Autostopem dookoła Morza Czarnego

Morze Czarne z każdej strony wygląda inaczej. W jego wodach odbijają się minarety meczetów i kopuły prawosławnych cerkwi. Znad południowych brzegów wyrastają porośnięte “dżunglą” Góry Kaczkar, a znad północnych pokryte suchymi stepami Góry Krymskie. Słuchając jego falowania, Turcy sączą z małych szklanek mocną i słodką herbatę, a Gruzini piją swe znakomite wino. Morze Czarne skupia wokół siebie mnóstwo różnorodności, odmienne są krajobrazy przylegających do niego lądów, odmienne są także kultury ludzi mieszkających nad jego brzegami. Wyjeżdżając na nasze autostopowe wczasy, chcieliśmy przyjrzeć się temu wszystkiemu.

Podstawowe informacje:

Czas podróży: 14 czerwca – 15 lipca 2006
Koszty na osobę: ok. 1000 zł
Trasa: Poznań – Zakopane – Koszyce – Debreczyn – Oradea – Braszow – Braila – Konstanca – Warna – Stambuł – Sile – Bartin – Cide – Tosya – Amasya – Tokat – Niksar – Uenye – Trabzon – Of – Ispir – Artvin – Hopa – Batumi – Poti – Tbilisi – Mccheta – Kazbegi – Kutaisi – Poti – Soczi – Kercz – Jałta – Symferopol – Lwów – Przemyśl - Poznań



Etap I: Polska – Słowacja – Węgry - Rumunia – Bułgaria (1-6 dzień)

Wieczorem 14 lipca 2006 ruszyliśmy w drogę. W odróżnieniu od innych wczasowiczów udających się nad morze, z poznańskiego dworca PKP pojechaliśmy koleją do Zakopanego. Tam przesiadka do busa, który zawiózł nas na Łysą Polanę. Granicę przekroczyliśmy pieszo i dalej ruszyliśmy już autostopem w stronę morza. Dopiero po dwóch dniach (bardzo długo czekaliśmy na okazje na Słowacji) dojechaliśmy do Rumunii. Granicę przekraczaliśmy pieszo samochodowym przejściem w Oradei – bez problemów. Przez całą Transylwanię jechaliśmy nocą i dopiero w Braszowie, przy wschodzącym słońcu, mogliśmy zobaczyć jak ten kraj wygląda w dziennym świetle. Kolejnymi daciami jechaliśmy przez kanion rzeki Buzau (widowiskowy!) i stepowe tereny przy delcie Dunaju. Jeden nocleg wypadł nam w Babadag – dobre miejsce do rozbicia jest na wzgórzu na skraju lasu, koło „turbazy”. Kolejnego dnia dotarliśmy do Konstancy, gdzie pierwszy raz oczom naszym ukazało się Morze Czarne. Kierowca dowiózł nas tam na samą plażę. Było tłoczno, hałaśliwie, a po plaży jeździły samochody. 350-tysięczna Konstanca nie wydała nam się dobrym miejscem do wypoczynku. Ruszyliśmy dalej i wieczorem byliśmy już w Bułgarii.

Inf. praktyczne:

Rumunia jest krajem przyjaznym dla autostopowiczów, choć miejscowi często przekonywali, że nikt nas nie weźmie. Jeździliśmy zwykle wygodnymi daciami (które dominują w tym kraju). Raz zdarzyło się, że kierowca w miejscu docelowym zażądał pieniędzy za podwiezienie, co wywołało nieprzyjemną dyskusję (w językowej mieszance rumuńskiego, polskiego i hiszpańskiego).

