Nowa Zelandia - piękny, drogi kraj [Tam mieszkam]

zastępca redaktora naczelnego Bankier.pl

Tu, na drugim końcu świata, są zjawiskowe krajobrazy niczym z "Władcy Pierścieni" i życie z dala od europejskiego pośpiechu oraz problemów, które trawią dziś Zachód. Ale Nowa Zelandia na pewno nie jest rajem na ziemi. Nie nadaje się na wyjazdy w ciemno i bywa zbyt droga dla rodzin, by utrzymać się z jednej pensji. Może rozczarować też osoby, które oczekują nowoczesności i wygody.

Paweł Duszczyk do Auckland przeniósł się dwa lata temu. Zmienił kontynent, nie zmieniając pracodawcy. To miało być zawodowe wyzwanie i cenne doświadczenie dla rodziny z dwójką dzieci. W najnowszym odcinku z cyklu #TamMieszkam opowiada o tym, jak wyobrażenia o życiu na drugim końcu świata wypadły w zderzeniu z rzeczywistością, czy odróżnia nowozelandzki lifestyle od zwykłej opieszałości i jak udowodnić stabilność związku w wymagającym procesie wizowym. – Kiedy się już zamieszka się w Nowej Zelandii, wszystko działa raczej sprawnie i przyjemnie. Problemem natomiast jest to, żeby tu zamieszkać – podsumowuje.

Paweł Duszczyk - Polak w Nowej Zelandii, fot. archiwum własne
Paweł Duszczyk - Polak w Nowej Zelandii, fot. archiwum własne

Malwina Wrotniak: W ramach inicjatywy #NaBankiera zaproponowaliśmy czytelnikom, że sprawdzimy, w jaki sposób zmienić kontynent, nie zmieniając pracodawcy. Panu się to udało.

Paweł Duszczyk: Powodzenie takiej akcji zależy w dużej mierze od podejścia pracodawcy. Ja mam szczęście pracować w instytucji o bezsprzecznie globalnym zasięgu. HSBC ma spółki zależne albo oddziały centrali z Londynu i Hongkongu rozsiane po całym świecie. Przeniesienie się z jednego kontynentu na drugi jest łatwiejsze w ramach jednej grupy, bo chociaż z formalnego punktu widzenia zmienia się podmiot zatrudniający, to nie zmienia się organizacja – bez względu na kraj, obowiązują w niej te same standardy i kultura korporacyjna. Akurat HSBC wysoko ceni sobie globalną mobilność pracowników, bo wychodzi z założenia, że służy ona wymianie myśli, idei, pomysłów, a przy tym wnosi coś nowego do kultury pracy. Dla mnie to też ciekawe doświadczenie wykonywać tę samą pracę na różne sposoby – z różnymi osobami, w ramach różnych stylów zarządzania ludźmi, przy uwzględnieniu specyfiki danego regionu. To zaprocentuje w przyszłości.

Kto zabiegał o te przenosiny – Pan czy pracodawca?

Powinienem najpierw wyjaśnić, że Nowa Zelandia to nasze drugie zagraniczne miejsce zamieszkania. Wcześniej przez piętnaście miesięcy byliśmy w Paryżu. Wyjechaliśmy, bo dostałem pracę w tamtejszym zespole, gdzie poszukiwano osoby wspierającej kraje Europy we wdrażaniu nowych międzynarodowych regulacji FATCA z punktu widzenia bankowości korporacyjnej. Miałem już wtedy trochę doświadczenia zawodowego w tym obszarze, więc zaaplikowałem. Chciałem zawodowo spróbować nowych wyzwań – sprawdzić się w projektach na większą skalę, przy mniej typowych zadaniach. Projekt na początku był dość skomplikowany, praca wymagała kontaktu z osobami z kilkunastu krajów, co było też czynnikiem motywującym. Zachęcający był też sam Paryż. Do tego forma przenosin była mi na rękę - to była długoterminowa delegacja z kraju do kraju, a nie na stałe. Z tyłu głowy zawsze więc miałem myśl, że nawet jeżeli się nie uda, nie sprawdzę się albo nie spodoba mi się ta zmiana, wracam na swoje miejsce, które znałem, do pracy, w której czułem się dość komfortowo i nie zostaję w obcym kraju z poczuciem porażki. Świadomość bezpieczeństwa zawodowego miała spore znaczenie przy podejmowaniu decyzji.

