Włoski producent z Bolonii zaprezentował nowego „ulicznego wojownika”, który z pewnością wiele wywalczy na rynku motocyklowym.więcej »
Podczas trwających targów motoryzacyjnych we Frankfurcie Mercedes zaprezentował prototyp o nazwie F 125!więcej »
Kobiece numery 1 według Golf.com
Jedno z najbardziej popularnych czasopism golfowych na świecie – Golf Magazine opublikował ranking: „Numer jeden golfa”.więcej »
Koniec listopada to lato w pełni. Przynajmniej w tej części świata.
Jest ciepło, czasami bardzo ciepło. Ale jest to też pora deszczowa, czego ciągle nie chciałem przyjąć do wiadomości, mimo, że w Afryce jestem już prawie miesiąc. Afryka to Afryka, powinno być (według moich wyobrażeń) gorąco i sucho. Mój ignorancki stereotyp nad wyraz skutecznie zweryfikowały wysokie góry Drakensberg, ciągnące się kilometrami wzdłuż granicy RPA i Lesotho (Lesoto) w krainie KwaZulu-Natal. Najwyższy, leżący po stronie Lesotho szczyt Thahana Ntleynyana ma 3482 m npm. I znajduje się niedaleko przełęczy Sani Pass, pod którą założyłem swoją pierwszą bazę w tych górach.
Jadąc z południa RPA wsiadłem wygodnie do kursującego pomiędzy siecią hosteli backpackers BazBus’a i za „jedyne” 545 Randów (prawie 200 złotych) dotarłem z Plattenberg Bay do Pietermaritzburg. Około 1300 kilometrów w dwa dni, odwiedzając po drodze wszystkie przystankowe backpackersy i śpiąc w dwóch z nich. Za osobną opłatą średnio 90 Randów (30 zł) za noc. W Pietermaritzburg odebrał mnie shuttle bus, najmniejszy autobus jakim kiedykolwiek jechałem, którym był mały pickup i przez góry zawiózł do wioski Underberg. 135 kilometrów za 125 Randów. Kiepski przelicznik. Ostatni etap podróży do Sani Lodge odbyłem w samochodzie terenowym Russella, właściciela backpackersa. Za darmo.
Jako, że składające się z kilku niewielkich budyneczków, leżące na wysokości 1500 m npm nadzwyczaj sympatyczne schronisko (pokój wieloosobowy 70 Randów) mieści się z dala od ludzkich siedzib można w nim zamówić wszelkie posiłki. Od ogromnego śniadania (30-40 Randów) ze szwedzkim stołem i jajkami na bekonie serwowanego w czymś na kształt sklepiku, informacji turystycznej i saloniku herbacianego w jednym, po wyśmienity afrykański obiad ( 50 Randów) przygotowywany przez czarnoskóre kucharki. Napoje i jogurty dostępne są w lodówce z zeszytem, w którym wpisuje się pobrane produkty. Herbata, kawa i znakomite widoki na okoliczne góry gratis. Jedną z nich jest masyw Khanti, z popularnym szczytem Balancing Rock. I to był mój najbliższy cel.
