Praca w Dublinie? Raj dla ekspatów na chwilę. Nazywają go "zsyłką" [Tam mieszkam]

zastępca redaktora naczelnego Bankier.pl

Chociaż to jeszcze nie Nowy Jork czy Londyn, to już nie Warszawa ani Budapeszt. Dlatego zlokalizowani w Dublinie giganci z branży internetowej z powodzeniem drenują mózgi z rynków pracy w państwach Europy Środkowo-Wschodniej. Wielu ekspatów nie chce jednak zostać tam na dłużej. A póki co - prowadzą życie na dwa kraje.

W Silicon Docks swoje europejskie, ultranowoczesne - jak mówiono o nich na zeszłorocznym festiwalu architektury - siedziby mają światowi giganci z branży internetowej. Bliskie sąsiedztwo Airbnb, Apple, Facebooka, Google, LinkedIn, Twittera czy Yahoo powoduje, że stolicę Irlandii często mianuje się Doliną Krzemową Europy (chociaż powiedzieć trzeba, że zazwyczaj rywalizuje o ten tytuł z Londynem i Berlinem). Efektu tech-hubu dopełniają tysiące młodych, zdolnych, ambitnych, ściąganych do pracy z całego świata najlepszymi benefitami i wysokimi pensjami. Brzmi jak raj, ale nim nie jest.

– Te firmy ulokowały się w Dublinie z kilku przyczyn. Główna to oczywiście podatkowa, ale ważny jest również język, bo angielski jest przecież językiem operacji biznesowych na całym świecie. Zrobiły to, choć wiedziały, że będzie to słaba oferta zawodowa dla pracowników z Europy Zachodniej i że trzeba będzie o pracowników ze sobą konkurować. Oszczędności podatkowe są jednak na tyle duże, że pozwalają im inwestować w nieustanną rekrutację – mówi Jarek Kozak, Polak od dwóch lat pracujący dla jednej z amerykańskich firm w Silicon Docks.

Mapa siedzib firm technologicznych w Dublinie. Kliknij, aby powiększyć
Mapa siedzib firm technologicznych w Dublinie. Kliknij, aby powiększyć (independent.ie)

A nieprzerwana rekrutacja to konieczność związana z widoczną rotacją pracowników. Pracujący w dublińskich korporacjach ekspaci to zwykle ludzie młodzi, często jeszcze studenci. Wielu z nich przyjeżdża tam tylko na kilka lat - zdobyć doświadczenie i topową markę pracodawcy w CV, a później wrócić do siebie lub ruszyć dalej.

Zanim to nastąpi, często kursują pomiędzy Irlandią a swoim krajem, gdzie zostawili rodziny i niedokończone sprawy. Do niedawna w takim trybie funkcjonowali też Monika Brandys i Jarek Kozak. On od dwóch lat pracuje w Irlandii dla jednej z globalnych korporacji z branży internetowej, ona niedawno zamknęła w Polsce własny biznes i również przeniosła się do Dublina. Innych ostrzegają - zawodowa emigracja "na chwilę" może być pułapką. O walorach rozwijania kariery w Dublinie i minusach życia na odległość rozmawiamy podczas ich styczniowej wizyty we Wrocławiu.

Malwina Wrotniak-Chałada, Bankier.pl: Od wczoraj znowu jesteście we Wrocławiu. Ile to już kursów na tej trasie?

Jarek Kozak: Zdarza mi się latać między Dublinem i Wrocławiem średnio cztery razy w kwartale, a jeszcze rok temu nawet częściej.

Monika: Dopóki nie przeniosłam się do Dublina, w ciągu 1,5 roku byłam w Irlandii bodaj 6 razy. W związku z tym, że Jarek pracuje na rynek polski, o wiele łatwiej było nam się spotykać we Wrocławiu.

Monika Brandys i Jarek Kozak mieszkają w Dublinie
Monika Brandys i Jarek Kozak mieszkają w Dublinie (Archiwum autora)

Mieszkająca w Irlandii i pracująca wówczas dla Ryanaira Polka opowiadała na łamach Bankier.pl, że wielokrotnie widywała w samolotach tej linii ludzi pracujących w Dublinie i regularnie kursujących z plecakiem na weekendy do Polski.