Spędziliśmy we Francji z całą rodziną bardzo dobry czas. To była ciekawa przygoda zarówno z punktu widzenia zawodowego, osobistego, jak i rodzinnego. Wróciliśmy do Polski po piętnastu miesiącach, w styczniu 2015 roku, i... zrobiło się trochę smutno. Pozostała tęsknota za międzynarodowymi przygodami i przekonanie, że dobrze ją znieśliśmy jako rodzina. W naturalny sposób zapadła więc decyzja, że będziemy się rozglądać za nowymi możliwościami – a że one teoretycznie są, to wiedzieliśmy, bo firma jest otwarta na takie pomysły.

Dlaczego właśnie Auckland miało zostać następcą Paryża?

Decydując się na kolejną przeprowadzkę, nie mieliśmy wymarzonych kierunków, nic z tych rzeczy. Po prostu myśleliśmy o krajach, które umożliwiałyby życie „po europejsku”. Nowa Zelandia jako kolonia brytyjska wydawała się spełniać to kryterium. Później okazało się, że nie do końca tak jest (śmiech).

(YAY Foto)

O pracę w Auckland zaaplikowałem, ponieważ w analogicznym zespole jak ten, w którym pracowałem w Polsce, potrzebowano akurat osoby, która wykonywałaby podobne zadania. Miałem więc poczucie, że nie jest to zmiana pracy, a tylko kraju.

Dość drastyczna zmiana.

Faktycznie - towarzyszyła nam myśl, że jest to drugi koniec świata. Bo naprawdę jest - dalej już nic nie ma, oprócz oceanu oczywiście (śmiech). Wiedzieliśmy, że będziemy bardzo daleko od rodziny, rzuceni na głęboką wodę, że nie znamy tam kompletnie nikogo. Polska społeczność w Nowej Zelandii jest relatywnie niewielka, a do tego nie mieliśmy z nią specjalnie kontaktu przed przeprowadzką. Czekało nas zupełnie nowe środowisko i wtedy jeszcze brak perspektywy, że ktokolwiek nas tu odwiedzi.

Z drugiej strony po Paryżu wiedzieliśmy mniej więcej czego się spodziewać, jeśli chodzi o samą organizację życia na emigracji. Mieliśmy świadomość, co się zmienia i przez co będziemy musieli przejść (aczkolwiek na tutejszy proces wizowy chyba nie byliśmy przygotowani). Nasze dzieci bardzo dobrze zniosły przenosiny do Paryża, dla nich to była niesamowita przygoda i cała nasza rodzina dość dobrze funkcjonowała na emigracji, więc powiedzieliśmy sobie ponownie: czemu nie.

Ile czasu zajęła zmiana kontynentu?

W lipcu 2015 roku zapadła pozytywna decyzja ze strony Nowej Zelandii. Wylądowałem w Auckland we wrześniu, a moja rodzina miesiąc później, co było spowodowane procesem wizowym.

Tym razem to nie miało być tylko piętnaście miesięcy?

Podpisywałem kontrakt na trzydzieści sześć miesięcy. Od tego czasu warunki trochę się zmieniły i teraz jestem na otwartym kontrakcie, który pozwala mi zostać w zasadzie tak długo, jak byśmy chcieli. Najprawdopodobniej pomieszkamy tu chwilę dłużej niż trzy lata, ale nie jakoś szczególnie dłużej, bo nie planujemy zostawać w Nowej Zelandii na zawsze.

Bo nie jest taka, jak się spodziewaliście?

„Europejskość”, którą tu zastaliśmy,  nie jest „europejskością”, której się spodziewaliśmy przed wyjazdem. W rzeczywistości trudno o nią w Nowej Zelandii, tak samo jak w Auckland trudno o klimat dużego miasta. Warto podkreślić, że ten kraj zdecydowanie nie jest rajem na ziemi i przyjeżdżając, trzeba zdawać sobie z tego sprawę.