Granicę z Bułgarią przekroczyliśmy przez praktycznie nieżywe przejście Mangalia. Ruch uliczny w nowym kraju był tak znaczny, że zanim minął nas pierwszy samochód, zdążyliśmy przejść 3 km. Jeśli komuś się spieszy i nie chce długo czekać, lepiej wybrać inną trasę przejazdu z Rumunii do Bułgarii. W Bułgarii naszym pierwszym dłuższym przystankiem była Warna, czyli kolejny wielki, aczkolwiek niezbyt przyjemny „kurort”. Chcieliśmy przenocować na plaży, ale jej duża część jest zastawiona knajpami, dyskotekami i budami z jedzeniem. Zacienione miejsce noclegowe pod gołym niebem znaleźliśmy „na prawo” od centrum dyskotekowo- kebabowego, przy porcie. Z plażą sąsiaduje rozległy park z gorącym źródłem mineralnym, z którego można nabrać wody. Z Warny ruszyliśmy w dalszą drogę wzdłuż wybrzeża, mijając Burgas i zatrzymując się na chwilę w Carewie (bardzo przyjemne miasteczko).

Z Bułgarii wyjechaliśmy wąską drogą przez masyw Strandża, przez przejście Malko Tarnovo. Na naszej nieaktualnej mapie była to główna trasa. Teraz jeździ tam ponoć 10 aut na dobę, a większość ruchu kieruje się przez przejście Kapitan Andreewo-Kapikule. Mieliśmy sporo szczęścia, bo po godzinie czekania załapaliśmy się na jedno z tych 10 aut i na zaszyte w lesie przejście graniczne (jest „wolnocłówka”, Ouzo 0,7 kosztuje 3 euro) dojechaliśmy z Czechem przy dźwiękach czeskiego country. Ze strony Bułgarii pożegnał nas celnik, recytując „W Szczebrzeszynie chrząszcz brzmi w trzcinie” i około północy weszliśmy do Turcji.

Inf. praktyczne:

Przez Bułgarię przejechaliśmy bardzo sprawnie, nigdy nie musieliśmy długo czekać na okazję, a kierowcy, którzy nas zabierali, byli wyjątkowo sympatyczni i elokwentni. Przykładowe ceny: śr. kebab - 3 zł, woda min. 1,5 l - 1 zł, kawa w barze mlecznym - 0,7 zł, bułka - 0,2 zł, chleb - 1,3 zł, piwo - 1,2 zł.



Etap II: Turcja (7-14 dzień)

Po tureckiej stronie szybko przekonaliśmy się, że Turcja to istotnie „kraj bardzo otwartych ludzi” (uprzednio płacąc 10 euro za 30-dniową, 1-krotną wizę). Z przejścia zabrało nas pierwsze auto i mieliśmy bezpośredni transport do Stambułu. Po drodze na autostradzie strzelił wąż od chłodnicy – ale dzięki wiedzy technicznej kierowcy i naszej taśmie klejącej po 2-3-godzinnej przerwie ruszyliśmy dalej.
Do Stambułu wjechaliśmy o świcie - to chyba najlepsza pora, by wjeżdżać do tego miasta... Większość jego atrakcji skupiona jest na położonym między Morzem Marmara, Bosforem a zatoką Złoty Róg półwyspie, który stanowi historyczne (i turystyczne) centrum miasta. Z peryferii jechaliśmy tam najpierw autobusem (1,5 YTL) do końcowej stacji metra, a później metrem do stacji „Askanay” (1 YTL). Po samym półwyspie można poruszać się pieszo, bo wszędzie jest blisko (kursuje też tramwaj, bilet 1 YTL).
Półtora dnia pozwoliło nam zapoznać się z tym skrawkiem Stambułu i zobaczyć jego główne zabytki: m.in. błękitny meczet (wstęp bezpłatny), Hagia Sofia (z zewnątrz, bo wstęp płatny), pałac Topkapi (10 YTL, nie ma zniżek, we wt. nieczynny), Park Guelhane, Wielki Bazar, wybrzeża Bosforu... Wbrew temu, czego się spodziewaliśmy, centrum Stambułu jest raczej spokojne i można znaleźć wiele zacisznych miejsc, gdzie wśród zieleni daje się wypocząć po trudach nocnej naprawy samochodu. W Stambule nocowaliśmy w hotelu Sirin Palas (ścisłe centrum, namiary w przewodniku Bezdroży), gdzie za 25 YTL (za dwie osoby; należy się targować!) dostaliśmy przyzwoitą „dwójkę” z łazienką, bez widoku z okna.