Jarek: Faktycznie da się to zauważyć. Myślę, że mam nawet zapamiętane twarze kilku osób, które często spotykam w samolotach. Jeszcze kiedy Monika była we Wrocławiu, latałem tam najczęściej pod koniec tygodnia, żeby spędzić z nią weekend. Zdarzało mi się, że nawet ludzie z mojej firmy podróżowali ze mną na tej samej trasie w podobnym trybie.

Też do zostawionych w Polsce rodzin?

Jarek: Przyczyn jest kilka – nie zawsze jest to rodzina, często niedokończone w kraju sprawy, w tym studia.

Monika: W każdym razie gołym okiem widać, że nie jest to trasa turystyczna, ale służbowo-rodzinna. Kiedy w Irlandii zaczynają się wakacje, polscy rodzice wysyłają dzieci do dziadków. Standardem są też tłumy na lotniskach przed świętami.

Jarek: Ten wczorajszy lot do Wrocławia był moim może trzydziestym kursem na tej trasie i byłem w ciężkim szoku, widząc samolot zapełniony w trzech czwartych, a nie – jak zwykle – wypełniony po brzegi czy wręcz z overbookingiem, co już nieraz powodowało dantejskie sceny. Samoloty na tej trasie zazwyczaj też startują opóźnione o 20-30 minut, bo mają problemy z zapakowaniem się na czas.

Praca w Dublinie

To wszystko z powodu kilku pracodawców z listy marzeń [w Dublinie swoje oddziały mają m.in. Airbnb, Apple, eBay, Facebook, Google, LinkedIn, Yahoo, Twitter - przyp. red.]?

Jarek: Oczywiście - Dublin przyciąga głównie pracą dla fantastycznych marek. Jeśli zapytasz dlaczego - po pierwsze dlatego, że zatrudniając pracowników z kilkudziesięciu krajów, posługujących się kilkudziesięcioma różnymi językami, tworzą w Europie niesamowity tygiel kulturowy. Po drugie - pracujemy tam często na projektach regionalnych lub globalnych, co daje możliwość posiadania wpływu w szerszym ujęciu. Po trzecie – w Irlandii pracuję dla firmy amerykańskiej na rynek polski, więc próbuję wszystkiego po trochu: czerpię z irlandzkiej kultury, korzystam z amerykańskiego know-how, a mimo wszystko buduję wartość rodzimego rynku. I to jest jeden z częstszych argumentów „za”, jakie słyszę od swoich kolegów. Taki układ daje tu ludziom z naszej części Europy paliwo do funkcjonowania.

Jednak na koniec dnia ekspatów przyciągają głównie znane marki. Niestety trzeba też powiedzieć sobie szczerze, że gdyby te firmy były zlokalizowane w Sztokholmie, jechaliby do Sztokholmu, gdyby były w Sankt Petersburgu – jechaliby do Sankt Petersburga, ale ponieważ są w Dublinie, to wyjeżdżają do Dublina.

Dlatego nie osiadają w Irlandii na stałe?

Jarek: To zależy od profilu emigranta. Rozmawiałem z wieloma osobami, które wyjechały z Polski niedługo po roku 2004 i zakochały się w Irlandii jako kraju spokojnym, poukładanym, który dał pracę w wielu zawodach. Dla nich taka emigracja była krokiem do przodu. Mimo że Dublin jest wielkości Wrocławia, a Warszawa to przy nim metropolia, to równocześnie jest europejską stolicą, nowoczesną, do tego sami Irlandczycy są otwarci, lubią Polaków, panuje tam ta osławiona kultura pubowa itd. – z tych wszystkich dobrodziejstw część naszych rodaków korzysta chętnie od lat.

Myślę, że ich aspiracje są po prostu inne niż aspiracje dobrze wykształconego młodego człowieka, który chce przede wszystkim pracować w wielkich korporacjach.