Niedawno usłyszeliśmy gdzieś z żoną, że „Władca Pierścieni” to najlepsza kampania reklamowa, o jakiej mogła marzyć Nowa Zelandia i w pełni się z tym zgadzamy. Turystycznie jest to zdecydowanie wspaniałe miejsce, tyle tylko, że dla ludzi, którzy lubią dziką naturę i zwiedzanie momentami bezludnych miejsc, gdzie podczas przemierzania wielu kilometrów, spotyka się raptem kilka samochodów jadących z przeciwka. A poza tym dookoła owce, krowy, ptaki, bujna zieleń i oczywiście przepiękny ocean.

(YAY Foto)

O cywilizację nie jest łatwo. Typowym jej dobrodziejstwem jest sprawnie działający transport publiczny. W Auckland zasadniczo on funkcjonuje, ale chociaż centrum miasta jest dość dobrze skomunikowane, to poza nim już jest o wiele gorzej. Nie ma metra, tramwajów, pozostają tylko pociągi, ale na bardzo ograniczonym obszarze.

I samochód. Da się bez niego w Nowej Zelandii w miarę normalnie funkcjonować?

W ogóle nie ma takiej opcji. Oczywiście powszechne używanie samochodów prowadzi do niemiłosiernych korków, szczególnie w godzinach szczytu i na głównych ulicach. Do tego koszt parkingu w śródmieściu jest bardzo wysoki.

Byliście tego świadomi przed przyjazdem?

Spodziewaliśmy się, że trzeba będzie mieć auto. Do Paryża nie zabieraliśmy samochodu i jedyna niedogodność, jaka się z tym wiązała, dotyczyła wakacyjnych wyjazdów, kiedy musieliśmy przemieszczać się z bagażami. Paryż jest inny – tam jest wszystko: metro, autobusy, tramwaje, taksówki, kolejka elektryczna, a do tego sklep zawsze pod nosem. W Nowej Zelandii dotarcie do marketu, gdzie można zrobić zakupy na cały tydzień, jest nie lada wyprawą. Większe sklepy są porozsiewane po różnych dziwnych miejscach, do których niekoniecznie da się dojechać bez samochodu. Natomiast w mniejszych, „osiedlowych”, wybór nie jest duży. Przez to nauczyliśmy się gospodarować czasem i zasobami. Musieliśmy się przestawić na zakupy raz w tygodniu, bo fizycznie nie byliśmy w stanie robić tego częściej, nawet mając samochód. Tutaj wymaga to sporo wysiłku i czasu, inaczej niż w Polsce, gdzie nie jest żadnym problemem podjechać po parę rzeczy codziennie w drodze z pracy.

(YAY Foto)

Co więcej, oferta produktów dostępnych w tutejszych sklepach nie rzuca na kolana. Mówi się, że Nowa Zelandia jest krajem słynącym z doskonałej jakości produktów spożywczych - nie do końca tak jest. Jako że kraj jest wyspą na Pacyfiku, spodziewaliśmy się wielkiego wyboru owoców morza, ryb. O ile owoce morza jeszcze da się znaleźć, o świeżą rybę ciężko.

Przeprowadziliście prywatne dochodzenie w tej sprawie?

Tutejsza gospodarka stoi eksportem żywności i produktów rolnych. Przetwory mleczne, wołowina, ale i ryby trafiają głównie za granicę. Dobre jedzenie tutaj na miejscu trzeba sobie umieć zorganizować. My dostaliśmy od znajomych namiar na farmera spoza Auckland, u którego zaopatrujemy się w mięso i nabiał.

Dobrego jedzenia można oczywiście skosztować w licznych tu restauracjach – i tu dochodzimy do innego ważnego wątku – Nowa Zelandia to drogi kraj. Drogi dla turystów, bo koszt wynajęcia samochodu, żeby można było trochę pozwiedzać, jest wysoki. Jest też dość drogi dla mieszkańców, bo zarobki w stosunku do tutejszych cen nie przyprawiają o zawrót głowy. Trzeba sobie z tego zdawać sprawę, wyjeżdżając do Nowej Zelandii.

