Włoski producent z Bolonii zaprezentował nowego „ulicznego wojownika”, który z pewnością wiele wywalczy na rynku motocyklowym.więcej »
Podczas trwających targów motoryzacyjnych we Frankfurcie Mercedes zaprezentował prototyp o nazwie F 125!więcej »
Kobiece numery 1 według Golf.com
Jedno z najbardziej popularnych czasopism golfowych na świecie – Golf Magazine opublikował ranking: „Numer jeden golfa”.więcej »
Styl Wróblewskiego, artysty o gigantycznym talencie, ale przecież bardzo młodego, zmieniał się wielokrotnie.
Andrzej Wróblewski to artysta, który mimo przedwczesnej śmierci (żył tylko 30 lat: urodził się w roku 1927, zginął tragicznie podczas tatrzańskiej wycieczki w 1957) nie tylko pozostawił po sobie przebogatą, ciekawą spuściznę, ale także miał niebagatelny wpływ na wielu znaczących polskich artystów i to takich, których, wydawałoby się, niewiele ze sobą łączy: Tadeusza Kantora, Jerzego Nowosielskiego czy Jarosława Modzelewskiego.
Dojrzały dwudziestolatek
Artystyczne poszukiwania Wróblewskiego prowadziły go w tak rozmaitych kierunkach, że odbiorca oglądając jego prace z różnych okresów, a nawet powstałe w tym samym czasie, dziwi się, że mogły one wyjść spod pędzla tego samego twórcy. W latach 1948-49 powstał najsłynniejszy bodaj cykl olejnych obrazów młodego, nieco ponaddwudziestoletniego artysty, „Rozstrzelania”. To niezwykle dojrzała zarówno pod względem środków artystycznego wyrazu, jak i filozoficznie wizja nie tylko okrucieństw niedawno minionej wojny, ale także nowoczesnej degradacji człowieczeństwa, której zbrodnie hitlerowskie były zarówno przyczyną, jak i skutkiem. Ludzie na kolejnych obrazach cyklu czekają pod ścianą beznamiętnie na swoją kolej, jakby ich rozstrzelanie było przesądzoną przez jakąś potężną siłę i niepodlegającą żadnemu protestowi oczywistością. Ci, którzy już zostali trafieni, dosłownie rozpadają się, jak lalki lub manekiny, które niestarannie złożono w fabryce. Kończyny i głowy odpadają więc od tułowi, korpusy przełamują się wpół. Zabici stają się błękitni – z jednej strony to nawiązanie do symboliki tego koloru jako kojarzącego się z zaświatami, z drugiej zaś nie tak trudno dopatrzeć się w tym błękicie trupiej szarości. Zresztą kolejną fazą rozpadu człowieka z „Rozstrzelań” jest czernienie, ostateczne już tracenie koloru pochodzącego ze świata żywych.
Ciągłe poszukiwania
Co jednak zadziwiające, w tym samym czasie, gdy Wróblewski, wydawałoby się, odnalazł własny malarski język, doskonałą niemal formę i potężną siłę wyrazu i symboliki (co potwierdzał także w wielu innych obrazach, takich jak np. „Zabity mąż”, „Matka z zabitym dzieckiem” czy „Dziecko z zabitą matką”), powstawały takie jego dzieła, które pochodziły jakby z przeciwnego bieguna myślenia o sztuce. Płótna takie, jak „Niebo nad górami”, „Niebo niebieskie” czy „Segmenty” to właściwie kompozycje geometryczne zbliżające się do abstrakcji. Tutaj tematem jest rytm, ruch, pulsowanie. Obrazy te są bezosobowe, ale jednak pełne życia, dziania się, tak jakby stanowiły opozycję do „Rozstrzelań”, które co prawda pokazują postaci ludzkie, ale uprzedmiotowione, pozbawione życia i ruchu nawet wtedy, gdy jeszcze żyją. Styl Wróblewskiego, przypomnijmy, artysty o gigantycznym talencie, ale przecież bardzo młodego, zmieniał się wielokrotnie. Początek lat pięćdziesiątych to czas, w którym także on malował zgodnie z kanonami realizmu socjalistycznego. Ale i tu wybitny malarz rozsadzał statyczną formę. Wśród obrazów całkowicie „politycznie poprawnych”, takich jak „Fajrant w Nowej Hucie” (to apologia społecznej przemiany, ukazuje robotników płci obojga, którym udział w budowie nowej Polski przynosi prawdziwe szczęście) znajdziemy