Bo kiedy rozmawiam z tzw. ekspatami (z różnych krajów) zatrudnionymi w tutejszym sektorze technologicznym, to słyszę, że oni Dublin traktują trochę w kategoriach zsyłki.

Z ust moich znajomych padają wręcz określenia, że duszą się w Dublinie. To są ludzie bardzo dobrze wykształceni, z kilkoma wymianami międzynarodowymi na koncie, znający dobrze minimum dwa, a bardzo często trzy języki obce, którzy w wieku 25 lat zobaczyli już połowę świata.

I nagle ktoś koszaruje ich w tym małym Dublinie, w którym zdaniem niektórych nie dzieje się nic ciekawego. To miejsce to dla nich zgniły kompromis.

Inwestycja dobra pod warunkiem, że za 2-3 lata z bardzo dużą amerykańską firmą w CV zaczną rozwijać karierę gdzieś indziej – albo w swoim kraju, albo na przykład w Londynie czy Nowym Jorku, do którego przeniosą się w ramach korporacji. Gdyby więc firmy, dla których pracują, zaproponowały im Barcelonę, Paryż albo Berlin, z pewnością bez problemu, a nawet z radością zmieniliby miejsce zamieszkania.

Widok na Dublin
Widok na Dublin (Archiwum autora)

Z tego względu naszej firmie o wiele łatwiej rekrutuje się pracowników z Europy Środkowo-Wschodniej i krajów bez ograniczeń wizowych – Polski, Węgier, Bułgarii, ale także spoza Unii - na przykład z Ukrainy czy Turcji. Tych ludzi najłatwiej ściągnąć do Dublina, do tego nie rotują zbyt często. Dla nich przeprowadzka do Irlandii jest krokiem do przodu – szansą na obcowanie z anglosaską kulturą, zarobkami w euro na poziomie nawet 3-krotnie wyższym niż w Polsce, z kolei kosztami życia już niekoniecznie 3-krotnie wyższymi...

Najtrudniej pozyskać do pracy obywateli kilku krajów z zachodu Europy, na przykład Skandynawów czy Szwajcarów – ludzi, dla których Dublin to krok wstecz nie tylko, jeśli chodzi o zarobki, ale także o standard życia. Irlandia jest krajem cały czas rozwijającym się, uchodzi za tygrysa, zieloną wyspę, ale kiedy weźmie się pod uwagę warunki mieszkaniowe i w ogóle warunki życia w Dublinie, to wnioski są proste – to nie jest Zurych czy Paryż.

Podejście w dużej mierze więc zależy od tego kim się jest, z jakiego kraju się przyjeżdża i w jakim celu.

Kim są ci celujący w etat u gigantów z branży internetowej w Dublinie?       

Jarek: Dla znakomitej większości z nich Dublin to pierwsza praca, ale nie pierwsze miejsce zamieszkania za granicą. Mają zwykle około 25 lat i są skłonni do dużych zawodowych poświęceń, bo na tym etapie życia praca jest dla nich wszystkim. Nie mają rodzin i związanych z tym obowiązków, więc pracują bardzo dużo. Dużo dają firmie, ale też dużo od niej biorą. Firmy są na to przygotowane i czekają z całą armią benefitów, żeby zaspokoić ambicje millennialsów.

Którzy nie kryją, że są na tej - jak mówisz - "zsyłce" na chwilę?

Jarek: Myślę, że w moim środowisku 90% osób przyjechało do Dublina dosłownie z takim nastawieniem i część z nich wręcz tego nie ukrywa – czy to w rozmowach prywatnych, czy biznesowych. Gołym okiem widać, że nie czują potrzeby asymilowania się z miejscową ludnością – po pierwsze starają się mieszkać jak najbliżej swoich firm, żeby nie tracić czasu na życie lokalsa – dojeżdżanie do pracy czy podwożenie dzieci do przedszkola; po drugie wybierają miejsca jak najbardziej wygodne pod kątem podróży, czyli doskonale skomunikowane z  lotniskiem.

