsc Polski czy świata. Groundhopping to zatem futbol na „tak” pełną gębą.  

Adam Torchała

Źródło:

Newsletter Bankier.pl

Dodałeś komentarz Twój komentarz został zapisany i pojawi się na stronie za kilka minut.

Nowy komentarz

Anuluj
3 31 barnaba69

Świetny artykuł. Bankierze! Więcej takich. A takiego dziennikarza nosiłbym na rękach : napisze i o PPK ale i też o okrzyku stadionowym "Nasza duma ; Nasza Chwała ; Izolator Boguchwała" Brawo!

! Odpowiedz
10 13 maryjanek

czego to ludzie z nudów nie wymyslą? a może odwiedzić jak najwięcej toalet publicznych w ciągu roku?

! Odpowiedz
8 8 kapitan_izrael

Poziom i sensowność podobna

! Odpowiedz
Polecane
Najnowsze
Popularne