Wczesnego upalnego ranka podreptałem zakurzoną drogą w górę do jedynego obiektu znajdującego się w pobliżu, eleganckiego Sani Pass Hotel, gdyż szlak na górę biegnie przez jego teren. Odmeldowałem się na bramce u strażnika, odwiedziłem przymusowo recepcję, gdzie kazano mi wykupić Hike Permit (zezwolenie na wejście w góry znajdujące się w rejonie Parków Narodowych) i przewodnika za ponad 100 RSA. Na szczęście w zezwolenie (plus prowizoryczną, ale jak się okazało przydatną mapkę) zaopatrzyłem się w Sani Lodge za 20 Randów, więc mogłem zrezygnować również z przewodnika. Klucząc między bungalowami i basenem w poszukiwaniu trasy wszedłem na pole golfowe, gdzie oprócz numerów dołków były kierunkowskazy na Balancing Rock. Szlakiem małych białych piłeczek wszedłem na mocno rozkołysany bujany mostek nad rzeką za którym rozpoczynała się właściwa trasa. Pomiędzy śliskimi skałkami (liny poręczowe i niebieskie mazy na kamieniach jako kierunkowskazy) docieram do rozwidlenia ścieżek, w lewo biegnie wyraźna, w prawo słabo widoczna. Żadnych mazów. Wybieram wydeptaną. Błąd odkrywam po kilkunastu minutach marszu. Idę więc przez łąki „na azymut” w kierunku właściwego szlaku. Gdy trafiam na niebieskie oznakowania oddycham z ulgą. Kolejną rzeczkę przekraczam już brodem. Za następną rozwidlenie, wyraźna ścieżka biegnie w stronę pobliskich wodospadów, słabo widoczna w lewo ostro pod górkę w stronę Khanti. Trzeba mocno pilnować wszelkich oznakowań, by nie pobłądzić. Za kolejnym skalnym załomem dostrzegam śliczne antylopy skoczki pasące się na sąsiednim wzgórzu. Nie zdążyłem nawet skierować obiektywu w ich stronę gdy prysnęły w dół. Jeszcze kilkadziesiąt minut i docieram do granicy parku. Wstęp bez permitu zabroniony, ale nikt tu niczego nie sprawdza. Wspinam się dalej stromą ścieżka, otwierają dookoła coraz piękniejsze widoki, między innymi na południowe Drakensberg ze sławną trasą Giant’s Cup Trail (68 kilometrów, pięć dni i pięć nocy w kierunku na Bushman’s Nek). W końcu docieram na skraj ogromnego kotła skąd w całej rozciągłości widać wieńczące ten fragment góry fantazyjne ogromne skały jak Nelson’s Column czy Balancing Rock. Trudno odczytać z mapy czy ścieżka biegnie górą żlebu czy u podstawy kilkudziesięciometrowych głazów. A i oznakowania gdzieś zniknęły. Wybieram opcję „dolną”. Schodzę nieco w stronę wypadającego spomiędzy skał malowniczego wodospadu. Tankuję orzeźwiającą wodę do pełna. Wspinam się znów w górę, by pod Nelsonem, masywnym walcem który wydaje się być wyciosany ręką wielkiego rzeźbiarza w jasnej skale, przecierać coraz trudniejszą własną ścieżkę. Gdy za kolejnym załomem na szczycie przełęczy, którą chcę dotrzeć na górę widzę kilkunastoosobową rodzinę małp, które dają przeraźliwymi krzykami znać, że i one mnie widzą, zarządzam odwrót. Nie będę ryzykował bliskiego spotkania z nimi. Mam złe doświadczenia jeszcze z Azji. O nie, żadnych powtórek z szamotaniną z małpą. Wracam nad rzeczkę z wodospadem, schowany przed małpim wzrokiem pałaszuję zasłużone śniadanie. Strome podejście na skróty, krótki marsz półkolistym szczytem żlebu i docieram do miejsca, skąd wypływa wodospad. Jestem na dobrej drodze. Szlak kamiennych kopczyków poprzez ogromny głaz prowadzi mnie wprost na Kolumnę Nelsona. Tym razem widzę ją z góry. Jest naprawdę imponująca. A wieńczy ją jakby głowa ogromnego gada. Może smoka, choć nie przypuszczam, aby nazwa Drakensberg Mountains, Góry Smocze, pochodziła właśnie od tego miejsca. Jeszcze kawałek kluczenia pomiędzy osobliwymi kształtami skał i głazów i docieram pod Balancing Rock. Ani śladu małp. Zakładam więc chwilowy obóz w tym miejscu, bo widok jest niezwykły. Ogromne głazy ułożone są jeden na drugim jakby ręką Giganta sprawdzającego, czy przesunięte jeszcze ułamek milimetra w bok runą z łoskotem w otchłań, w stronę malowniczej doliny otwierającej góry. Tkwią tak już pewno tysiące lat, ale wydaje się, że przechodzenie pod nimi to jawne szaleństwo, gdyż silniejszy podmuch wiatru musi zwalić je w dół.