Znajomi, którzy mieszkali tam przez rok, opowiadają, że jak nigdy w swoim życiu, notowali w zeszycie każdego wydanego dolara.

My na początku utrzymywaliśmy się tylko z mojej pensji, co też wymagało drobiazgowego planowania domowego budżetu. Życie z jednej wypłaty nie jest tutaj łatwe – chodzi już nawet nie tyle o koszty rozkoszowania się pięknem tego kraju, co o nieruchomości. Auckland nieustannie zbiera wysokie noty w rankingach najdroższych miejsc do życia – i to głównie za sprawą wydatków mieszkaniowych. Statystyki podają, że na ten moment w samym Auckland brakuje ok. 50 tysięcy domów, czyli miejsc dla blisko 150 tysięcy osób. Szacuje się, że w ciągu kilku kolejnych lat skala problemu raczej się nie zmniejszy.

I mówimy o domach, a nie mieszkaniach, nie bez powodu, prawda?

Tak – w Auckland właściwie nie ma bloków. Co prawda budują się tu apartamentowce, ale będą to luksusowe nieruchomości w samym centrum, na pewno nie na kieszeń przeciętnego zjadacza chleba.

Auckland w ogóle nie przypomina nowoczesnego miasta, to zbitek kilku miejscowości połączonych w jedną aglomerację. Pokonanie 25-kilometrowej trasy do pracy zajmuje mi codziennie około 40-45 minut  i uważam, że jestem w naprawdę dobrej sytuacji. Oczywiście dużo zależy od tego, w jakiej konfiguracji się tu przyjeżdża. Singiel zamiast domu za miastem wynajmie pokój albo małe mieszkanie w centrum.

A będzie długo szukał?

Nasze doświadczenie jest takie, że w znalezienie odpowiedniej nieruchomości trzeba włożyć sporo wysiłku. Nam zajęło to trzy miesiące.

Z powodu cen czy standardu?

Jednego i drugiego. W Nowej Zelandii nie ma się co spodziewać typowo europejskiego sposobu budowania – solidnych murów, porządnego ocieplenia, szczelnych okien, centralnego ogrzewania itd. Taki standard dopiero zaczyna się pojawiać w nowym budownictwie. Poza tym w mieście, gdzie popyt przewyższa podaż, dochodzi do tego, że wynajmuje się w zasadzie wszystko. W skrajnych sytuacjach właściciele nieruchomości przerabiają własne garaże na mieszkania. To miejsca zajmowane przez studentów i osoby, które przyjeżdżają do wakacyjnej pracy w Auckland.

(YAY Foto)

Na jakie inne duże wydatki trzeba się nastawić?

Jeżeli nie ma się dobrego ubezpieczenia medycznego, to na opiekę zdrowotną. Szczególnie gdy trzeba wykonać bardziej zaawansowaną diagnostykę czy testy laboratoryjne.

Koszty związane z nieruchomościami, żywnością czy zdrowiem nie składają się na obraz najlepszego miasta do życia. A taki tytuł Auckland zdobywało nie raz.

Być może chodzi bardziej o tzw. lifestyle, czyli słowo, którego używa się tu bardzo często. O to, że nie czuć tu pędu czy pośpiechu, nie widać, żeby ludzie byli zabiegani. Żyje się tu raczej własnymi sprawami niż wielką polityką. To dość komfortowe, że jest się na końcu świata i naprawdę nie odczuwa żadnego stresu związanego z napiętą sytuacją geopolityczną.

Dużo czasu spędza się poza domem, na powietrzu, najczęściej uprawiając różne sporty - latem gra się w krykieta, zimą w rugby, w międzyczasie pływa, nurkuje, chodzi po górach i jeździ na rowerze. Nie narzekamy na nudę, chociaż gdyby ktoś poszukiwał niebywałych wydarzeń kulturalnych jak festiwale, muzyka na żywo czy galerie sztuki, może się trochę rozczarować.