Bosfor przekroczyliśmy promem-tramwajem (kursują co 5-10 min., żeton 1 YTL). Po drugiej stronie cieśniny warto pospacerować po mieszkaniowej części dzielnicy Harem – nie ma tam atrakcji, ani turystów, za to jest prawdziwy Stambuł. Nie widząc możliwości wydostania się z 15-milionowego miasta autostopem, opuściliśmy je autobusem jadącym z dworca Harem do Sile (pierwsze miasteczko na wybrzeżu Morza Czarnego, bilet: 6 YTL). Chcąc jechać stopem główną trasą w głąb Turcji (na Izmir), można próbować łapać ciężarówki na autostradzie zaczynającej się na pd-wsch od dworca Harem – można dojść pieszo od promu (jest tam szeroko, ruch jest umiarkowany i auta powinny się zatrzymywać).

Z Sile ruszyliśmy wzdłuż wybrzeża na wschód. Przemieszczaliśmy się tam wąskimi, niesamowicie krętymi dróżkami, które najpierw z poziomu morza wspinały się na wysokość około 500 m nad taflę wody, następnie zjeżdżały do położonych w dolinach miejscowości i pokonując kolejne wzniesienia, docierały do dalszych miasteczek. W ten sposób, dość powolnym tempem jechaliśmy przez Agvę, Karasu w stronę Zonguldaku i Cide. Na naszej drodze nie było opisywanych w przewodnikach atrakcji, ale i tak było atrakcyjnie. Często odwiedzaliśmy miejscowe herbaciarnie, które w tureckich miejscowościach są na każdym rogu. Przesiadują tam głównie okoliczni staruszkowie, żartując, dyskutując, grając w karty i inne gry, których sensu nie mogliśmy pojąć. Podczas wielu spotkań po drodze trudno było ocenić, kto dla kogo jest większą atrakcją - nasze pojawienie się sprawiało Turkom zwykle sporo radości. Cały czas doświadczaliśmy, że dla nich każdy przyjezdny, każdy gość jest kimś wyjątkowym, że trzeba mu okazać życzliwość. Często zaczepiali nas ludzie, którzy po prostu chcieli nam jakoś pomóc (zwykle tłumaczyli nam, jak dojść do najbliższego dworca autobusowego i nie rozumieli, dlaczego nie chcemy się tam udać).

Pokonawszy około jednej trzeciej długości tureckiego wybrzeża, w miasteczku Cide postanowiliśmy odbić w głąb kraju. Chcieliśmy trochę przyspieszyć naszą podróż, a także zobaczyć, jak wygląda wnętrze Turcji. W miarę oddalania się od wybrzeża zdecydowanie zmieniał się krajobraz. Gęste, zielone i przypominające dżunglę lasy porastające pas gór wzdłuż wybrzeża ustępowały miejsca krzaczastym zaroślom, a później stepom i polom uprawnym, które dominowały wewnątrz kraju. Przemieszczaliśmy się bardzo sprawnie, korzystając z szybkich, szerokich dróg, poprowadzonych zwykle dnami rozległych dolin rzecznych, ale cały czas otaczały nas niedostępne górskie szczyty. Przez Kastamonu i Tosję dojechaliśmy do Amasji, miasta ulokowanego w kotlinie i otoczonego skalnymi ścianami. W średniowieczu wykuto w nich twierdzę, a później stały się tłem dla bloków z betonu. Nazajutrz zwiedziliśmy niesamowitą jaskinię Ballica w górach Deveci – warto! (20 km przed Tokatem przy trasie z Amasji, na wysokości m. Pazar, wstęp 1,5 YTL).

