Jest rzeczą prawie niemożliwą, żeby mówić o dacie narodzin terminu tak zwanej „Nowej Ekonomii”(i) , ale jedną z proponowanych dat granicznych jest 9 sierpnia 1995 roku, w którym to dniu na giełdzie w Nowym Jorku zadebiutowały akcje firmy Netscape (ii) . Dzieciństwo e-biznesu było krótkie i trwało mniej więcej do końca 2001 roku. Doprowadziło do krytykowanych obecnie nadmiernych inwestycji na rynku kapitałowym i rynku pracy.
Przez wiele osób okres boomu internetowego cechował się absurdalną wręcz wiarą w liczby. Rozpowszechniano wtedy wiele sprzecznych prognoz, przeważnie wziętych z sufitu. Na ich podstawie firmy konsultingowe przygotowywały swoje raporty, a wewnętrzne działy banków planowały strategie, których wdrożenie kosztowało w sumie setki milionów dolarów. W wielu przypadkach pieniądze te wydano zupełnie niepotrzebnie. Chyba najbardziej spektakularnym przykładem może być klapa „murowanego” sukcesu WAPu. Jak się okazuje firmom badawczym nawet teraz dość trudno przychodzi określenie tak podstawowych danych, jak przybliżona liczba internautów. Aby unaocznić sobie ten problem warto porównać raporty największych, międzynarodowych firm badawczych na temat użytkowników sieci w Europie w 2002 roku. Różnice są doprawdy ogromne i sięgają w krańcowych przypadkach bagatela - ponad 40 milionów osób!
Porównanie szacunków dotyczących liczby użytkowników Internetu w Europie w roku 2002 (w mln)
źródło: Deutsche Bank Research
Jeśli tak duże różnice występują już na poziomie danych bieżących, to co można powiedzieć o tych, które będą za dwa, czy trzy lata? Ktoś kto próbuje przewidzieć przyszłość nie jest w stanie tego zrobić, a niestety w wielu przypadkach dane analityków są jedynie zgadywanką czy myśleniem życzeniowym. O ile na przykład możemy dość dokładnie szacować liczbę klientów korzystających z bankowości internetowej w Polsce, to już dużo trudniej przenosić nasze wskaźniki nawet na kraje sąsiadujące z nami. Niestety w wielu przypadkach badania charakterystyczne tylko i wyłącznie dla jednego kraju lub systemu gospodarczego są bezkrytycznie publikowane, powielane i w końcu ktoś daje się im wiarę. Tak było na przykład w wielu wypadkach z informacjami o ogromnych oszczędnościach lub uproszczeniach procesów, jakie można uzyskać dzięki Internetowi, a najlepszym przykładem obrazującym to, są znane badania firmy Booz, Allen & Hamilton pokazujące, że transakcja wykonana w Internecie jest 107 razy tańsza niż w oddziale.
Koszty dystrybucji usług bankowych według badań Booz, Allen & Hamilton
źródło: Booz Allen Hamilton Inc
Opierając się na tych i podobnych danych (iii), wykazywano bezwzględną wyższość kanału internetowego nad tradycyjnymi. Niektórzy autorzy posuwali się w przewidywaniach tak daleko, że dowodzili nawet prawie całkowitą likwidację oddziałów i zastąpienie ich przez Internet. Tradycyjne banki miały upaść pod naporem niezliczonych nowych konkurentów, w większości pochodzących spoza sektora bankowego. Stare banki miały przegrać na skutek swojej bezwładności, niekompetencji, kolejek, uciążliwych procedur, a co najważniejsze ze względu na przenoszenie na klienta własnej nieefektywności, czyli mówiąc prosto – wysokiej ceny świadczonych usług.
Korekta, która przyszła wraz z końcem internetowej hossy sprowadziła ceny akcji internetowych spółek do bardziej realnego poziomu, obnażając przy tym, że większość założeń internetowego biznesu nie miała pokrycia w faktach. Media, firmy badawcze, a przede wszystkim konsumenci często diametralnie zmienili swoją pozytywną opinię na temat całej branży. Po okresie euforii przyszła chwila odreagowania, która zamieniała się w przesadną ostrożność w stosunku do tego typu firm. Mimo, że obecnie przetrwały najsilniejsze, o realnych podstawach biznesowych, a większość z nich przynosi już zyski, to mimowolnie znalazły się w centrum zainteresowania mediów i cały czas w nim pozostają. Do tego typu popularnych firm, które opierają swoją działalność na Internecie z pewnością można zaliczyć banki wirtualne. O ile udział banków wirtualnych w całym rynku bankowości internetowej na zachodzie jest stosunkowo mały, to w Polsce trzy takie banki łącznie posiadają około 35 proc. rynku. Sprawia to jednak, że banki wirtualne mimo, że nadal prowadzą swoją działalność w dużo mniejszej skali niż tradycyjni liderzy rynkowi są w ciągłym polu zainteresowania mediów, które w ich przypadku odznaczają się dużo mniejszą pobłażliwością. Stawia je to przed trudnym wyzwaniem, którego nie doświadczają w taki sposób o wiele więksi konkurenci. Można to skwitować w jeden sposób. Molochy reprezentują takie podejście do klienta, że o jakości ich oferty i obsługi stosownie przemilcza się, a swoją uwagę skupia się na młodszych, agresywnych konkurentach, którzy wchodząc na rynek robili wszystko, żeby podkreślić jak bardzo różnią się od tradycyjnych, „marmurkowych” banków. Taka popularność nie zawsze jest pozytywna. Często nawet stosunkowo małe potknięcia urastają do rangi wielkich problemów, a w powszechnym mniemaniu wirtualne banki stoją w zupełnej opozycji do „realnych” banków, które zwarły szyki i na każdym kroku udowadniają wyższość swojej dystrybucji wielokanałowej, podkreślając rolę rozbudowanej sieci placówek naziemnych.




Dodaj komentarz