Powiedzcie jeszcze, że na każdym kroku są mili urzędnicy.

Kiedy się już zamieszka w Nowej Zelandii, wszystko działa raczej sprawnie i przyjemnie. Problemem natomiast jest to, żeby tu zamieszkać.

Bo wizy?

Nawet dla osób zatrudnionych proces wizowy nie zawsze jest prosty. W moim osobistym przypadku poszło gładko -  miałem podpisany kontrakt i tzw. letter of offer, czyli potwierdzenie, że dany pracodawca chce mnie zatrudnić i że szukał osoby z kompetencjami, jakie posiadam, ale nie znalazł jej w Nowej Zelandii. Natomiast przy wizach dla mojej żony i dzieci czas oczekiwania i brak transparentności procedur był problematyczny. Po wysłaniu dokumentów zupełnie traci się kontrolę nad tym procesem. Nie wiadomo gdzie te papiery są, kto się nimi zajmuje i czy czegoś jeszcze potrzebuje. Pewne wymagania związane z tym procesem mogą być niekomfortowe. Na przykład żeby moja żona mogła dostać wizę, trzeba było udokumentować naszą relację. Akt małżeństwa jest przy tym tylko jednym z dowodów i wcale nie gwarantuje sukcesu. Musieliśmy przygotować specjalne streszczenie historii naszego związku, opisać jak się poznaliśmy, dołączyć zdjęcia, na których jesteśmy razem, inne informacje i dokumenty potwierdzające, że rzeczywiście jesteśmy w stałej, stabilnej relacji. Takie rzeczy z jednej strony zajmują sporo czasu, a z drugiej powodują niepewność, czy aby na pewno wszystko się uda.

Mimo to ludzie ciągną do Nowej Zelandii. Choć wielu z nich wie, że na miejscu może nie być łatwo o pracę.

Sądzę, że osoby, które przyjechałyby tutaj z chęci zobaczenia kraju, ale nie miały wcześniej nagranej pracy, mogłyby mieć duży problem z jej znalezieniem. Między innymi dlatego, że bardzo ważne jest udokumentowane nowozelandzkie doświadczenie zawodowe, tzw. kiwi experience. Nowa Zelandia publikuje listę zawodów poszukiwanych, której warto się przyjrzeć. O pracę na pewno łatwiej informatykom, kierowcom ciężarówek czy budowlańcom niż nauczycielom.

Rynek pracy w Nowej Zelandii - wybrane informacje

Nowa Zelandia aktywnie zachęca do przyjazdu przedsiębiorców oraz cudzoziemców z kwalifikacjami, którzy stanowią największy odsetek imigrantów.

Zawód, wykształcenie, wiek i znajomość języka angielskiego są najważniejszymi czynnikami w rozpatrywaniu aplikacji wizowej.

Średnia stawka godzinowa wynosi w Nowej Zelandii 27,51 NZD w sektorze prywatnym i 37,22 NZD w sektorze publicznym.

Płaca minimalna od 24.01.2017 roku wynosi 15,75 NZD/godz. i przysługuje pracownikom powyżej 16. roku życia.

Dominującym sposobem rozliczania się pracodawcy z pracownikiem są wypłaty w cyklu tygodniowym/dwutygodniowym.

Obowiązuje 40-godzinny tydzień pracy.

Za: "Rynek nowozelandzki. Przewodnik dla polskich przedsiębiorców", www.wellington.msz.gov.pl

Praca była formalnym powodem Waszych przenosin, ale na pewno nie jest jedynym, który zatrzyma Was na tym końcu świata na kilka lat?

Rozwijam się tu zawodowo, i to doceniam. Nie mówię, że nie byłoby to wykonalne w Polsce czy innym miejscu na świecie, ale była okazja, żeby zrobić to tutaj, więc jesteśmy tutaj. Drugi ważny powód, dla którego chcemy być teraz w Nowej Zelandii, to dzieci – zdecydowanie są tutaj szczęśliwe. Przez te nasze wyjazdy są trójjęzyczne - dbamy o to, żeby mówiły po polsku, angielsku i francusku.