Po krótkiej wizycie w Anatolii wróciliśmy nad morze, lądując nad czarnomorskim brzegiem w miejscowości Uenye, pomiędzy Samsunem a Trabzonem (dość karkołomna trasa wynikała z tego, że akurat zamknięto drogę E80, którą planowaliśmy jechać). Wybrzeże ma tu zupełnie innych charakter niż na zachodzie Turcji, wzdłuż brzegu ciągnie się kilkusetkilometrowa trasa szybkiego ruchu. Długi czas jechaliśmy przez poprzylepiane do siebie miasta, z lewej strony widząc morze, a z prawej betonowe bloki. O ile wcześniej mogliśmy rozbijać namiot na plaży, tu raczej trudno było o dogodne miejsca biwakowe... Przed opuszczeniem Turcji, postanowiliśmy jeszcze zrobić autostopową “pętlę” po górach Kaczkar. Koło miejscowości Of odbiliśmy z głównej trasy na południe. Krajobraz tego regionu tworzą głębokie doliny rzeczne ze skalistymi, niemal pionowymi zboczami, porośniętymi zielonym gąszczem i poletkami herbaty. Stopniowo jechaliśmy pod górę, docierając na położone ok. 2500 m n.p.m. przełęcze, gdzie nie było już tureckich wiosek, ale rozłożone pośród alpejskich łąk prymitywne obozowiska kurdyjskich uchodźców. Odwiedziliśmy senne miasteczko Ispir, położone w niesamowitej scenerii budzących niepokój Gór Kaczkar, i dalej pojechaliśmy na wschód drogą prowadzącą dnem głębokiego kanionu rzeki Yusufeli. Zbieg okoliczności sprawił, że na jeden nocleg trafiliśmy do zagubionej w górach wioski Camilkaya – wtedy kolejny raz przekonaliśmy się, że w Turcji warto zapuszczać się w nieznane i nie będące po drodze zakątki. Dalej przez Artvin (20-tysięczne miasto zbudowane na stromym stoku góry, w sąsiedztwie ogromnych kamieniołomów marmuru – niecodzienne widoki!) widokową trasą wróciliśmy na wybrzeże, do położonej kilka km od granicy z Gruzją miejscowości Hopa.

Inf. praktyczne:

Turcję można uznać za autostopowy raj. Samochody zatrzymują się szybko, a kierowcy cieszą się, że mogą podwieźć swoich „gości”, zaprosić ich na herbatę i nakarmić. Raz zdarzyło się, że stopa zatrzymał dla nas patrol policji drogowej.
Za wyjątkiem Stambułu (hotel) i Camilkaji (zaproszono nas do domu) cały czas spaliśmy pod namiotem i nie było żadnych problemów. Wyjeżdżając z Turcji, w Hopie rozbiliśmy się w środku miejscowości na placu zabaw i również nikt nie miał żadnych uwag. W większości miasteczek po drodze były małe i chyba niedrogie hoteliki.
Ludność lokalna do turystów jest nastawiona bardzo przyjaźnie i, jak już pisaliśmy, czasem trudno stwierdzić, kto dla kogo jest większą atrakcją. Ogólnie mieliśmy wrażenie, że jest bezpiecznie, a wrażenie to wzmacniała duża ilość policji na ulicach (która jest tam po to, by pomagać ludziom, szczególnie obcokrajowcom).
O ile w Stambule można bez problemu dogadać się po angielsku, o tyle poza nim trzeba raczej porozumiewać się po turecku przy pomocy jakiś rozmówek, w które trzeba się uprzednio zaopatrzyć. Co jakiś czas spotykaliśmy ludzi mówiących po niemiecku.
Ceny jedzenia i picia: Ayran (solony, orzeźwiający kefir) - ok. 200 ml za 0,5 YTL, herbata - od 2 YTL w Stambule do 0,5 YTL na wschodzie kraju, woda mineralna - 2 l za 1 YTL, cziorba (gęsta zupa, podawana z nieograniczoną il. chleba i wody) – od 2,5 YTL, zestaw obiadowy: mięso z grila, ryż, surówka – 3,5 YTL, balik ekmek (ciepła ryba w bułce) – 2 YTL, lahmadżan (naleśnik z mięsem i sosem – do ręki) – 2,5 YTL. Kupując na targach i nie tylko, należy się targować.