Kolejna sprawa - większość z mających tam biura przedsiębiorstw technologicznych to firmy amerykańskie, stąd część pracowników ma już na koncie wizyty w głównych siedzibach w Nowym Jorku czy Dolinie Krzemowej – i dobrze wie, na jakich warunkach i za jakie pieniądze można pracować w tej samej firmie, ale w innym miejscu.

Koszty życia w Dublinie

I apetyt rośnie w miarę jedzenia?

Jarek: Tak. Zwłaszcza że pewne problemy związane z mieszkaniem w Dublinie są nie do przeskoczenia. Oprócz wymienionych, jednym z powodów, dla których ludzie wpadają do Dublina na chwilę, może być to, że niekiedy na wynajem muszą przeznaczać jedną trzecią czy nawet połowę swojej pensji.

Pewnie gdybyśmy wybrali do zamieszkania jedną z dzielnic poza centrum, ceny byłyby normalne. Problem pojawia się jednak wtedy, gdy myślisz o mieszkaniu w którejś z bardziej atrakcyjnych części miasta, a przez „atrakcyjną” rozumiem położoną bliżej siedzib najpopularniejszych korporacji. Widzieliśmy raport dotyczący dzielnicy Grand Canal położonej w sąsiedztwie biur Airbnb i Facebooka – 70% sprzedanych tam mieszkań kupili inwestorzy pod wynajem. To pokazuje główny cel zakupowy na tym rynku, co siłą rzeczy winduje ceny.

Rynek wynajmu jest tragiczny. W dzielnicach, z których dojście z biur zajmuje maksymalnie 20-30 minut, mieszkania rozchodzą się w ciągu kilku godzin czy dni. Na tzw. viewingi, czyli oglądanie mieszkania, przychodzi po 20 osób. Wiem, że wśród mieszkańców Dublina pojawiają się głosy, że przestaje być ich stać na mieszkania w ich ulubionych dzielnicach czy w miejscach, w których się urodzili.

Przyjezdni gentryfikują niektóre dzielnice. To zjawisko za jakiś czas może negatywnie wpłynąć na postrzeganie ekspatów. Już teraz każdy news o uruchamianiu w stolicy kolejnych kilkuset miejsc pracy jest z automatu komentowany przez Irlandczyków w stylu „a może te firmy wreszcie zbudują jakieś mieszkania dla swoich pracowników?”.

Lokalne władze dostrzegły problem drastycznie rosnących cen i wprowadziły w ostatnim czasie dwie zmiany w przepisach. Po pierwsze landlord nie może podnosić najemcom czynszu częściej niż co dwa lata. Druga, nadchodząca dopiero zmiana polega na tym, że wskazano konkretne dzielnice miasta, które są tzw. dzielnicami wynajmu czasowego i określono, że maksymalna podwyżka czynszu może wynieść tam 4%. Dodam, że landlord potrafił podnosić czynsz każdego roku o 15-20%.

Finał jest taki, że ekspaci w Dublinie najczęściej wynajmują wspólnie 2-, 3-pokojowe mieszkania. Standard irlandzki zakłada, że nawet przy dwóch pokojach bardzo często są dwie łazienki, co wręcz zachęca do takiego modelu współmieszkania.

Czyli wyjeżdżasz dla kariery, ale mieszkaniowe ambicje chowasz do kieszeni?             

Jarek: Można by dyskutować, czy jest to - jak powiedzą jedni - zaniżanie standardów, czy – jak mówi tu wielu – po prostu przedłużenie Erasmusa, studenckiego życia.

Wady i zalety życia w Dublinie 

Unormalnienie rynku mieszkań wystarczyłoby, żeby zatrzymać ekspatów na dłużej?

Monika: Myślę, że pewnej grupy nic nie przekona do zamieszkania w Dublinie na stałe. To małe miasto. Wiele osób ma problem z lokalną pogodą: nie masz tam właściwie ani prawdziwego lata, ani zimy, co Jarek akurat lubi, ja już niekoniecznie. Większość osób preferuje ciepłe kraje. Mieszkanie przez 2-3 lata w lokalu w starej zabudowie, gdzie panuje ciągła wilgoć i gdzie trzeba grzać, bo domy szybko się wychładzają, a nie są przygotowane na niskie temperatury to nie są komfortowe warunki do życia. I tego się nie zmieni. Pewna grupa ludzi, choćby proponować im nie wiem jaką karierę czy góry pieniędzy, nie będzie w stanie tego zaakceptować na dłuższą metę.