Jesteśmy też zadowoleni z tutejszego systemu edukacji, kształcącego takie umiejętności, jak praca w grupie czy wystąpienia publiczne, które są tu na porządku dziennym. I nie dotyczą tylko dziewczynki, która śpiewa najładniej w całej szkole. Każde dziecko przygotowuje własne projekty badawcze, których wyniki prezentuje później przed grupą. W szkole, do której chodzi nasz syn, uczniowie mogą w ramach zajęć ukończyć kurs baristy, dzięki czemu w wakacje łatwiej znajdą pracę. To bardzo perspektywiczne podejście. Uczniowie ogólnie są zachęcani do wysiłku i przedsiębiorczości i za to nagradzani, co wiąże się z tutejszą kulturą świętowania sukcesu. To standardy, których nie doświadczyliśmy w polskim systemie edukacji, gdzie cały czas króluje sucha wiedza – słupki, tabelki i atlas do nauczenia na pamięć. Tutaj obok wiedzy ważne są kompetencje miękkie. Mamy poczucie, że będzie to dla dzieci cenny kapitał, który wpłynie na ich pewność siebie, ciekawość świata i rozwój zainteresowań.

Mimo to nie planujecie zostać na stałe.

Traktujemy pobyt tutaj jako pewien etap życia. Myślimy o kolejnych ciekawych miejscach, ale też o powrocie do bliskich w Polsce. Jednak na razie chcemy być szczęśliwi tutaj.

Mimo bolączek?

Nie ma ich wiele, bo do różnych odmienności już się przyzwyczailiśmy. Czasami jeszcze ciężko nam postawić granicę między tutejszym wyluzowanym stylem życia a opieszałością, podejściem, gdy nikt się nie spieszy i niekoniecznie wkłada sto procent zaangażowania w pracę, którą wykonuje. Od razu przypomina mi się, jak wzywałem specjalistę do naprawy okna. Umówienie wizyty zajęło trzy tygodnie. Kiedy przyszedł, okazało się, że nie miał narzędzi, więc musiał przyjść jeszcze raz. Za drugim razem zeszlifował kawałek drzwi, żeby się domykały, ale nie zabezpieczył ich, więc po deszczu zawilgotniały i nie dało się ich zamknąć - musiał przychodzić ponownie. To było dość frustrujące, ale dzisiaj miałbym już świadomość czego się spodziewać, co należy sprawdzić i moje wewnętrzne nastawienie byłoby inne.

„Władca Pierścieni” nie uczula na takie niedogodności.

Bo promuje Nową Zelandię jako kraj, który gwarantuje piękne widoki, wspaniałą przyrodę, przemiłych ludzi i niezapomniane wrażenia. I to wszystko absolutnie można tutaj spotkać. Ale przed przyjazdem trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie: czego oczekuję od tego kraju? Czy przyjeżdżam w celach turystycznych, czy przyjeżdżam żyć i pracować. To determinuje podejście i oczekiwania względem tego miejsca.

Wioska hobbitów w Nowej Zelandii:

Na co jeszcze warto więc uczulić?                                

Na przyjeżdżanie do Nowej Zelandii w ciemno. Nigdy nie wiadomo, ile czasu zajmie znalezienie pracy i dostosowanie się do warunków, które tutaj panują. Jeśli ktoś planuje przenosiny, powinien też dobrze przemyśleć, czy „zepnie” mu się budżet. Także - czy w razie trudności będzie miał za co kupić bilet powrotny lub czy ma jakąś alternatywę. Europa ma tę przewagę, że jest blisko, więc w razie jakichś wyzwań nie do przeskoczenia, zawsze można wrócić, nawet samochodem. Stąd leci się dwadzieścia godzin samolotem albo płynie trzy miesiące statkiem i nawet awaryjny powrót do kraju ojczystego jest dość kosztowną sprawą.

Jakie są szanse na to, żeby wrócić z Nowej Zelandii z poemigracyjnymi oszczędnościami?

