Rynki

Twoje finanse

Biznes

Forum

reklama

Misja: Wielkie Chiny

Maciej Kalwasiński

(fot. Zuma Press)

Nie dość, że Chiny wpłynęły ostatnio na niespokojne wody, to wielki sternik uznał, że sprzyjające dotychczas wiatry pchały okręt w złym kierunku i wprowadza korektę kursu. Cel jest jasny: stabilne, samowystarczalne i silne Państwo Środka rozwijające się pod dyktando partii i samego Xi Jinpinga. Wszystkie ręce na pokład!

Gdy blisko rok temu przewodniczący Xi osobiście (jak twierdzą dobrze poinformowani) nakazał wstrzymanie debiutu giełdowego Ant, dość powszechnie sądzono, że jest to działanie wymierzone w Jacka Ma i jego biznesowe imperium, wyrosłe ponad poziom akceptowany przez zazdrosną o wpływy i obawiającą się destabilizacji partyjną wierchuszkę. Tymczasem decyzja wyznaczyła symboliczny początek kampanii regulacyjnej, w ramach której władze wzięły na tapet takie kwestie, jak zachowania monopolistyczne, kontrola nad danymi, stabilność sektora finansowego, a w kolejnym etapie także główne bolączki życia codziennego za Murem.

Pekin uznał, że to, co dotychczas napędzało rozwój Państwa Środka, czyli m.in. otwarcie na świat, uwolnienie prywatnej inicjatywy czy luźny nadzór nad sektorem technologicznym, miało poważne negatywne konsekwencje społeczne w postaci wzrostu nierówności, pogorszenia sytuacji demograficznej i kondycji psychicznej Chińczyków. Ale i poprowadziło kraj w innym kierunku, niż chciałaby partia, pozwalając osiągnąć sukcesy imponujące, lecz nie takie, jakich oczekiwałyby władze - głównie w sferze usług, a nie najbardziej zaawansowanych, "twardych" technologii, jak choćby chipy, roboty czy kluczowe komponenty samolotów, pozwalających uniezależnić się od zagranicznych dostawców. Teraz przyszłość Chin ma znów znaleźć się we właściwych, silnych rękach.

Młot na big techy

Chińskie firmy technologiczne, z Alibabą czy Tencentem na czele, mają za sobą lata dynamicznego rozwoju i należą obecnie do absolutnej światowej czołówki. Biznes kwitł dzięki luźnemu otoczeniu regulacyjnemu, dostępowi do kapitału (także zagranicznego) oraz utalentowanym i zaangażowanym pracownikom. W e-commerce, płatnościach mobilnych czy działalności fintechowej Chińczycy nie mają sobie równych. Dostarczają klientom usługi tanie i często niedostępne w innych zakątkach globu. Ich upowszechnienie za Murem zmieniło krajobraz całej gospodarki.

Podobnie jak na Zachodzie, giganci zbudowali w Państwie Środka bardzo silną pozycję, stając się istotną częścią życia codziennego przeszło miliarda Chińczyków. Dzięki temu uzyskali nie tylko potężne wpływy finansowe, ale również dane użytkowników i możliwość sterowania ich zachowaniami. Powstał nowy ośrodek władzy z własnymi interesami oraz siecią powiązań krajowych i zagranicznych. A to zagraża nie tylko pozycji partii, ale i - zdaniem władz - bezpieczeństwu narodowemu i stabilności państwa. Sektor technologiczny nie jest zwykłym sektorem gospodarki, lecz łącznikiem, częścią wielu innych sektorów, w tym tak newralgicznych jak komunikacja, media, energetyka, rolnictwo, militaria czy finanse.

Szeroką kampanię regulującą firmy technologiczne można podzielić na kilka obszarów działań Pekinu. Po pierwsze, władze postanowiły zwalczyć zachowania monopolistyczne "big techów". Wśród licznych przewin gigantów znalazły się m.in. praktyka "er xuan yi", czyli "wybierz jednego z dwóch", w ramach której sprzedawcy są zmuszani do korzystania wyłącznie z jednej platformy, np. należącej do Alibaby, a nie jego rywala - Tencenta. Do innych należą duszenie młodej konkurencji czy nieraportowane przejęcia. Sygnał jest jasny: w Chinach może być tylko jeden monopolista – Komunistyczna Partia Chin.