Finalna decyzja zależy od etapu życia, na jakim się jest. My staramy się już gdzieś osiąść i myślimy, że to jest pod tym względem dobre miejsce, dlatego życzylibyśmy sobie, żebyśmy zostali tam nieco dłużej. Ale pewnie w wieku 25 lat mielibyśmy duże wątpliwości, czy to jest dla nas właściwe miejsce na ziemi. Chociaż oczywiście Dublin ma także plusy dla 25-latków, np: lotnisko nieźle skomunikowane z resztą świata, stąd 5 godzin lotu do Nowego Jorku, 45 minut do Londynu (za 9 euro) – to powoduje, że z Dublina z powodzeniem można realizować swoje podróżnicze marzenia.

"Dublin leży na małej wyspie – w ciągu 3 godzin jesteś w stanie dostać się na drugie wybrzeże, które jest już wybrzeżem Atlantyku, z klifami, delfinami, z oceanem, wielkimi falami itd."
"Dublin leży na małej wyspie – w ciągu 3 godzin jesteś w stanie dostać się na drugie wybrzeże, które jest już wybrzeżem Atlantyku, z klifami, delfinami, z oceanem, wielkimi falami itd." (Archiwum autora)

Wam żyje się tam dobrze?

Jarek: Mnie bardzo. Jedni wolą blichtr wielkich rynków, inni klimat hipsterskich dzielnic – Dublin to trochę jedno i drugie. Do tego ma trochę walorów, których nie ma większość miast w Europie: stąd 40 minut samochodem do najbliższych gór i 10 minut na piechotę do morza. To daje możliwość zarówno częstego żeglowania, jak i uprawiania trekkingu. Dublin leży na małej wyspie – w ciągu 3 godzin jesteś w stanie dostać się na drugie wybrzeże, które jest już wybrzeżem Atlantyku, z klifami, delfinami, z oceanem, wielkimi falami itd. Dublin to niecałe 2 godziny drogi autostradą do Belfastu (a to już Wielka Brytania), jeśli ktoś preferuje drogę morską - w 5 godzin można dopłynąć promem do Liverpoolu.

Monika: Ja, w związku z tym, że jestem tutaj od niedawna, dopiero się przyzwyczajam. Na pierwszy rzut oka widać, że to ładne, kompaktowe miasto, gdzie wszędzie dojdziesz pieszo. Myślę, że się polubimy.

Życie na dwa kraje 

Dołączyłaś do Jarka po ponad półtora roku spędzonym w modelu ty tu - on tam. Bo kiedy dostał pracę w korporacji w Dublinie, właśnie zaczynałaś rozwijać w Polsce swój biznes.

Monika: Wydawało się nam, że na krótką metę to będzie fajne rozwiązanie. I ono na krótką metę faktycznie było bardzo fajne. Jarek przylatywał do Polski, ja od czasu do czasu do Irlandii, towarzyszyło temu dużo pozytywnych emocji, mocniej za sobą tęskniliśmy, więc potem maksymalizowaliśmy spędzany ze sobą czas. Ostatecznie ta połowiczna emigracja trwała prawie półtora roku, ale mniej więcej po roku uznaliśmy, że przekroczyliśmy punkt krytyczny i albo zaczniemy pracować nad zakończeniem tego etapu, albo coś pęknie.

Brakowało mi Jarka w najważniejszych dla mnie chwilach, Jarkowi pewnie brakowało mnie w momentach najważniejszych dla niego. Bo jeśli on był w Dublinie i tam miał swoje emocje, sukcesy i porażki, a ja miałam swoje we Wrocławiu, i jedynym kanałem komunikacji był Hangout albo Skype, to był to tylko wierzchołek góry lodowej, jeśli chodzi o dzielenie emocji.