Najlepiej wziąć ze sobą mapę Turcji z kraju (dostępne są 1:700 000). Godny polecenia jest przewodnik „Kraj czterech mórz” W. Korsaka, wyd. Bezdroża – bardzo nam pomógł.

Etap III: Gruzja (15-24 dzień)

15 dnia wczasów przekroczyliśmy pieszo granicę z Gruzją samochodowym przejściem Hopa-Sarp. Celnicy wiedzieli, że nie potrzebujemy wiz, trzeba było wypełnić deklaracje celne (po rosyjsku: ile się wwozi pieniędzy, jaki „sprzęt” ma się ze sobą itd.) i mogliśmy wkroczyć na terytorium kolejnego czarnomorskiego kraju, który całkowicie różnił się od poprzedniego. Inne samochody, inne budynki, inne świątynie, inni ludzie, inne obyczaje. Nasze pierwsze wrażenia nie były najlepsze, bo pierwsza większa miejscowość – Batumi – przestraszyła nas obrzydliwą zabudową swoich zaniedbanych blokowisk. Później jednak centrum Batumi z secesyjnymi kamienicami, a szczególnie „kurortowy” park i promenada wzbudziły nasz zachwyt. Był to dla nas zdecydowanie najładniejszy kurort spośród wszystkich, które „zaliczyliśmy” nad Morzem Czarnym. Pani z informacji turystycznej poradziła nam, że namiot można rozbić wieczorem w parku przy promenadzie (choć do późna kręcą się tam ludzie) lub w oddalonym nieco od miejscowości i przypominającym dżunglę ogrodzie botanicznym. Na noc przygarnął nas jednak do swojego mieszkania pan Misza, z którym poznaliśmy się na ławce przy porcie...

Z Batumi ruszyliśmy na podbój kolejnych gruzińskich wczasowisk, które jednak nie były już tak fajne. Na plażach, pośród niewyobrażalnych ilości śmieci, pasły się krowy (krowy w Gruzji pasą się wszędzie!), po uliczkach paradowały świnie, było brudno i raczej nieprzyjemnie. Szczególnie dobrego wrażenia nie zrobiło również Poti, do którego musieliśmy przyjechać celem zbadania możliwości wydostania się z Gruzji drogą morską. Do Tbilisi dostaliśmy się nocnym pociągiem z Poti i na zwiedzanie gruzińskiej stolicy poświęciliśmy niecały dzień. Starczyło czasu, żeby przejść się alejami Rustaweli’ego i powałęsać się po okolicach Placu Wolności, co pozwoliło poczuć specyficzny nastrój tego miasta i zobaczyć ślady jego dawnej świetności. Z Tbilisi pociągiem osobowym pojechaliśmy do odległej o kilkadziesiąt km Mcchety – dawnej stolicy Gruzji, będącej tamtejszym odpowiednikiem Gniezna, Krakowa i Częstochowy razem wziętych. Liczące kilkanaście tysięcy mieszkańców rozciąga się na dużej powierzchni, a zabudowane niskimi domami centrum skupia się wokół zabytkowego monastyru (zamykany o 19:00). Miejscowi proponują noclegi w pokojach gościnnych, trzeba się o nie pytać w sklepach itp. (my płaciliśmy 10 zł, bez pościeli).