Po drugie, w centrum zainteresowania znalazły się dane. Pekin rozumie, że wiedza to władza i boi się, że wpadnie ona w niepowołane - czyli niepartyjne - ręce, w kraju bądź za granicą. Przewodniczący Xi określił dane mianem zasobu strategicznego i czynnika produkcji (jak praca, kapitał czy ziemia), a agencja Xinhua podkreśliła, że "bez bezpieczeństwa danych nie ma bezpieczeństwa narodowego". Władze alergicznie reagują też na samą możliwość, że dane zebrane za Murem trafią za granicę. Dlatego na cenzurowanym znalazł się "chiński Uber", czyli firma Didi, która niedawno zadebiutowała na giełdzie w Nowym Jorku. Taka postawa Pekinu, szczególnie w świetle zaostrzenia regulacji przez Waszyngton, zwiastuje kolejną oś konfliktu na linii USA-Chiny. Amerykanie chcą mieć bowiem dokładniejszy wgląd w spółki notowanie na tamtejszych parkietach. A na to Zhongnanhai zgodzić się nie chce.

Z drugiej strony większej ochrony w internecie oczekują sami Chińczycy, zirytowani skalą pozyskiwanych od nich informacji. Firmy mają za uszami choćby wprowadzające w błąd reklamy i opinie, dyskryminujące praktyki cenowe, ukrywanie negatywnych komentarzy czy wykorzystywanie danych i algorytmów do wpływania na wybory konsumentów. O ile nowe regulacje ograniczą pole manewru prywatnemu biznesowi, to trzeba dziecięcej naiwności, by uwierzyć, że ukrócą zapędy kontrolne władz.

Po trzecie, Pekin uznał, że rozwój nieuregulowanych firm technologicznych dokonuje się kosztem "dobra publicznego", a nawet zagraża stabilności państwa. Stąd m.in. decyzja o wstrzymaniu debiutu giełdowego Ant, a następnie skrępowanie biznesu gorsetem przepisów odpowiadających działalności bankowej, a nie fintechowej. Spółka Jacka Ma pośredniczy w działalności kredytowej na ogromną skalę, nie utrzymując niemal żadnych buforów kapitałowych. Jej potencjalne problemy, wynikające np. z błędnej oceny ryzyka podczas udzielania pożyczek tym klientom, którzy nie mogli liczyć na pozyskanie środków w bankach, rozlałyby się na cały sektor finansowy Państwa Środka i miały katastrofalne skutki. A już teraz Pekin jest (oficjalnie) zaniepokojony tempem wzrostu zadłużenia Chińczyków, możliwym w dużej mierze właśnie dzięki "Mrówce".

Władze wskazują także na inne negatywne efekty społeczne działalności "big techów": uzależnienie od social mediów, zakupów, gier mobilnych, a nawet wapowania. Firmy zmuszają również pracowników do pracy ponad siły - w modelach: 996 (od 9 do 9 przez 6 dni w tygodniu, ostatnio już rzadko spotykany) lub małych/dużych tygodni (6 dni pracy w co drugim tygodniu) - lub na fatalnych warunkach, za wynagrodzenie poniżej płacy minimalnej czy bez adekwatnego ubezpieczenia, nie wspominając o godzinach pracy jak w przypadku osób dowożących jedzenie na zlecenie spółki Meituan.

Powszechny dobrobyt

W ostatnich tygodniach to właśnie kwestie społeczne zostały wciągnięte na sztandar ofensywy regulacyjnej Pekinu. Po 40 latach wzrostu gospodarczego, gdy w myśl zalecenia Deng Xiaopinga niektórzy "bogacili się pierwsi", nadszedł czas na korektę socjalistyczną - redukcję nierówności i "powszechny dobrobyt". Przewodniczący Xi zaapelował o uregulowanie "zbyt wysokich dochodów" i wezwał zamożne osoby i firmy, by "oddały więcej społeczeństwu". Partia ma zapobiec "chaotycznej ekspansji kapitału". Choć tego typu wypowiedzi pojawiały się od 2012 r.  wielokrotnie, to tym razem w kontekście uderzenia w "big techy" i za sprawą podgrzania tematu przez media, wybrzmiewają dużo bardziej donośnie.

