Gorsza lokalizacja mieszkania równa się oszczędność?

Nawet około 80 tys. zł można zaoszczędzić decydując się na zakup lokalu w peryferyjnej lokalizacji warszawskiej. Kilkadziesiąt tysięcy złotych oszczędności zostanie też w kieszeni kupujących jeśli zdecydują się na bardziej oddalone dzielnice, w innych wiodących metropoliach kraju – Krakowie czy Wrocławiu.

Gorsza lokalizacja mieszkania równa się oszczędność?
Gorsza lokalizacja mieszkania równa się oszczędność? (fot. Andrzej Rybczyński / )

Lokalizacja i jeszcze raz lokalizacja – położenie mieszkania to jedna z kluczowych kwestii dla wyceny nieruchomości. Będzie ona wyższa, nawet jeśli lokal jest do generalnego remontu, ale znajduje się w drogiej, prestiżowej dzielnicy.

Co właściwie oznacza dobra lokalizacja? Jeśli kierować się wyłącznie miernikiem w postaci ceny, dobrą lokalizacją z pewnością są dzielnice centralne. Tam mieszkania są najdroższe, co oczywiście wynika z komfortu życia w samym centrum. Niemal wszystkie sklepy i lokale usługowe, przedszkola, żłobki, gimnazja, ośrodki kulturalne etc. są blisko, a dodatkowo mieszkanie w centrum oznacza często również prestiż. Ale nie tylko samo centralne położenie się liczy. Wycena lokalizacji uwzględnia też atrakcyjne otoczenie nieruchomości: premiowane są więc zielone enklawy, obiekty w otoczeniu parków, w sąsiedztwie terenów rekreacyjnych, ale z drugiej strony także takie, które mimo pewnego oddalenia od centrum, są z nim dobrze skomunikowane. W stolicy na tej zasadzie znacznie wzrosła atrakcyjność lokalizacji wzdłuż drugiej linii metra.

Czasem kwestia lokalizacji nie ma bezpośredniego wytłumaczenia – po prostu dane miejsce cieszy się prestiżem, nawet mimo sporego dystansu od ścisłego centrum. Większość miast ma takie dzielnice: choćby Wilanów w Warszawie, Biskupin we Wrocławiu czy Zwierzyniec w Krakowie. Niestety, działa to w obie strony: jeśli dana dzielnica miasta, położona nawet blisko centrum, cieszy się złą sławą – ceny mieszkań mogą być niższe.

Im dalej, tym taniej

Nie ulega wątpliwości, że podstawowym miernikiem „wartości” lokalizacji jest podział na centrum, strefę pośrednią i peryferie. W ujęciu aglomeracyjnym można dorzucić do tego jeszcze miejscowości satelickie wokół danej metropolii. Na podstawie ofert portalu RynekPierwotny.pl i TargiMieszkaniowe.net postanowiliśmy sprawdzić, jak zmieniają się przeciętne ceny nowych mieszkań, w zależności od oddalenia od centrum miasta. Wzięliśmy pod uwagę tylko mieszkania w standardzie deweloperskim i w segmencie popularnym.  Różnice w cenie przykładowego 50 – metrowego mieszkania sięgają nawet blisko 80 - 100 tys. zł. Z punktu widzenia klienta jest to więc bardzo poważny argument dla zastanowienia się, czy warto płacić więcej dla wygody i prestiżu. 

Dalej niekoniecznie znaczy gorzej

Czy warto się decydować na „gorszą”, peryferyjną lokalizację? Odpowiedź na takie pytanie będzie zależeć od możliwości finansowych, zamierzeń oraz aktualnej sytuacji życiowej klienta. Kupując tańsze mieszkanie, z jednej strony możemy oszczędzić do kilkadziesięciu tysięcy złotych, z drugiej jednak – jeśli pracujemy w centrum, skazujemy się na niewygody, stratę czasu (który też jest kosztem) i pieniędzy – na dojazdy. Oczywiście problem ten nie występuje, gdy z jakichś powodów odpowiada nam dalszy rejon miasta. Wszystko to przy założeniu, że kupujemy lokal na własne cele mieszkaniowe, a nie w celach inwestycyjnych, choć każdy kupujący powinien podchodzić do zakupu mieszkania, tak jak do inwestycji, na której nie chcemy przecież stracić.

Jeśli więc zależy nam na tym, by mieszkanie nie traciło a zyskiwało na wartości, większe szanse ku temu dają z pewnością dzielnice lepiej położone. Centralne lokalizacje nawet w czasach kryzysu zazwyczaj trzymają swoją cenę. Potencjalny inwestor będzie oczywiście również zainteresowany rynkiem najmu i tu też – lepsza, bliższa centrum lokalizacja oznacza większą szansę na zdobycie klientów i możliwość nałożenia wyższego czynszu.

