W najnowszej odpowiedzi z 15 października THC Pharma wreszcie przestaje krążyć wokół tematu i ujawnia sedno sprawy: spółka nie importuje, bo nikt nie chce jej sprzedać surowca. To nie kwestia pozwoleń GIF, logistyki czy „zbyt krótkiego okna importowego”, lecz zwyczajnie brak dostępu do producentów i rynku zarezerwowanego dla większych graczy.
W praktyce spółka tłumaczy się w sposób bezprecedensowo szczery:
– nie ma własnych rejestracji, więc nie ma statusu podmiotu odpowiedzialnego,
– nie posiada bezpośrednich umów z producentami,
– a ci, którzy surowiec mają, już go rozdysponowali w ramach stałych kontraktów.
Oznacza to, że cała dotychczasowa strategia — importować przez THC Pharma produkty z cudzych rejestracji — od początku była ślepym zaułkiem, o czym spółka doskonale musiała wiedzieć. Teraz dopiero przyznaje, że jedynym realnym wyjściem jest uzyskanie własnych rejestracji przez Cannabis Poland, czyli drugiego akcjonariusza THC Pharma.
Problem w tym, że CBD od dwóch lat nie potrafi zakończyć nawet jednego procesu rejestracyjnego. W lipcu spółka przyznała, że wciąż „czeka na dokumentację od hodowcy”, co w zestawieniu z dzisiejszymi zapewnieniami o „równoległych pracach” brzmi jak gorzki żart.
Warto zauważyć, że tym razem w odpowiedzi nie pojawiło się ani jedno zdanie o przyszłym imporcie, za to bardzo precyzyjnie opisano, dlaczego import jest ekonomicznie nieopłacalny. To subtelne, ale istotne przesunięcie narracji: od „walczymy o dostawy” do „to się po prostu nie opłaca”.
W efekcie spółka, która jeszcze wiosną deklarowała, że „pozostaje aktywnym uczestnikiem rynku”, dziś de facto przyznaje, że jej model biznesowy przestał istnieć.