Odpoczywam dłuższą chwilę, zastanawiając się czy wracać tą samą drogą, czy wybrać okrężny wariant dochodzący do szczytu Khanti wyrastającego z ogromnego płaskowyżu jakim jest góra, na której jestem. Niemal regułą tutejszego klimatu o tej porze roku są poranne upały przy bezchmurnym niebie, popołudniowe zachmurzenia i wieczorne ulewy. Spoglądam uważnie w niebo, chmur jest coraz więcej, to prawda, ale wydaje się, że nie powinno dziś padać. Jest już mocno po południu, a chmury nie są zbyt „ciężkie”. Wybieram wariant ze szczytem. Długi marsz rozległym plateau wieńczy niebywały wprost widok na centralne Góry Smocze z zamykającymi gdzieś horyzont Thahana Ntleynyana czy Giant’s Castle. Siadam na skraju góry opadającej w bajkową dolinę z majaczącymi w oddali murzyńskimi chatkami, by napatrzeć się na ten niezapomniany krajobraz malowany miękkim słońcem przesuwającym swoje światło po zboczach wielkich gór w rytmie gnanych wiatrem coraz gęstszych chmur. W absolutnie pustych górach zaskakuje mnie widok kilku czarnoskórych górali przemierzających w towarzystwie pasterskich psów przełęcz przecinającą górę niedaleko mnie. Pozdrawiamy się przyjaznymi gestami.
Żal się stąd ruszać. Słońce nieubłaganie jednak opada w dół. Odbijam kartę zegarową u bram ogrodzenia masztu Radia Masi na szczycie i w ślad za słońcem mknę w dół. Trochę za wskazaniami bądź to kamiennych kopczyków, bądź to niebieskich mazów, bądź to na skróty. Wbrew północno zachodniemu wiatrowi i mojemu „oglądowi” nieba czarne, deszczowe chmury witają mnie od południa. Idę prosto w ich stronę, a one gnają, tak, gnają!, wprost na mnie. Chyba się nie miniemy, mimo moich usilnych modłów. Zabezpieczam plecak dodatkową osłoną, zakładam wielką pelerynę. W ostatnim momencie. Ulewa dopada mnie niemal w połowie góry. A leje tak, jakby się Panu Bogu wywróciła wanna z zimną kąpielą wprost na mnie. Wieje, jakby chciało faktycznie zwalić skały Balancing Rock. Niemal nie da się iść. Peleryna fruwa we wszystkich kierunkach szargana porywami huraganu, deszcz przechodzi w grad, błyskawice rozrywają niebo, grzmoty przewalają się tuż obok mnie, ścieżka w dół zamienia się momentalnie w rwący potok. Gdyby nie ostre skały zdjąłbym buty, bo woda wylewa mi się już górą. W życiu nie przeżyłem takiej nawałnicy! Trwała może pół godziny, może ciut dłużej. Starczyło. Do granic Sani Lodge, przy nieśmiało przezierających promieniach zachodzącego słońca docieram mokry na wylot. Buty suszyłem następne dwa dni. Ale było bosko!
Po przedostaniu się przez niezwykle widowiskową i trudną do sforsowania przełęcz Sani Pass, 2865 m npm, odwiedzeniu niewielkiego, ale interesującego Leshoto (Lesoto), wróciłem w południowo afrykańskie góry Drakensberg przez kolejną malowniczą przełęcz Monantsa. Dzięki jak zawsze pełnym muzyki, ludzi i bagażu murzyńskim taksówkom dotarłem do cichego Karma Backpackers w Kestell, małej mieścince w sąsiedztwie Golden Gate Highlands National Park. Mili gospodarze udostępnili mi Internet, poczęstowali własnej roboty wieloma odmianami dżemów a następnego dnia podrzucili na drogę prowadzącą do Clarens, prosto przez Golden Gate.