także i takie, których przesłania i konteksty a przede wszystkim kształt estetyczny wcale nie straciły aktualności (np. „Poczekalnia. Biedni i bogaci”). Wróblewski nie umiał poddać się wymogom komunikowania treści prostych i oczywistych, z jego prac z tamtego czasu emanuje to, co w socrealizmie było wręcz niedopuszczalne: symboliczne naddanie znaczeń, ironia, niejednoznaczność. Ale równolegle z malowaniem w oficjalnym nurcie, Wróblewski poszukuje i eksperymentuje. Całkowitym zaprzeczeniem socrealistycznego entuzjazmu, a jednocześnie wyraźnym nawiązaniem do tematu utraty przez człowieka podmiotowości i wyjątkowości w okrutnym i urzeczawiającym świecie jest cykl obrazów zatytułowanych „Ukrzesłowienie”. To oczywista aluzja do ukrzyżowania, a więc do motywu ofiary, jednak ofiara ukrzesłowiona nie ma nic wspólnego ze wzniosłością i zbawczą mocą Chrystusa. Obrazy przedstawiają postaci ludzkie siedzące na krzesłach i stające się krzesłami: wrastające plecami w oparcie, zastępujące własnymi kończynami nogi mebla. Ukrzesłowienie to uprzedmiotowienie, tym bardziej przejmujące, że wynikające ze stylu życia człowieka współczesnego, który znaczną część życia spędza siedząc na krześle.
Człowiek rozdarty
Warto przyjrzeć się cyklowi gwaszy stworzonych przez Wróblewskiego w latach 1956-57, na które składają się takie prace jak „Człowiek rozdarty” i „Człowiek na wózku”. Postaci ludzkie ukazane tutaj są już nie tylko uprzedmiotowione, „ukrzesłowione” czy połączone w nierozerwalną jedność z prymitywnym wózkiem. One są także zupełnie pozbawione głębi, płaskie i schematyczne jak figury wycięte z grubego papieru albo z blachy. Takie sylwetki służą zwykle żołnierzom za tarcze strzelnicze. Postaci te są w dodatku porozdzierane tak, jakby szarpały nimi jakieś potężne siły. W ich tułowiach widać potężne, poprzeczne szczeliny przypominające pęknięcia tworzące się w zbyt mocno naciągniętej tkaninie. Kulminacją tego cyklu, niejako przeniesieniem eksperymentu z papieru na płótno jest jeden z ostatnich obrazów olejnych Wróblewskiego, przejmujący „Cień Hiroszimy”. Tu mamy także postać „Ukrzesłowioną”, ale nawet już nie płaską jak sylwetka wycięta z blachy, ale jakby odciśniętą na kartce, zaznaczoną na niej delikatnym konturem. Poziome rozdarcia przebiegają zarówno przez tę postać, jak i przez tło, sugerując, że nie ma między nimi zasadniczej różnicy. Tytuł pracy budzi natychmiast skojarzenie: na ścianie odbił się cień człowieka, który wyparował podczas wybuchu jądrowego. Urzeczowienie osiągnęło swój złowrogi szczyt: człowieka można zamienić już nawet w mniej niż przedmiot, można sprawić, że po prostu ulegnie anihilacji.
Szansa dla kolekcjonerów
Czy to nie zadziwiające, że autor takiej przerażającej wizji pozostawił po sobie także setki subtelnych akwarelek i rysunków niezwykle ciepło dokumentujących życie codzienne i rodzinne artysty, wzrastanie jego synka, a także niezliczone pejzażyki tatrzańskie? Wróblewski pozostawił po sobie ok. 200 płócien i niemal 2000 prac na papierze, a liczby te mogą być większe, bo wciąż odnajdują się nowe, dotychczas nieznane dzieła artysty. Kolekcjonerzy zafascynowani jego twórczością (znakomite płótno „Poczekalnia. Biedni i bogaci” zostało nie tak dawno sprzedane za 300 000 złotych) mają szansę zgromadzić zbiór nie tylko o ogromnej artystycznej wartości, nie tylko bardzo wewnętrznie zróżnicowany i dzięki temu niemonotonny. Mają także szansę, co dla prawdziwych miłośników sztuki jest nie lada wyzwaniem, na owocne poszukiwania prac nieznanych publiczności.
tekst: Jarosław Górski
ilustracja: "Cień Hiroszimy" Andrzej Wróblewski, fot. Arkadiusz Podstawka, ze zbiorów Muzeum Narodowego we Wrocławiu