Dalej pojechaliśmy Gruzińską Drogą Wojenną w stronę Kazbegi. Na pierwszych kilkunastu km za Mcchetą warto przyglądać się skałom budującym okoliczne góry – w niektórych miejscach widać tam jaskinie i wykute groty (ponoć są tam również wykute w skałach kaplice i tajemne przejścia). Po drodze mieliśmy postój przy ruinach twierdzy wznoszącej się nad wodami sztucznego jeziora Żinwali – malowniczo! Jadąc autostopem w stronę Kazbegi, trzeba wziąć pod uwagę, że po drodze spada zarówno natężenie ruchu (pod koniec ruch w zasadzie zanika), jak i temperatura powietrza (o ile w Mcchecie było pod 30 st. C, o tyle w Kazbegi – nieco ponad 10). Położone 1700 m n.p.m. Kazbegi to punkt wypadowy na pięciotysięcznik Kazbek i do wędrówek po okolicznych dolinach (na miejscu w punkcie it są jakieś mapy). Dlatego nie brakuje tam obcokrajowców, którzy przed wyjściem w góry lub po powrocie siedzą w małej knajpie przy głównym placu – można wywiedzieć się o warunki na górze itp. Przenocować można w kwaterach prywatnych (proponowane ceny to ok. 20USD z wyżywieniem, ale można się stargować i do 20 zł). O górskich krajobrazach okolic Kazbegi nie możemy nic powiedzieć, bo były schowane za mgłą. Udało się jedynie dojść do odległej o ok. 2 godz. marszu cerkwi Sminda Sameba (leżącej przy szlaku na Kazbek), ale też za bardzo nie wiemy, jak wygląda jej okolica.

Pogoda nie uległa zmianie, więc wycofaliśmy się spod kaukaskich szczytów i Gruzińską Drogą Wojenną zjechaliśmy na “dół Gruzji”. Po drodze do Kutaisi przypadkowo odwiedziliśmy słynącą z drogich win miejscowość Khwanczkara, położoną pośród żywozielonych, porośniętych winoroślą gór. Mając czas, warto zahaczyć o ten zakątek Gruzji ze względu na wspaniałe krajobrazy. Kutaisi, znajdujące w się w wielu relacjach z podróży, nie wzbudziło zachwytu, choć miłośników architektury zainteresowałby XI-wieczny kompleks budowli na wzgórzu nad miastem. Możliwości noclegowych nie znamy, bo zostaliśmy zaproszeni na nocleg przez kutaisjan (pewnie można by się rozbić na wzgórzu z zabytkami). Praktyczna informacja: na wylotówkę w kierunku Poti można dojechać autobusem nr 8. Gruzję opuściliśmy przez morskie przejście graniczne w Poti.

Inf. praktyczne:

Autostop w Gruzji działa bez problemów. Stan techniczny wielu samochodów może budzić poważne zastrzeżenia, a na drogach jest mniej bezpiecznie niż w Polsce. Naturalne jest, że kierowcy karmią autostopowiczów (należy jeść mało, żeby mieć miejsce na kolejne poczęstunki). Między małymi i większymi miejscowościami kursują „marszrutki”, one są też podstawą transportu miejskiego (przejazd z Khwanczkary do Kutaisi, ok. 100 km, kosztował ok. 15 zł). Pociągi są takie jak w Rosji (m.in. wagony płackartne). Nocny pociąg z Poti do Tbilisi jechał 8 godzin, bilet na „płackartę” kosztował 10 zł (dziesięć!), wagon był prawie pusty. Pociągi podmiejskie są w b. złym stanie i jeżdżą powoli (Borjomi – Tbilisi jedzie 4 godz.).

Nocować pod namiotem się daje. Na wybrzeżu problemem jest niesamowita ilość śmieci. W miejscowościach najlepiej pytać ludzi o zgodę na rozbicie namiotu na ich ziemi. W „miejscowościach turystycznych” można znaleźć kwatery prywatne. 3 spośród 9 noclegów w Gruzji spędziliśmy u ludzi, którzy zaprosili nas do swoich domów. Gruzini cechują się niesamowitą gościnnością i zapraszanie „gości” na nocleg jest dla nich naturalne, podobnie jak karmienie i pojenie ich. Bardzo często zdarzało się, że ktoś do nas podchodził i zagadywał, odbyliśmy dzięki temu mnóstwo przyjemnych pogawędek. Nie było żadnych (chyba że z naszej strony) problemów z porozumieniem się po rosyjsku, nikt też nie miał niechęci do tego języka. Znajomości angielskiego nie sondowaliśmy. Gruzja to kraj wina. Najlepiej kupować wino „na rozliw” dostępne na targach, w sklepach spożywczych spod lady itp. – jest znakomite! Litr można kupić za 4 zł (sikacze od 2 zł za litr). Pozostałe ceny: haczarpuri (gorący placek drożdżowy lub z ciasta franc. ze słonym twarogiem) – 2-7 zł, chinkali (pierogowe woreczki nadziewane baraniną)- 0,50 zł za szt., pirożki – ok. 1 zł, chleb – 1 zł, znakomity solony biały ser – 12 zł/kg, Coca-Cola – 2 l za 4 zł. Ogólnie ceny były trochę niższe niż w Polsce.