Na reakcję nie trzeba było długo czekać. Tencent już dzień po wystąpieniu Xi zadeklarował dobrowolne przekazanie 50 mld juanów na budowę powszechnego dobrobytu. Czujący pismo nosem miliarderzy podjęli intensywne działania jeszcze wcześniej - to rezygnując z zarządzania wielkimi firmami, to obiecując przekazanie dziesiątków miliardów juanów na cele charytatywne. Środki trafiają oczywiście we właściwe ręce, chińskie organizacje charytatywne nie są wszak niezależne od grup interesów. Kolejne komunikaty są kwestią czasu - wszak nie ma lepszej inwestycji niż w relacje z władzą. A działający za Murem już dawno przyzwyczaili się, że obok swoich celów biznesowych muszą realizować także cele wskazane przez Pekin. To po prostu "CSR z chińską charakterystyką".

O ile w kwestii nierówności dochodowych i majątkowych władze na razie stosują dość miękkie zachęty, nie decydując się choćby na reformę relatywnie liberalnego systemu podatkowego czy świadczeń społecznych, to podjęły bezpardonową walkę z prywatnym sektorem edukacyjnym. "Szkoły kucia", z których korzysta 7 na 10 uczniów z dużych miast, znalazły się na cenzurowanym, gdy stało się jasne, że nie ma szans na demograficzne odbicie, jeśli presja społeczna na dodatkową edukację dzieci pozostanie taka jak dotychczas. Zamiast zacząć od reformy zorientowanego na testy systemu kształcenia, Pekin wolał jedną decyzją zlikwidować wyceniany na ponad 100 mld dol. sektor. Oczywiście przedsiębiorczy biznesmeni i zamożni rodzice znajdą sposób, by zakazy obejść - gorzej z młodymi absolwentami, którzy nie mogąc znaleźć pracy w zawodzie, dorabiali, ucząc dzieci, oraz biedniejszymi rodzinami, które nie udźwigną nieuchronnych wyższych kosztów półlegalnej działalności.

Najlepszą lekcję dostali inwestorzy, także zagraniczni: pieniądze warto lokować w te przedsięwzięcia, które są zgodne z linią partii. Kto może znaleźć się pod ostrzałem w następnej kolejności? Eksperci wskazują spółki z sektora nieruchomości, zdrowotnego czy gier wideo. Nigdy nie wiadomo też, czy nagle nie nastąpi przyspieszenie w walce z zanieczyszczeniem środowiska, co odbija się na sektorze surowcowym. Parafrazując znane powiedzenie o ekonomistach, którzy przewidzieli osiem z ostatnich dwóch kryzysów, warto pamiętać, że chińscy politycy zapowiadali sporo działań, które nigdy zrealizowane nie zostały - dość wspomnieć przekładaną od lat podwyżkę wieku emerytalnego. Dlatego na niepokojące nagłówki medialne inwestorzy powinni patrzeć z rezerwą, ale i mając jasność, że ich interesem Pekin specjalnie przejmował się nie będzie.

Póki nie zmieni się nastawienie Chińczyków do edukacji i kariery, zmiany w tym obszarze będą przynosiły skutek odwrotny od zamierzonego, czyli pogłębienie nierówności. A już teraz za Murem obserwuje się fatalne skutki "wyścigu szczurów" toczonego w pokoleniu "młodych cesarzy". W chińskim społeczeństwie nasilają się zjawiska neijuan i tang ping, czyli w wolnym tłumaczeniu "zwijania się" i "leżenia do góry brzuchem". Młodzi Chińczycy mierzą się z rosnącymi kosztami życia (nieruchomości, założenia rodziny, wizją utrzymania rodziców i dziadków) i presją społeczną, a nie widzą szans na rozwój osobisty i finansowy, mimo podejmowanych starań. Dlatego decydują się na świadomą rezygnację z nużącego pięcia się po szczeblach kariery i zadowalają prostym życiem. Taki brak ambicji osobistych stoi w jawnej sprzeczności z ogromnymi ambicjami narodowymi żywymi w Zhongnanhai. I faktycznie redukuje największą przewagę Państwa Środka - głód sukcesu materialnego - nad zagranicznymi konkurentami.