"Pewnej grupy nic nie przekona do zamieszkania w Dublinie na stałe."
"Pewnej grupy nic nie przekona do zamieszkania w Dublinie na stałe." (Archiwum autora)

Jarek: Tam na miejscu wielu znajomych jest w podobnych związkach na odległość jak my przez ostatnie 1,5 roku. Kiedy dzisiaj pytają mnie, jak sobie z tą sytuacją poradzić, zawsze mówię to, co wcześniej polecił mi ktoś inny: nie żyjcie na zasadzie jakoś to będzie, bo będzie byle jak, postawcie sobie jakiś cel - określcie finał tego wszystkiego. I najlepiej gdyby był wyrażony w dacie, chociaż nie zawsze da się tak zrobić. Ale niech przynajmniej będzie wyrażony w jakiejś wartości - może to być nawet wartość finansowa. Najprostszy przykład: jadę do Irlandii na rok, ale kiedy wrócę, kupimy mieszkanie. To dla wielu osób paliwo do działania.

My też na początku mieliśmy taki cel: ja wyjadę i sprawdzę jak tam jest, potem Monika dołączy. Ale później ten cel gdzieś nam się rozmył. I to był najgorszy etap w tej całej historii – nie wiadomo było, do czego to wszystko prowadzi. Pamiętam z kolei, jaką dawką energii było to, kiedy usiedliśmy i ustaliliśmy, że Monika zamyka sprawy w Polsce i przylatuje do Irlandii. O wiele łatwiej było się motywować, wytrzymać jeszcze kolejny miesiąc.

Monika: Znamy kilka par, w których jedna strona wyemigrowała i które też nie ustaliły sobie tej granicznej daty. Wszyscy myśleli, że nie potrwa to dłużej niż pół roku, a zawsze dochodziło co najmniej do dwóch, trzech lat za granicą. Chociaż teraz pewnie jestem mądra po szkodzie, to przyznaję, że brak tego krańcowego terminu zmiany jest głównym błędem.

Jest jeszcze jeden ważny wątek.

Co innego, gdy jedna osoba wyjeżdża za granicę, a druga cały czas żyje wizją, że wkrótce do niej dołączy i zaczyna zamykać tematy życiowe i zawodowe w kraju, a co innego – i trochę tak było w naszym przypadku – gdy jedna strona zaczyna budować swoją pozycję zawodową w jednym kraju, a druga w drugim. Ten scenariusz zawsze doprowadzi do momentu, w którym ktoś będzie musiał ustąpić i zrezygnować ze swoich dalszych planów. Im dłużej to trwa, z tym większej liczby rzeczy trzeba później rezygnować.

To bardzo niebezpieczne.

Jakim cudem to pół roku nie wiadomo kiedy zamienia się w trzy lata?

Jarek: Dobre pytanie… Po części pewnie właśnie z powodu nie wyznaczenia sobie tej stałej, nieprzekraczalnej granicy. Z pewnego punktu widzenia taka emigracja jest też po prostu wygodna. Mimo że mam 36 lat, przez ostatnie 1,5 roku prowadziłem bardzo studenckie życie. Współmałżonek czy dziecko to i obowiązki, i przywileje, które jednak wpływają na twój kalendarz. Ponieważ moja żona była daleko, mój kalendarz, jeśli chodzi o życie prywatne, był zwyczajnie pusty, więc uzupełniałem je aktywnościami młodego pokolenia ludzi z pracy. I odwrotnie - Monika, jako wielka fanka filmu, mogła sobie pozwolić na pójście do kina 5 razy w tygodniu, podczas gdy mieszkając ze mną, pewnie miałaby czas pójść na seans raz. Emigracja w tym sensie to trochę powrót do studenckich czasów.   

Mimo nowego, wspólnego adresu w Dublinie, nie odcięliście się od Polski – zostawiliście tu rodziny, przyjaciół, nieruchomości, nadal często latacie pomiędzy obydwoma krajami. Taki układ to zbawienie czy przekleństwo?