Trudno powiedzieć. W przygotowanym przez HSBC badaniu „Expat Explorer” Nowa Zelandia jako lokalizacja generująca oszczędności plasuje się raczej na dole stawki. My też przyjeżdżaliśmy tu jako do kraju rozwiniętego, z nastawieniem, że dobrze byłoby zaoszczędzić trochę pieniędzy, a później kupić fajne mieszkanie w Polsce i móc spełniać swoje marzenia. Natomiast to podejście ewoluuje i dzisiaj za ważniejsze uważamy to, żeby nasze dzieci odebrały dobrą edukację w bezpiecznym kraju.

Mieszkasz za granicą albo wróciłeś do Polski z emigracji? Daj nam znać. Wyślij e-mail albo odezwij się na Twitterze. Zobacz też: tammieszkam.pl.

Malwina Wrotniak

Źródło:

Newsletter Bankier.pl

Dodałeś komentarz Twój komentarz został zapisany i pojawi się na stronie za kilka minut.

Nowy komentarz

Anuluj
67 112 open_mind

Mówię wam nie ma jak Polska, tylko jeszcze musimy bardziej liczyć na siebie i pogonić podjudzaczy i sprzedawczyków. Dużo nacji nam Polski zazdrości i dla tego starają się ciągle ingerować w nasze sprawy, a my w swej naiwności myślimy że dostaniemy coś od nich za darmo, nie oni bez korzyści własnej tego nie robią. Po prostu pogonić to draństwo i uwierzyć we własne siły i potencjał! Jeszcze ostatnio nachodzców nam nasyłają. Masakra.

Pokaż cały komentarz ! Odpowiedz
3 53 fred_

Na zachodzie Europy to samo, z jednej pensji zyje sie bardzo przecietnie ... ale do przodu.

! Odpowiedz
9 38 cyryl_pawel

Nie jestem miłośnikiem komunizmu, ale... W Dziennikach Tyrmanda cytuje on zasłyszany fragment rozmowy w autobusie "Przecież z jednej pensji nikt dziś nie wyżyje, trzeba się starać o drugą pracę, o trzecią". Potem wywód Tyrmanda jak fatalny jest materialny poziom życia, do czego to komuniści doprowadzili i nasz Lopek zastanawia się, czy zrobili to naumyślnie.

To było w stalinowskiej Polsce 9 lat po wojnie. A tu proszę, Nowa Zelandia, gdzie nigdy nie było wojny, ani Stalina, bywa za droga na utrzymanie rodziny z jednej pensji :-)

Pokaż cały komentarz ! Odpowiedz
11 49 lopez_emigrant

Ponoć dla mojej pra prababci było nie do pomyślenia, że moja babcia mając na wychowaniu dwoje małych dzieci poszła do pracy. Ponoć przed wojną standardem było w Polsce, że mężczyzna utrzymywał gospodarstwo domowe, a kobieta zajmowała się wyłącznie domem i wychowaniem dzieci. Osobiście znam kilka państw na świecie, w których większość społeczeństwa stać na życie w ten sposób. Niestety ani Polska, ani Nowa Zelandia do nich nie należą i nie zapowiada się na to, żeby miało się to zmienić w ciągu najbliższych kilkudziesięciu lat.

Pokaż cały komentarz ! Odpowiedz
0 48 cyryl_pawel odpowiada lopez_emigrant

Zależy co uznać za standard. Tak było w rodzinach średnich i wyższych urzędników (oni, a także podoficerowie i oficerowie zawodowi otrzymywali dodatki na utrzymanie rodziny), specjalistów, wykwalifikowanych robotników (poznańskie, śląskie, pomorze), ludzi wykonujących wolne zawody, ale... Weź pod uwagę, że 2/3 mieszkańców II RP żyła na wsi, w miastach większość stanowiła siła niewykwalifikowana i tam mowy nie było, żeby się z jednej wypłaty wyżywiła rodzina.

Na początku lat trzydziestych wprowadzono reformę edukacji, która wydłużyła nauczanie w szkole zbiorczej z 4 do 7 lat. Z wydłużeniem czasu nauki... nie poszło rozszerzenie materiału. Po prostu lekcji było mniej. Dlaczego? Bo władze wyszły z założenia, że miejsce dzieci jest w polu, a nie w sali lekcyjnej.