Po półgodzinie złapałem stopa, którym zajechałem niezwykle malowniczą drogą wijącą się wśród gór przypominających scenografię amerykańskich westernów a następnie przez plątaninę białych skalnych urwisk o niespotykanych kształtach i niezwykłych rozmiarach wprost pod Glen Reenen Rest Camp (nocleg w stylizowanej chacie 440 Randów/2osoby i 780/4 osoby), gdzie znajduje się wejście główne do Parku. Minęliśmy wcześniej szutrowe jednokierunkowe okrężne odnogi, które uciekały do widokowych tras takich jak pełne zebr Oribi Loop czy antylop Blesbok Loop.
Po wykupieniu niezbędnego permitu (70 Randów) i otrzymaniu bardzo prowizorycznej mapki wkroczyłem, mijając niepozorną tabliczkę z informacją, że wchodzisz na teren Parku na własną odpowiedzialność, w dobrze oznakowany teren Golden Gate Park z kilkoma wariantami tras. Od bardzo krótkich, jak 45 minutowa Echo Ravine do wąskiego wąwozu o niezwykłych walorach akustycznych, godzinna do malowniczych skał Boskloof czy innych po kilkudniową Ribbok Hikink Trail. Ja wybrałem opcję pośrednią, czterogodzinny wypad na najwyższy w okolicy Wodehouse Peak.
Po pozostawieniu krótkich odnóg za sobą w dole rozpocząłem marsz w stronę potężnego masywu skalnego Brandwag Buttress, który wielkim plateau wisi nad prowadzącą dołem drogą, przy której vis a vis niego usadowił się komfortowy Brandwag Hotel. Wspinaczkę do tego miejsca urozmaica potężna kilkudziesięciometrowa grota o kształcie muszli koncertowej, która znakomicie wyłapuje i odbija wszystkie dźwięki dochodzące z dołu, nawet odległego wodospadu na przeciwległej górze widocznego z mojego szlaku. Następny odcinek to metalowa poręcz i łańcuchy poprzez skaliste urwisko, przed którymi ustawiono kolejną tabliczkę informującą, że używasz tych łańcuchów na własną odpowiedzialność. No to super, ale trudno było wspiąć się wyżej nie używając ich. Z Brandwag rozpościera się fantastyczna panorama na okoliczne góry i dolinę wijącą się w dole pomiędzy wieloma pionowymi skalnymi bramami do tego rejonu. Złotymi o zachodzie słońca. Srebrnymi w zmytym deszczem krajobrazie, o czym miałem wkrótce się przekonać. Na razie stromą ścieżką opadam, ku mojemu zdumieniu, niemal do poziomu startu, by po przekroczeniu niewielkiego strumyka rozpocząć ponowną wspinaczkę w stronę to ukazującej się to znikającej Wodehouse Peak. Krajobraz w tym rejonie przypomina nieco nasze Tatry Zachodnie. Pogodą również, gdyż równie niespodziewanie jak u nas nastąpiło załamanie pogody. Chmury wiszące w oddali nagle skupiły się wokół „moich” gór i poczęstowały niezwykle intensywną ulewą z atrakcyjnymi wyładowaniami atmosferycznymi nad moją głową. Schowałem się „w kucki” przed wichurą za niewielkim załomem skalnym, opakowałem szczelnie peleryną pamiętając o zakryciu butów w nadziei na przeczekanie burzy. Nieco złudnej. Lało i lało. Moje prowizoryczne schronienie, jak i cała góra, zamieniło się w płynącą w dół wielką kałużę. Woda lała się wszelkimi kanałami i kanalikami wydrążonymi natychmiast przez ulewę. Moje wysokie buty ledwo wytrzymywały ten atak. Po dobrej półgodzinie, gdy ulewa nieco jedynie zelżała, ale niebo po horyzont zakryte było deszczowymi chmurami, nie widząc szans na podejście płynącą w dół już teraz rzeką postanowiłem wrócić, choć na szczyt została może godzina, może mniej. Po kilku minutach ucieczki dopada mnie kolejna nawałnica. Znów za niewielką skałką przyjąłem pozycję „na przeczekanie”. Gdy nogi mi już wyraźnie cierpły pokazała się iskierka nadziei, prześwity między pędzącymi chmurami. Po kolejnej chwili rozpogodziło się. Słońca nie było, ale nadzieja na nie i owszem. Rzut oka na czas, rzut monetą w myślach …i odrabiam straconą wysokość maszerując w stronę szczytu, straszony od czasu do czasu niewielkimi prysznicami. Nagrodą jest klarowna pogoda na szczycie i niezwykłe widoki na Golden Gate Park i zamykające horyzont Drakensberg Mountains. Warto było się wspiąć, zdecydowanie.