Jarek: Właściwie codziennie nad tym dyskutujemy.

Monika: Ostatnio przy okazji świąt rozmawialiśmy o tym, jak dodatkowo sprawę komplikuje to, że będąc w Dublinie, mamy rodziny w jeszcze innych miastach niż to, w którym zostało nasze mieszkanie.

Jarek: Niewątpliwą korzyścią jest to, że wciąż mamy swoje miejsce, w którym możemy spędzić w Polsce trochę czasu. Wada jest taka, że cały czas jedną nogą żyjemy w Polsce.

To faktycznie problem?

Jarek: Z punktu widzenia pewnego komfortu psychicznego wolałbym się od Polski na jakiś czas zdystansować, wyciskając co się da (w pozytywnym znaczeniu) z irlandzkiej kultury i klimatu, bo mieszkanie na dwa fronty powoduje, że nie można się zdecydować nawet w najprostszych obszarach życia. Częste latanie do Polski sprawia też, że na docelowe wakacje brakuje już urlopu. Odkąd Monika dołączyła do mnie w Dublinie - zaczynamy myśleć co możemy zobaczyć w Irlandii. Wspólnie udało nam się już odbyć kilka wycieczek w głąb kraju, przez co trochę odkryliśmy tę wyspę.

" Dla znakomitej większości z nich [ekspatów w Silicon Docs - red.] Dublin to pierwsza praca, ale nie pierwsze miejsce zamieszkania za granicą."
" Dla znakomitej większości z nich [ekspatów w Silicon Docs - red.] Dublin to pierwsza praca, ale nie pierwsze miejsce zamieszkania za granicą." (Archiwum autora)

Monika: Nieustanne podróże pomiędzy dwoma krajami pochłaniają też sporo czasu i pieniędzy. Do tego nieraz towarzyszy ci kompletna konfuzja – nie wiesz na przykład, gdzie zostawiłeś jakieś ubrania czy dokumenty. Zdarzało nam się szukać czegoś, co było w tym drugim kraju.

Przy takim układzie jesteście już emigrantami?

Jarek: Ja czuję, że już tak.

Dlaczego?

Jarek: Po pierwsze dlatego, że to w Irlandii spędzam większość swojego czasu. A po drugie dlatego, że zaczynam żyć lokalnym rytmem - staram się stykać z lokalną kulturą, tam chodzę do kina czy na koncerty. Kiedy planuję czas wolny, zaczynam od planowania tego czasu w Dublinie. No i myślę, że robię kilka rzeczy inaczej, niż robiłbym w Polsce. Do tego codziennie korzystasz z innego języka, waluty. Choć na przykład newsy dalej śledzę tylko polskie.

Monika: Nawet jeśli dzieje się tam coś ważnego, to jeszcze nie emocjonuje nas to tak, jak wydarzenia w Polsce.

[Jarek do Moniki: A Ty się czujesz emigrantką?]

Monika: Chciałabym się tak czuć, bo sytuacja, w której jesteś za granicą, ale nie czujesz się emigrantem to tak, jakbyś gdzie indziej mieszkał, a inne miejsce kochał. Dobrze byłoby zacząć traktować Irlandię tak, jak traktuję Polskę.

Kiedy będzie wiadomo, że to już?

Jarek: Mam w Irlandii znajomych, którzy kiedyś udzielili mi odpowiedzi na twoje pytanie. To jest moment, kiedy masz wolny czas, gotówkę w ręku i nie myślisz o tym, żeby polecieć do Polski. Albo na przykład odpuszczasz święta w Polsce.

Wy jeszcze spędzacie je w Polsce.

Monika: Tak. I myślę, że jeszcze będziemy spędzać. Może więc nie jesteśmy jeszcze emigrantami?

Malwina Wrotniak-Chałada

Źródło:

Newsletter Bankier.pl

Dodałeś komentarz Twój komentarz został zapisany i pojawi się na stronie za kilka minut.