Wschód, zachód, południe, północ i centrum - partia rządzi wszystkim

Pekin doskonale zdaje sobie sprawę z faktu, że dotychczasowy model rozwoju dociera do ściany - proste czynniki wzrostu (demografia, dług, infrastruktura) są na wyczerpaniu, a otoczenie międzynarodowe stało się zdecydowanie mniej życzliwe. Ponadto, Chiny muszą w końcu zmierzyć się z narastającymi przez lata problemami.

Dlatego trudno wskazać jeden cel przyświecający szerokiej ofensywie regulacyjnej. Można powiedzieć, że Xi chce upiec kilka pieczeni na jednym ogniu, choć dosłowne tłumaczenie tego powiedzenia z języka angielskiego wydaje się lepiej opisywać rzeczywistość: zabić dwa ptaki jednym kamieniem. W przyszłym roku mija 10 lat od momentu, gdy to "czerwone książątko" przejęło władzę, lecz absolutnie nie zanosi się, by zgodnie z tradycją miało ustąpić. Wręcz przeciwnie - obecne porządki można postrzegać jako swoistą kampanię wyborczą, która ma zapewnić poparcie społeczne dla lidera i osłabić wewnątrzpartyjną opozycję. Kto jak nie wielki sternik będzie w stanie dopilnować znaczącej korekty kursu, szczególnie w obliczu niezadowolenia części załogi: lokalne grupy interesów za Murem pozostają wpływowe.

Ale głównym celem jest budowa wielkich i silnych Chin. Dlatego prywatne firmy mają być jeszcze mocniej podporządkowane partii i jeszcze bardziej aktywnie realizować jej politykę - budować bezpieczeństwo poprzez technologiczną samowystarczalność, a nie koncentrować się na zysku; rozwijać bazę przemysłową, a nie usługi konsumenckie; słuchać partii, a nie ograniczać jej dostęp do danych. Utalentowana młodzież ma rozwijać krajową produkcję najnowocześniejszych chipów, robotów, samolotów i sprzętu telekomunikacyjnego, a nie e-sklepy czy kolejne "apki" rozrywkowe. Pozostali też powinni znać swoje miejsce, pracując na rzecz republiki ludowej, a nie grać w gry lub leżeć do góry brzuchem. Działania antymonopolistyczne uwolnią konkurencję, a większa ilość czasu wolnego i przeznaczanego na rozwijanie zainteresowań - kreatywność małych mieszkańców kraju za Murem.

Nad wszystkim ma czuwać partia. "Wschód, zachód, południe, północ i centrum - partia rządzi wszystkim" to podobno jeden z ulubionych sloganów Xi. Pod jego kierunkiem Chińczycy budują prawdziwy państwowy kapitalizm czy też - jak sami wolą mówić - "socjalizm z chińską charakterystyką". Firmy państwowe są wystawione na silniejszą presję rynkową, a prywatne - poddane większej partyjnej dyscyplinie. Razem mają tworzyć siłę zdolną katapultować Państwo Środka na najwyższy poziom rozwoju i konkurencyjności. Dlatego przesadzone są opinie, że celem Pekinu jest zniszczenie sektora prywatnego czy samych "big techów" - nie, po prostu Pekin chce zaprząc je do nowych zadań. Być może okaże się, że to silna, zdeterminowana i kompetentna władza jest w stanie zbudować prawdziwą technologiczną potęgę XXI wieku.

Taka wizja zapewne nie przekona "pekinosceptyków" czy liberałów. Dotychczasowy rozwój komunistycznych Chin był napędzany przez przedsiębiorcze jednostki odczuwające głęboki głód sukcesu. Jeśli Xi skutecznie pozbawi Chińczyków tego pragnienia lub możliwości jego zaspokojenia, progres Państwa Środka będzie zagrożony: załoga statku się zbuntuje albo wielki sternik wprowadzi go na mieliznę.

powiązane
polecane
najnowsze
popularne
najnowsze
bankier na skróty