Relatywnie krótki odcinek w dół okazał się być naszpikowany nie lada atrakcjami. Po pierwszym stromym, ale w miarę wygodnym zejściu dochodzę do końca pochyłego plateau, które opada niespodziewanym urwiskiem w dół. Ścieżka plącze się zakosami pomiędzy skałami i trawą, robiąc się niebezpiecznie stroma i śliska. Płynąca nieustająco w dół woda zamienia ją w rwące strumyki. Robi się tak nieprzyjemnie, że aby mieć ręce wolne chowam cały sprzęt fotograficzno-filmowy do plecaka i wolno, od czasu do czasu „na czterech literach” spuszczam się w dół wypatrując optymalnych rozwiązań, często odległych od wytyczonych. Przylepiona do góry ścieżka często wisi nad niemal pionowym wypolerowanym skalnym urwiskiem opadającym kilkadziesiąt metrów w dół. Wąska półka wydarta skale teoretycznie osłonięta jest wiszącą nad nią skałą, ale teraz leje się z niej strumieniami woda, zatapiając wątłą ścieżkę i czyniąc ją doprawdy niebezpieczną. Uff, niezła przeprawa. Atrakcyjna gdy jest sucho, groźna w deszczu. Tabliczka na dole ustawiona jest nie bez kozery.
Ale i tym razem za wytrwałość czekała mnie nagroda. Słońce. I niezwykłe w swojej formie ogromne skały zwane bardzo trafnie Mushroom Rock. Doprawdy maszerowanie pod ogromnymi kapeluszami skalnych grzybów wiszącymi wysoko nad moją głową zdecydowanie wbrew prawom fizyki to przeżycie z gatunku niezwykłych. Oświetlone chylącym się ku zachodowi słońcem przybierają cały wachlarz barw. Od intensywnej żółci po ciepłe czerwienie, plus czernie i brązy. Ich strzeliste formy pnące się ku niebu przypominają gotyckie katedry, ale nieziemskich rozmiarów. I jeszcze z jednego z kapeluszowych załomów leci w dół srebrzysta migocząca nitka deszczowego wodospadu. Jest nieprzyzwoicie pięknie. Chciałoby się zatrzymać tu czas na dłużej. Nic z tego, ten ma swoje prawa. Trzeba się zwijać w dół.
Łapię powrotnego stopa z miłośnikami natury i zwierzyny, zaopatrzonymi w potężne lornetki. Zatrzymujemy się co rusz, gdyż późno popołudniowa pora sprzyja wędrówkom zwierząt, które w nieprawdopodobnych wręcz ilościach przemierzają w poszukiwaniu pokarmu i wody bezkresne łąki zamknięte pięknymi górami. Widać kilka odmian antylop i zebry to zbierające się w potężne stada, to rozpraszające po rozległych terenach. Gdy tylko usiłuję podejść bliżej natychmiast czujnie zmykają.
Przesiadka do nie oznakowanego samochodu prowadzonego przez policyjne czarnoskóre małżeństwo kończy moją przygodę w zapadającej szybko nocy. Jeszcze tylko krótki marsz przez zasypiające Kestell i raczę się przygotowaną przez gospodynię znakomitą pastą, popijając nie mniej znakomitym południowoafrykańskim winem. To jeden z tych momentów górskiej wspinaczki, który lubię najbardziej.
Jerzy Pawleta