Nowy komentarz

Anuluj
2 0 ~Paweł_Nyczaj

Irlandia ma jeszcze jedną poważną wadę. Pomimo wysokich zarobków jest to kraj niedobry dla kobiet planujących zajście w ciążę. Mam na myśli praktycznie zakaz aborcji tak rygorystyczny, że naraża na niebezpieczeństwo zdrowie i życie kobiety nawet w przypadku zagrożenia życia kobiety przy porodzie http://krytykapolityczna. pl/swiat/irlandia-kobiety-w-pulapce-prawa-antyaborcyjnego/. Niby w pobliżu jest UK, ale ten aspekt zwłaszcza kobiety muszą wziąć pod uwagę. Ogólnie każdy kraj, także ojczysty ma zalety i wady i liczy się, czy zalety przeważają nad wadami. Od tego zależy, czy emigracja jest dobrym wyjściem, czy jednak lepiej zostać w domu.

Pokaż cały komentarz ! Odpowiedz
0 2 ~Adam

a tymczasem Nasza Polska szkoła w 2017. Jasiu na religii ... http://almoc.pl/img.php?id=8508

! Odpowiedz
0 0 (usunięty)

(wiadomość usunięta przez moderatora)

! Odpowiedz
0 2 ~Masta

Ten zgnily zachod, jak go nazywasz, znudzil sie nawet lokalnym. Flatego w Hiszpanii jest milion angoli.

! Odpowiedz
5 11 ~bylyemi

Zgniły zachód niejednemu się znudził i przestał podobać dlatego wielu wraca do Polski tu chce żyć, zainwestować i zakładać rodziny.

! Odpowiedz
2 2 ~Wyspiarz15

Wielkie podrozowanie wsiasc i wysiasc na lotnisku. Z Galway jest 3.5 godz do lotniska w Pl nastepne 2. (przez kilka lat nie bylo autobusu na lotnisko do Shannon).

! Odpowiedz
7 16 ~kukluxklan

najgorsze jest to ze zagranica najwiekszym twim wrogiem jest POlak poki to sie nie zmieni nic dobrego nie bedzie kazdy obcokrajowiec mi to wytyka i jest zdziwiony ze zamiast bronic rodak to jeszcze mu dokopie i tyle - w Polsce to samo a moze brac przyklad z zydków

! Odpowiedz
8 14 ~asterix

pytam angola mieszkajacego w Holandi dlaczego nie wraca do siebie tam ma swój dom mowi ze nie chce wracac bo mu sie tam juz nie podoba mimo ze Holandia to tez dziwny kraj opanywany przez pedałów i turków na kazdym kroku gabinety psychiatryczne wrodzone skapstwo lepiej meszkac w dawnej europie wschodniej nawet u ruskich bo sa bardziej otwarci niz to towrzystwo z zachodu

Pokaż cały komentarz ! Odpowiedz
12 17 ~lexmark

te domki wygladaja na zamieszkalych tam gornikow typowa tandeta angielska przygnebiajaca pogoda budownitwo zyja tam jak szczury nawet worek zlota mld na koncie nie zastapia ci człowieka przyjaciela te głupawy zachodni styl odbija sie czkawka kupa psycholi pedalow prostytutek takiego szmba

! Odpowiedz
17 10 ~Celina

dlatego wolę ciepłą posadkę nauczyciela w polsce. Wygodne życie na gwarantowanym etacie za 70 zł za godz w polsce z 1/3 roku wolnego ,to lepsze niz 100 euro/h i stres rozłąka zniszczońe zycie prywatne potem używki choroby i zgon po 50/60 tce. Tyle dziadostwa i probemów po co?

! Odpowiedz

Kalkulator płacowy

Oblicz wysokość pensji netto, należne składki oraz podatek.

Księgarnia Bankier.pl

Zasady wywierania wpływu na ludzi. Szkoła Cialdiniego Zasady wywierania wpływu na ludzi. Szkoła Cialdiniego ilustracje: Andrzej Mleczko, Robert B. Cialdini Cena: 34,90 zł  Zamów książkę

Porównaj i kup ubezpieczenia turystyczne

Zapisz się na bezpłatny newsletter Bankier.pl