Moi pradziadkowie od strony matki przed wojną pracowali oboje jako nauczyciele w szkole w Borzechowie na Pomorzu, jednym z najbogatszych obszarów ówczesnej Polski. Dwie nauczycielskie (w tym jedna dyrektorska) pensje słabo wystarczały na utrzymanie dwojga dorosłych i dwójki dzieci, a bilety kolejowe na podróż z Tczewa do Poznania stanowiły drastyczne naruszenie domowego budżetu.

No i wymagania się zmieniły. Utrzymać się, znaczy musimy mieć samochód, pralkę, plazmę, smartfona, 7 razy tygodniowo jeść mięso, musimy gdzieś wyjechać na urlop, a dzieci wysłać na wakacje.

Pokaż cały komentarz ! Odpowiedz
3 17 lopez_emigrant odpowiada cyryl_pawel

Ja utrzymuję 4-osobową rodzinę, samochód, pralkę, led-a, 2 smartfony, 2 razy w roku jadę z rodziną na zagraniczne wakacje i nie mam jakichś niszowych, czy super wysokich kwalifikacji zawodowych, ale musiałem się przenieść ok. 1300 km, żeby za tą samą pracę godnie żyć. Mięsa nie jem 7 razy w tygodniu, ponieważ preferujemy z żoną zdrowy tryb życia, dzięki czemu nie mamy problemu z nadwagą. W Nowej Zelandii byłem raz przez 2 tygodnie i na podstawie tego co doświadczyłem i usłyszałem od tubylców, mój obraz tego państwa jest zbliżony do tego jaki przedstawił Pan Paweł Duszczyk, przy czym Auckland wypadło w moich oczach kiepściutko w porównaniu z południową wyspą. Z tego też powodu dziwię się, jak czytam w sieci o dobrych warunkach życia w Nowej Zelandii i znakomitych prognozach na przyszłość. Ponoć służba zdrowia kuleje tam co najmniej tak jak w Polsce.

Pokaż cały komentarz ! Odpowiedz
0 26 cyryl_pawel odpowiada lopez_emigrant

Nie jesz, bo masz inne preferencje, wtedy nie jedli, bo ich nie było na to stać.

! Odpowiedz
1 20 janusz26904029 odpowiada lopez_emigrant

Większość zasuwała w polu i przy pracach gospodarczych, bo kraj opierał się na rolnictwie. Nie tylko kobiety, ale również dzieci. Analfabetyzm przed wojną to 20%+ w skali kraju i co najmniej tyle żyło właściwie w mizerii. Naprawdę śmieszne, że komuś się wydaje, że wtedy był raj i tacy ludzie byli zatrudniani na nie wiadomo jak wspaniałych warunkach.

Prababcia mogła różne rzeczy mówić, bo ludzie często idealizują swoje czasy młodości.

Pokaż cały komentarz ! Odpowiedz
6 74 grzechu_comeback

"że służy ona wymianie myśli, idei, pomysłów, a przy tym wnosi coś nowego do kultury pracy. "
p..dolenie w bambus.... tym bardziej, jeżeli już sam pracownik powtarza to jak pacierz...
Korporacjonizm powstał by poszukiwać.... "idei i pomysłów"..... jasne.... CO SIĘ POROBIŁO Z INTELIGENCJĄ LUDZI?!?!?!?
" jak wzywałem specjalistę do naprawy okna" I ta historyjka rozkłada całkowicie hurra optymistyczny system edukacji..... niniejszym współczuję tamtejszej "kultury pracy"....

Pokaż cały komentarz ! Odpowiedz
10 6 janusz26904029

To nie było o korporacjonizmie, tylko o globalnej mobilności, czyli wykorzystywaniu pracowników z innych stron świata. Tak robią nie tylko korpo.

! Odpowiedz

Kalkulator płacowy

Oblicz wysokość pensji netto, należne składki oraz podatek.

Zapisz się na bezpłatny newsletter Bankier.pl