Mapę warto wziąć ze sobą z kraju. Dostępne na miejscu są słabej jakości (mało szczegółowe) i raczej drogie (kupiliśmy za 18 zł).

Etap IV: statkiem z Gruzji do Rosji i PKS-em przez Rosję (25 dzień)

Traktujemy ten przejazd jako osobny etap, bo pochłonął ¼ budżetu, sporo nerwów i wydał nam się najtrudniejszy. Z Gruzji do Rosji dostaliśmy się statkiem, który wtedy kursował z Batumi przez Poti do Soczi. Aktualnie nie kursuje, ale może kiedyś znowu będzie, dlatego podajemy szczegóły. Statek kursował dwa razy w tygodniu, informacje o rozkładzie uzyskaliśmy dopiero na miejscu. Bilety z cenie ok. 250 zł można było kupić dopiero 2 godz. przed odprawą. Rejs z Poti do Soczi trwał ok. 12 godzin, na miejscu byliśmy rano. Na statku (przypominającym statki wycieczkowe pływające po Zalewie Wiślanym) bujało niemiłosiernie i wielu pasażerów zmuszonych było wychylać się za burtę.

Przez Rosję chcieliśmy przejechać tranzytem bez wizy (na podstawie przepisu, że obywatele polscy, mający wizę kraju docelowego, bilety „na wyjazd z Rosji” bądź inny dokument potwierdzający tranzytowy cel podróży, mogą przejechać przez Rosję tranzytem bez wizy). Dokumentem, który miał potwierdzać tranzytowy cel, była oficjalna rezerwacja hotelu w Kijowie (załatwiona za 5USD w Tbilisi), ale po przybyciu do Soczi okazało się, że dla celników ten papier nie ma żadnego znaczenia. Stwierdzili, że mogą nas wpuścić tylko na podstawie biletów kolejowych lub autobusowych z Soczi na granicę. Po dłuższym czasie światły „naczalnik” znalazł rozwiązanie: jedno z nas dostało pieczątkę „tranzyt” do paszportu i w asyście pracownika przejścia poszło do miasta kupić stosowne bilety, a drugie było trzymane „jako zakładnik”. Kiedy bilety już były, celnicy skserowali je sobie, dali drugiej części grupy pieczątkę do paszportu i mogliśmy kontynuować podróż.

Kontynuowaliśmy ją rejsowym ikarusem relacji Soczi-Port Kawkaz (przejście gr. z Ukrainą przy Cieśninie Kerczeńskiej). O 17 wyjechaliśmy z Soczi, ok. 6 rano byliśmy na miejscu, bilet kosztował 350 rub. (+33 rub. bagaż), początek trasy bardzo widokowy. Z Portu Kawkaz (jakby co, na terminalu były bankomat i kantor, ale wówczas nieczynne; można wymieniać walutę u facetów nią handlujących) przez cieśninę kursuje prom, mniej więcej co dwie godziny, bilet za 150 rub (dla pieszych).

Alternatywnym sposobem wydostania się z Gruzji drogą morską są promy Ukrferry, kursujące z Poti do Odessy. Bilety można kupić w Poti w firmie Ikstra, której biuro mieści się w hotelu jakieś 500 m od portu. Płynie się trzy doby, a najtańsze bilety kosztowały ok. 200USD (z uwzględnieniem niezbędnych dopłat).