Nie oznacza to jednak, że z góry należy przekreślać lokalizacje położone dalej, zwłaszcza jeśli zakup drogiego mieszkania jest na granicy naszej finansowej kondycji. Ponadto – pamiętajmy, że atrakcyjność lokalizacji się zmienia i ewoluuje w czasie. Można więc uchwycić okazję, trafnie przewidując jaka dzielnica w perspektywie kilku, kilkunastu lat będzie zyskiwać na atrakcyjności – np. będzie się rozbudowywać, pojawią się nowe inwestycje komercyjne i komunikacyjne itp. Dobrym przykładem są tu – wspomniane już wcześniej – lokalizacje wzdłuż drugiej linii metra w Warszawie, które znacznie zyskały na wartości. Tak więc – umiejętna prognoza i dobry wybór nieruchomości w dalszej lokalizacji, ale mającej potencjał rozwojowy, może pozytywnie wpłynąć na wartość mieszkania w przyszłości.

Źródło:

Newsletter Bankier.pl

Dodałeś komentarz Twój komentarz został zapisany i pojawi się na stronie za kilka minut.

Nowy komentarz

Anuluj
0 8 ~Aktos

Coz za odkrywczy artykul

! Odpowiedz
20 3 ~silvio_gesell

Część wartości nieruchomości związana z lokalizacją nie pochodzi z pracy właściciela, ale z wydatków na infrastrukturę i z pracy rodziców ponoszących koszty wychowania potomstwa. Wzrost cen ziemi powinnien być opodatkowany i w 100% wracać do wspólnoty.

! Odpowiedz
1 15 ~Eltor

Sam napisałeś, że część wartości nie pochodzi z pracy właściciela, to niby dlaczego 100% wzrostu wartości miałoby być mu zrabowane? Namęczy się przy swojej nieruchomości i za to go karać.Zaiste, prawie komunistyczne myślenie.

! Odpowiedz
4 5 ~cykor21 odpowiada ~Eltor

Ale on pisze o wzroście wartości i opodatkowaniu ziemi, a nie nieruchomości - i tu ma rację kiedy wartość lokalizacji wzrasta na skutek inwestycji w infrastrukturę, to z tego wzrostu powinno czerpać korzyści państwo, czyli podmiot, który poniósł rzeczywiste koszty.

! Odpowiedz
12 15 ~Singiel

Co za różnica 250 tysięcy czy 400 tysięcy skoro normalnych ludzi na to nie stać a w szczególności singli :)

! Odpowiedz
7 12 ~lala

bzdura ludzi satc na kupno mieszkania nawet zagotókę terarz 40% transakcji tak idzie za 300-500 k...lemingi i frankowcy w końcu siedzą na dupie bo mieszkania powinny być tylko dal tych których stać a nie dla wszhstki w szczególności poddanych banków...

w końcu rynek nieruchomości jets normalny

w 2006 roku pofzez frankocwó mieszkałą zdrozlay o równe 100 % to bzdura...
nie mzoę żul miesakć w apartamencie lub zarabiający najniższą krajową bo to idiotyczne

Pokaż cały komentarz ! Odpowiedz
3 12 ~qwer odpowiada ~lala

ja nie wierze w te 40% gotowkowcow... nagle okazalo sie ze kupa milionerow w polsce rzucilo sie na kupno mieszkan... pobozne zyczenia i naganianie przez biura nieruchomosci.
a lemingi lykaja wszystko...

! Odpowiedz
1 4 ~pomyśl odpowiada ~qwer

no przecież nie kupuje sam tylko rodzicie mu kupują albo dokładają

! Odpowiedz
7 5 ~cykor21

Chyba właśnie na odwrót: to single maja najmniej wydatków, więc mogą najwięcej zaoszczędzić, także o ile jest to singiel oszczędny, który nie potrzebuje wydawać kasy regularnie na wycieczki do Tybetu, to uzbieranie 100 tys. zł w 3 lata to żaden wyczyn. Starzy dokładają drugą stówę albo bierzesz kredyt i masz 200k.

W stolicy kupisz już jednoizbowy kwadrat w bloku za 150 tys. zł, w miastach mniejszych to nawet za 2/3 tej kwoty.

Także wypowiadaj się tylko za siebie, bo jak widzisz fakty nie potwierdzają Twojej wersji.

Pokaż cały komentarz ! Odpowiedz
1 8 ~Bieńkowska

To weź się do pracy i weź kredyt. Tylko idiota zarabia 6 tysięcy.

! Odpowiedz
Polecane
Najnowsze
Popularne