Etap V: Krym – Lwów – Polska (26-31 dzień)

Na Krymie zrealizowaliśmy coś na kształt programu „Krym w pigułce”. Szczegółów nie podajemy, bo jest mnóstwo relacji dokładnie opisujących podróże po Taurydzie. W skrócie: z granicy przez Kercz (warto wejść na górę nad miastem) i Teodozję pojechaliśmy do Koktiebiel. Następnie zahaczyliśmy o Sudak i Nowy Świat ze znamienitym rezerwatem botanicznym (wstęp 8 hr), a później przez Symferopol dotarliśmy do Bakczysaraju. Nie udała się próba przejścia z Wielkiego Kanionu Krymu na Jałtańską Jajłę (jakby co, trzeba iść górą, nad kanionem, a nie jego dnem), więc stopem pojechaliśmy na Aj-Petri i przez Jałtę do Gurzufa. Na koniec międzymiastowym trolejbusem dotarliśmy do Symferopola, a końcówkę naszych wczasów spędziliśmy w pociągu do Lwowa (jedzie 26 godz., bilet na płackartę ok. 70 zł), z którego ostatnią wieczorną marszrutką dojechaliśmy na granicę. Następnego dnia około południa byliśmy w Poznaniu.

Inf. praktyczne

Po Krymie daje się jeździć autostopem, chociaż bardzo często zatrzymują się „wujkowie” proponujący podwiezienie za wygórowane kwoty. Transport lokalny nie jest drogi, między miejscowościami kursują „marszrutki”, a na trasie Symferopol-Ałupka-Jałta niespiesznie jeżdżą trolejbusy.
Z noclegami pod namiotem nie ma problemu. Raczej nie ma sensu korzystać z „pól namiotowych”, np. żeby mieć dostęp do prysznica, bo warunki sanitarne są nędzne, a prysznice otwarte 2h/dobę (Koktiebiel). W Bakczysaraju za 20 hr. (nocleg w domku+śniadanie) nocowaliśmy w „Turbazie Priwał”. Standardem przypominała polskie zakładowe lub FWP-owskie ośrodki wczasowe.
Nastawienie ludności lokalnej było zupełnie inne niż w Gruzji i Turcji. Turystów na Krymie jest mnóstwo i wszyscy chcą na nich zarobić, choć raz zdarzyło się, że właściciel tatarskiej knajpy, w której zatrzymaliśmy się na zupę, po posiłku zaprosił nas na kielonka. Porozumiewaliśmy się po rosyjsku, a znajomości innych języków nie badaliśmy. Do podróżowania po całym Krymie najlepszą mapą jest „Awtonomna Respublika Kryma” 1:200 000, a do chodzenia po górach „Po gornomu Krymu” 1:50 000. Dostępne niedrogo na miejscu i w niektórych sklepach w Polsce.

Pokonaliśmy jakieś 10 000 km i patrzyliśmy na Morze Czarne ze wszystkich stron. Przekonaliśmy się, że warto tam jeździć i że trzeba tam wracać. Podróżując po tym kawałku świata, można trafić w wiele niesamowitych miejsc, przeżyć przygody i poznać wspaniałych ludzi – a to w podróżowaniu jest najważniejsze!

Alicja Wiącek i Jędrzej Łukowski
Źródło:

Newsletter Bankier.pl

Dodałeś komentarz Twój komentarz został zapisany i pojawi się na stronie za kilka minut.

Jeszcze nikt nie skomentował tego artykułu - Twój komentarz może być pierwszy.

Nowy komentarz

Anuluj
Polecane
Najnowsze
Popularne

Wskaźniki makroekonomiczne

Inflacja rdr 2,5% X 2019
PKB rdr 4,4% II kw. 2019
Stopa bezrobocia 5,2% VIII 2019
Przeciętne wynagrodzenie 5 084,56 zł IX 2019
Produkcja przemysłowa rdr 3,5% X 2019

Znajdź profil